<?xml version="1.0"?>
<feed xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" xml:lang="pl">
		<id>https://wiki.czarnobyl.pl/api.php?action=feedcontributions&amp;feedformat=atom&amp;user=Oxena</id>
		<title>Czarnobyl Wiki - Wkład użytkownika [pl]</title>
		<link rel="self" type="application/atom+xml" href="https://wiki.czarnobyl.pl/api.php?action=feedcontributions&amp;feedformat=atom&amp;user=Oxena"/>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="https://wiki.czarnobyl.pl/index.php?title=Specjalna:Wk%C5%82ad/Oxena"/>
		<updated>2026-04-29T21:53:40Z</updated>
		<subtitle>Wkład użytkownika</subtitle>
		<generator>MediaWiki 1.28.3</generator>

	<entry>
		<id>https://wiki.czarnobyl.pl/index.php?title=U%C5%BCytkownik:Amoniak/Czarnobyl._Jak_to_by%C5%82o/Rozdzia%C5%82_5&amp;diff=5636</id>
		<title>Użytkownik:Amoniak/Czarnobyl. Jak to było/Rozdział 5</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="https://wiki.czarnobyl.pl/index.php?title=U%C5%BCytkownik:Amoniak/Czarnobyl._Jak_to_by%C5%82o/Rozdzia%C5%82_5&amp;diff=5636"/>
				<updated>2019-12-05T23:04:55Z</updated>
		
		<summary type="html">&lt;p&gt;Oxena: /* Rozdział 5. Po eksplozji */  Poprawa drobnych błędów&lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;== Rozdział 5. Po eksplozji ==&lt;br /&gt;
Wysłuchałem, a raczej spojrzałem, na rozmowę [[Leonid Toptunow|Toptunowa]] z [[Aleksandr Akimow|Akimowem]] i odwróciłem się do przyrządów. Znałem parametry, przy których włącza się generator i zastosowałem to do obserwowania biegu wydarzeń na cyfrowym skorowidzu, skąd najłatwiej było nawigować cały przebieg wydarzeń. Nic więcej nie zdążyłem zrobić – zabrzmiał huk. Z sufitu posypały się odłamki ukruszonego poszycia. Spojrzałem w górę – wtem nastał drugi wybuch, który poruszył całą budowlą. Na moment zgasło światło, które zapaliło się po chwili. Zaczęły migać lampy alarmów maści wszelakiej. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pierwsza myśl – coś się stało z deaetorami. To duże zbiorniki, wypełnione częściowo wodą i parą, w pomieszczeniu nad centralką. I chociaż zbudowane jest to solidnie, z metalu, mogło dojść do pęknięcia i wrzątek mógł zacząć przelewać się do BSzczU. Rzuciłem komendę – wszyscy do rezerwowego panelu sterowania. Jednak później wszystko ucichło, w dalszym ciągu na BSzczU nie było ani kropli gorącej wody, ani pary, ani błysków. Rozkaz anulowałem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Poszedłem wzdłuż centralek z przyrządami do operatora reaktora. Już pierwszy przegląd przyrządów, a nie operator reaktora, wiele mówiło, na nic nie patrzyłem oprócz ciśnienia w pierwszym rzędzie i cyrkulacji termoprzekaźnika. I to, i wszystko – zero. Już po tym zrozumiałem, że to nie zwyczajna awaria. Nie ma zużycia termoprzekaźnika od czasu zatrzymania się GCN – to jeszcze nie katastrofa przy takim ciśnieniu, obecna moc sama z siebie usuwa ciepłowydatek. A nie ma ciśnienia – elementy paliwowe zginęły już od pierwszych minut. Ale dał znać wypracowany wieloma latami stereotyp eksploatacji – zapewnij chłodzenie aktywnej strefy i pracuj. Sasza Akimow rozkazał włączyć pompy SAOR pracujące na automatycznie włączanych silnikach dieslowskich, a [[Walery Pierewaczenko|Waleremu Perewaczence]] nakazał otworzyć zawory zamkniętego obiegu wody. Wtem zrozumiałem, że kaset paliwowych nie da się już uratować, jednak nie znając całkiem charakteru awarii, uważałem tak: rurociągi zaczną topić się od temperatury, paliwo dostanie się do komunikacji wodnej i, stopniowo tamując rury, zawartość znajdzie się w pomieszczeniach. Myślałem, że reaktor jest wygaszony.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
U operatora reaktora dostałem olśnienia. Pręty SUZ gdzieś w w pośrednim położeniu nie zagłębiają się przy odciętych energetycznych mufach serwozaworowych, reaktymetr pokazywał dodatnią reaktywność. Operatorom rysowało się na twarzach zmieszanie, zapewne wyglądałem tak samo. Szybko wysłałem [[Aleksandr Kudriawcew|A. Kudriawcewa]] i [[Wiktor Proskuriakow|W. Proskuriakowa]] na halę centralną razem z operatorami, aby opuścili trzony ręcznie. Chłopcy pobiegli. Od razu zrozumiałem absurdalność swojego rozporządzenia – jeżeli trzony nie pójdą do strefy przy odciętych mufach, to nie pójdą i przy wysterowaniu ręcznym. I wyniki reaktymetru – żadne wyniki. Wyskoczyłem na korytarz, ale ich już nie było. Po awarii wielokrotnie, codziennie analizowałem swoje decyzje z 26 kwietnia 1986 roku i tylko tę decyzję mam sobie do zarzucenia. Chciałbym zobaczyć człowieka, który zachowałby zimną krew w takiej sytuacji. Dosyć tego, to było moje pierwsze i ostatnie głupstwo. Nastał spokój, bez retardacji, harmonijny spokój i jedna myśl – co można zrobić.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na korytarzu kurz, dym. Wróciłem do BSzczU i rozkazałem włączyć filtrację usuwającą dym, a sam przez inne wyjście poszedłem na salę maszynową.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
A tam widok, godny obrazu Dantego! Część dachu zawaliła się. Jak wiele? Nie wiem, może trzysta, czterysta metrów kwadratowych. Płyty zawalając się, uszkodziły działające rurociągi. Wszystko w gruzach. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z dwunastego znaku spojrzałem na dół do otworu, gdzie na piątym znaku znajdowały się działające pompy. Z uszkodzonych rur biły we wszystkie strony strumienie gorącej wody, trafiając na sprzęt elektroniczny. Dookoła para. Rozchodzi się drastycznie szybko niszczenie i spięcie obwodów elektrycznych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W rejonie siódmego TG zapalił się smar, który wyciekł z uszkodzonych rur, więc pobiegli tam operatorzy z gaśnicami i rozwijali pożarne szlauchy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na dachu przez otwory utworzone prze zniszczenia widać było płomienie pożaru.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wróciłem na BSzczU i rozkazałem Akimowowi wezwać straż pożarną. Strażacy z elektrowni, jak się okazało, już wyjechali, ponieważ jeden z nich był na dworze w momencie eksplozji.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wezwaliśmy szybko pomoc.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Akimow zawiadomił [[Borys Rogożkin|B. Rogożkina]], który, zgodnie z przepisami zawiadomił Moskwę i Kijów. Pracownicy elektrowni są automatycznie nagrywani na magnetofonowym zapisie zgodnie z kategorią awarii – w tym wypadku była to Awaria Ogólna, najwyższy stopień. Jak przebiegało zawiadomienie góry – już opisałem, już nad ranem pojawili się pierwsi ludzie z Moskwy i Kijowa. Wraz z zawiadomieniem z elektrowni zepsuł się magnetofon i telefonistka dodatkowo obdzwoniła zgodnie z listą.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Oprócz głównego inżyniera [[Nikołaj Fomin|N. M. Fomina]], który przyjechał na blok zaraz po awarii, nie widziałem żadnego z wyższych urzędników, aż do odejścia z elektrowni. Walerij Perewaczenko wrócił do centralki kierowania obejścia rozdzielni, gdzie znajdują się zasuwy podłączające dopływ wody do pierwszego obiegu od pomp. Wejście do pomieszczenia było zawalone, nie dało rady dojść.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wrócili Sasza Kudrawciew i Witia Proskuriakow. Jako starszy wiekiem i stopniem, większość operatorów nazywałem niepełnymi imionami. Na imię i po imieniu ojca zwracałem się do osób z kim miałem naciągane stosunki. Takie, zresztą, szybko mijały. Saszy i Wiktorowi też nie udało się dostać na salę centralną ze względu na gruzy. A w ogóle 26 kwietnia 1986 roku, przynajmniej, o piątej rano, na hali nikogo nie było. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jeśli chce się coś robić, to trzeba najpierw coś o tym wiedzieć. Po przyrządach na mostku kierującym za dużo nie wiedziałem, dało się wywnioskować tylko, że jest źle.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wyszedłem z BSzczU z zamiarem obejrzenia sytuacji na hali reaktora, gdzie wychodzi jego wierzch. Nie doszedłem. Spotkałem operatorów obiegu gazowego I. Simonienko i W. Siemokopowa oraz operatorów hali centralnej O. Genrycha i [[Anatolij Kurguz|A. Kurguza]]. Tolia Kurguz był straszliwie oparzony, skóra odchodziła od ciała, ręce zwisały bezwładnie. Co z resztą ciała – nie było widać przez odzież. Powiedziałem im, żeby natychmiast poszli do punktu medycznego, gdzie poszkodowany musi szybko przejść badania. Igor Simonienko powiedział, że konstrukcja hali reaktora jest zburzona. Szybko poszedłem jeszcze kilka metrów korytarzem i na dziesiątym znaku wyjrzałem z okna i zobaczyłem… a raczej nie zobaczyłem, bo nie było ścian budynku. Po całej wysokości od siedemdziesiątego do dwunastego znaku ściana była zawalona. Co jeszcze – nie było widać po ciemku. Dalej po korytarzu, na dół schodami i wyszedłem na zewnątrz. Powoli idę dookoła czwartego bloku, później trzeciego. Patrzę w górę. Było na co popatrzeć… istne widowisko. Pomimo, że była noc i źle oświetlenie, wszystko doskonale było widać. Dachu i dwóch ścian nie było. W pomieszczeniach, widać było przez szpary zrujnowanych ścian, potoki rzek, powodujących spięcia w sprzęcie elektrycznym i wybuchające ogniska. Pomieszczenie zbiorników gazowych zniszczone, pojemniki stoją krzywo. Nie ma mowy o dostępie do zaworów, W. Perewaczenko miał rację. Na dachu trzeciego bloku i hali chemicznej kilka ognisk, ale niewielkich. Zapewne, powstały przez wyrzucenie fragmentów paliwa ze strefy aktywnej. Być może też od grafitu, chociaż przy mocy 200 MW miał on temperaturę 350° С i przeleciawszy w powietrzu powinien się wychłodzić, ale zdyspergowane paliwo mogło zapalić przy wylocie z aktywnej strefy wyrzucany także grafit. Prawda, to wątpliwe. Nie widziałem na ziemi ani jednego kawałka palącego się grafitu. Niepalących się też nie widziałem, chociaż później jeszcze raz obchodziłem z zewnątrz oba bloki. Ale pod nogi nie patrzyłem, duże kawałki jakoś nie trafiały się, potknąć się nie dało rady w każdym razie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Obok kantorka rezerwowego operatora trzeciego bloku znajdowały się wozy strażackie. Spytałem się tamtejszego kierowcy, kto tu dowodzi. Wskazał na idącego człowieka. To był lejtnant W. Prawik, znałem go z widzenia. Powiedział on, że należy nadjechać od strony kolektora pożarnego rurociągu, który idzie przez dach. Obok znajdował się duży hydrant do podłączenia. Samochody zaczęły rozkładać się, a ja poszedłem do centrali blok trzeciego.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
U kierownika trzeciego bloku Ju. Bagdasarowa stawiając się, zapytałem, czy nie przeszkadzam. Odpowiedział: ''Na razie nie, obserwujemy dostępne miejsca''. Oblicza personelu wyraźnie mówiły – co?!, ale nikt na głos nie zadał żadnego pytania. Dali mi preparat jodowy, profilaktycznie. Przyjąłem, i nic nie powiedziawszy, poszedłem. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
A co mogłem powiedzieć? O przyczynach katastrofy wtedy nawet nie myślałem. Po raz pierwszy zacząłem o tym myśleć w klinice, gdy zawieźli nas do już do szpitala. Przedtem uważałem to za zbędne, było już się czym zajmować. Przy obchodzie bloków zaczął mi się w głowie kreślić obraz, zrozumiałem – reaktor jest doszczętnie zniszczony. Wyobrażałem to sobie tak: rozerwały się kanały paliwowe, wskutek czego w reaktorze zaczęło wzrastać ciśnienie i oderwało górną dwutysięczną konstrukcję, para skierowała się na halę i zniszczyła konstrukcję, górna część później „osiadła” na miejsce. Co ją skierowała na ponowne miejsce – nie domyśliłem się, nie zbiło to mnie z tropu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W tej chwili reaktor czwarty zaczął istnieć tylko jako źródło niebezpieczeństwa dla pozostałych bloków.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wróciwszy na centralę czwartego bloku, rozkazałem A. Akimowowi zatrzymać uruchomione po eksplozji pompy, ponieważ wody z nich nie da rady skierować na reaktor, ze względu zniszczenia armatury węzła i bez sensu jest to czynić po pół godziny od eksplozji. Wszystko co mogło stać się podczas braku chłodzenia, stało się. W dalszym ciągu nie mieliśmy żadnych inicjatyw.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Piotr Palamarczuk, wysoki mężczyzna, przytargał na krzesło Wołodię Szaszenoka, który obserwował przebieg akcji na dwudziestym czwartym znaku przy nawigacji sprzętu, gdzie został później oparzony parą i wodą. Nic nie mówił, nie jęczał, nie przewracał oczami, zapewne przekraczający granicę wyobrażenia ból odciął od go od świadomości. Przed tym widziałem w korytarzu nosze, powiedziałem, żeby na nich zanieśli go do punktu medycznego. Zadania podjęli się P. Palamarczuk i N. Gorbaczenko. Władimir Szaszenok zmarł przed ranem, to była druga ofiara. P. Palamarczuk w poszukiwaniu Szaszenoka otrzymał sporą dawkę, a kiedy go niósł, namokła mu odzież. Woda była promieniotwórcza, nawet po pięciu latach poparzenia po niej do końca nie zeszły.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Naczelnik zmiany, W. Perewaczenko powiedział, że nie ma operatora GCN Walerego Chodemczuka i dwóch operatorów hali centralnej. Krótko rozkazał: ''Szukać!''. Podszedł pracownik Charkowskiego zakładu A.F. Kabanow z dwoma swoimi towarzyszami. Powiedziałem im, żeby opuścili blok. A. Kabanow zaczął mi mówić, co zostało w maszynowym laboratorium po pomiarze drgań. To było dobre laboratorium produkcji FRG, od razu mierzyło drgania wszystkich łożysk i dawało naoczne wydruki. Żal było Kabanowi je tracić. I tu, jedyny raz 26 kwietnia, podniosłem głos, mówiąc: ''Zapomnij o tych maszynach, szybko opuśćcie blok.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie można o tym nie wspomnieć: 26 kwietnia wszyscy wykonywali polecenia od razu, bez żadnych odmów. Nie zdarzyło się powtarzać rozporządzeń. Co mogli zrobić – robili sami. Nie wiedzieli co robić – tak było. A kto tam wiedział? Do takiej awarii nikt się nie przygotowywał. I, moim zdaniem, nie należy się przygotowywać. Takiej awarii nie musi być, ona nie powinna się wydarzyć. Ale gotowość do działania była u wszystkich, nawet u nieaktywnych pracowników bloku. Prawda, takich szybko odsyłało się z bloku. Tylko kierownik zmiany elektrowni Rogożkin, uważam, nie wykonywał jak należy swoich obowiązków. Praktycznie, on nie miał żadnego stosunku do prac na czwartym bloku, ale ze względu na stanowisko, zobowiązany był kierować blokiem w sytuacji awaryjnej. Tylko on jedyny nie zdołał dojść do BSzczU ze względu na zawalenia. Inni dali radę. Tak, istny labirynt na gruzach. Straszne? Tak było. Co kierownik powinien zrobić zobaczywszy zawał? Wziąć ludzi i usunąć go. A na korytarzu dziesiątego znaku osuwiska składały się z kilogramowych aluminiowych części oświetlenia. Przynajmniej nie otrzymał dużej dawki. Bądź zdrów, Borysie Wasiljewie!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z doozymetrystą Samoilienko zmierzyłem stan w BSzczU. Przyrząd wskazywał 1000 μR/s lub 3,6 R/h. W lewej i centralnej części pomieszczenia przyrząd pokazywał 500-800 μR/s, z prawej – wynik wywindował. Ponieważ wielkiego źródła promieniowania tam nie było, szacuje się wynik na nie więcej niż 5 R/h. Innego wyjścia nie miałem. Zmierzyli moc dawki na rezerwowym operatorze kierowania. Tam też dozymetr wariował.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
A. Akimow kazał odprawić do trzeciej BSzczU operatora reaktora L. Toptunowa i operatora reaktora [[Igor Kirszenbaum|I. Kirszenbauma]]. Zrobić pożytecznego nic nie mogli, a sytuacja była tu nadzwyczaj niesprzyjająca. Na mostku pozostali tylko Akimow i Stoliarczuk.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz zostanie opisana pożyteczna praca, która wykonał personel czwartego bloku z narażeniem zdrowia i życia. Ze względu na liczne uszkodzenia rurociągów i konstrukcji budowli stale pojawiały się zwracia w obwodach elektrycznych, które inicjowały pożary. Kiedy zszedłem z trzeciego bloku spotkałem zastępcę kierownika hali elektrycznej A.G. Leleczenko. Wziąłem go ze sobą. Teraz zwoławszy Leleczenkę i Akimowa, rozkazałem odłączyć mechanizmy i rozebrać obwód elektryczny. Celem było odcięcie jak największej ilości niebezpiecznych elementów obwodów elektrycznych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Rozkazałem również odsączyć do cystern awaryjnych smar z turbin i wyprzeć wodór z generatorów elektrycznych. Całą tę pracę wykonywał personel oddziałów elektrycznego i turbinowego. Wykonał. Wielu zginęło, wielu otrzymało ciężkie obrażenia cielesne. Dobrze spisywali się zastępcy kierownika oddziału turbinowego R.I. Dawlietbaiew i A.G. Leleczenko. Dziwnym człowiekiem był Aleksander Grigorowicz. Osiłkiem go nie nazwiesz. Nie wiem, skąd on wziął tyle siły, że jeszcze dwa, albo trzy dni po 26 kwietnia chodził do pracy na elektrownie, w tejże radiacyjnej atmosferze. A kiedy zawieźli go do szpitala w Kijowie, nie pożył długo. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Gorzko i niepocieszenie było mi słyszeć o nieuszanowaniu i profanowaniu grobów poległych operatorów na cmentarzu w Moskwie, w przeciwieństwie do grobów strażaków. O strażakach powiem później. Teraz o personelu. Gdyby on nie zrobił tego, co zrobił, na pewno powstawałyby nowe pożary. Owe pożary, które zaistniały przy eksplozji, przy czym częściowo zlikwidował je personel, z jednolitej struktury rozeszły się na dwie części: elektrowniczą i miasta Prypeci. Kto by zdołał zlikwidować nowe? Uważam, że personel działał poprawnie, pełen poświęcenia i zrobił wszystko co mógł w owej sytuacji. Opowiedział jak było, osąd należy do Was.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie chcę nikogo potępiać, ale niszczyć groby, bez względu kto by w nich spoczywał  - barbarzyństwo. Nikt nie każe nosić na groby kwiatów, ale wyrzucanie już przyniesionych jest karygodne. Kłamliwa oficjalna wersja, obarczająca całą winą obecnie martwy już personel, nawet w grobie nie daje im spokoju. A mówią – kłamstwo ma krótkie nogi. Nie krótkie, a skoczne, żwawe…&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
A. Akimow przystąpił do wykonywania zadania, a ja znów wyszedłem na dwór – ogniska na dachu jeszcze nie były zgaszone, dlatego na trzecim bloku rozkazałem wygasić reaktor i ochładzać go z awaryjną szybkością. Obecny na centrali trzeciego bloku B. Rogożkin powiedział, żebym uzgodnił decyzję z W.P. Briuchanowem, na co odpowiedziałem: ''Wygaszajcie, póki sytuacja jest w miarę normalna.'' No, w zasadzie normalna to ona nie była i na trzecim bloku, ale nie było jeszcze technologicznych zaburzeń pracy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Rozeszły się jakieś fałszywe wiadomości dotyczące działań przeciwpożarowych. Zachowania wtedy były jak najbardziej prawidłowe. Korespondent gazety „Komsomolski Sztandar” zapytał mnie o naruszenia zasad przez strażaków. Nie wiem, naruszenia może i były, ale nie miały one wpływu na sytuację. Nawet jakby założyli odzież antyradiacyjną, za dużo by im to nie pomogło. Ich ciężkie osprzętowanie skutecznie chroniło od promieniowania beta, a od promieniowania gamma żaden strój skutecznie nie ochroni. Ochronić ludzi mogło tylko automatycznie gaszenie, nie wymagające udziału człowieka. Takiego nie było. Był układ rurociągów z odnogami do przyłączenia węża pożarniczego. Bez ludzi nic nie dało się zdziałać.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
A oliwy do ognia dodają zeznania W.P. Briuchanowa, jakoby wezwanie strażaków było niepotrzebne i wpędziło tylko ich na pewną śmierć. A ogień to mi się niby przyśnił, tak? Przecież ze względu na to rozkazałem wygasić trzeci blok. Owszem, przyznaję, tworzącego połacie pogorzelisk pożaru nie było, to były pojedyncze ogniska. Co miał robić lejtnant Prawik: czekać aż się te jednostki w jedno duże połączą? Wtedy jest gwarantowany przerzut ognia na inne części elektrowni z nieprzewidzianymi konsekwencjami. Może trzeba było czekać aż samo zgaśnie? Zazwyczaj ogień gaśnie, jak nie ma już co trawić. Pytania korespondent na pewno sam nie wymyślił i w wywiadzie z Briuchanowem też o to korespondent zapytywał. To wszystko pytania z jednej firmy, na pewno. Czyżby to temat godny szacunku za śmiertelną pracę? W naszym kraju jest jej wyjątkowo dużo…&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po wyjściu z trzeciego BSzczU spotkałem w korytarzu W. Czugunowa i A. Sitinkowa, ubranych już z uwzględnieniem panujących warunków radioaktywnych. Ja miałem na sobie zwykłe ubranie robocze i półbuty. Przydałaby się lepsza podeszwa, która uchroniłaby nogi od poparzeń, dotychczasowe się nie nadawały. Ale co w takich butach za chodzenie?&lt;br /&gt;
I tak nie zwracałem wówczas na to uwagę. Maski gazowe strasznie przeszkadzały w oddychaniu – znalazłem gdzieś jedna parę, to ją zaraz zrzuciłem i więcej nie wkładałem. Mówili, że rozkaz inspekcji 4-tego bloku wydał Briuchanow, który wówczas znajdował się w bezpiecznej strefie cywilnej. Nie miałem wtedy czasu i chęci do rozmowy, powiedziałem tylko, że nie ma na co patrzeć i poszedłem dalej na 4-ty blok. Tam pojawił się zastępca kierownika działu techniki bezpieczeństwa G. Krasnożen. Malutkiego wzrostu, z pośpiechu, zapewne, nie dobrał sobie odpowiedniego ubrania, głowa owinięta waflowym ręcznikiem, niczym turban, tylko oczy mu widać. Nic nie wytłumaczył, jeżeli chodzi o sytuację radiologiczną, ale rozśmieszył swym wyglądem. Śmiałem się w duszy, nie zważając na cały tragizm sytuacji. Wtedy zaczęły objawiać się ciągłe, nieprzerwane mdłości. Straszne. Nie ma co opisywać. Opisywali nieraz ci… którzy tego nie przeżyli. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W centrali W. Perewaczenko powiedział, że operatorzy z centralnej sali znaleźli się, nie ma tylko W. Chodemczuka. Operatorzy się wcale nie zgubili. Kiedy Perewaczenko mi przedtem mówił o ich nieobecności, to nie podawał nazwiskami, a chodziło mu o Kurguza i Genrycha. Poszli we trzech, biorąc jeszcze S. Juwczenkę i dozymetrystę. Urządzenie, tak jak wcześniej, pokazywał 1000 μR/s, gdzie później wariował. Przy wejściu na salę GCN rozwalono zamknięcie. Poszedł tam dozymetrysta – nadaremno. Sasza Juwczenko i ja pozostaliśmy przy gruzach, a W. Perewaczenko poszedł wzdłuż konsoli do kantorka operatorów, gdzie, choć to mało prawdopodobne, mógł znajdować się Walerij Chodemczuk. Drzwi pomieszczenia zawalone były zaworem. Pójście tam było niebezpieczne, zewsząd lała się woda. Przeszło mi przez myśl – nie iść. Za chwilę inna: ''Jak będziesz mógł żyć z uczuciem, jeśli się okaże, że wtedy nie otrzymał jeszcze śmiertelnej dawki?''. Nie było tam W. Chodemczuka. Ciało jego zostało pogrzebane pod betonem i metalem. Zapewne tam w poszukiwaniu Walerij Perewaczenko otrzymał letalną dawkę. Został oblany wodą i umarł nie tyle od promieniowania, co od radiacyjnych poparzeń skóry.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W tym momencie naszło mnie zrezygnowanie, apatia. Spowodowane zapewne stanem fizycznym, jak i brakiem skonkretyzowanego celu. Nic więcej pożytecznego zdziałać nie mogłem. Zrobiliśmy wszystko, co możliwe i zrobiliśmy to poprawnie. Nie mam tylko pewności co do wentylacji, nawet teraz, jak byłoby z nią najlepiej. Wtedy kazałem wyłączyć całą wentylację czwartego bloku i włączyć na sali maszynowej trzeciego bloku, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się pyłu w powietrzu, na większy teren elektrowni. Ale i na zewnątrz były już zanieczyszczenia. Niechaj mądrzy ludzie zobaczą. W sądzie biegli, czy to od obrony cywilnej, czy to od lecznictwa obwiniali mnie o nieprawidłowości w działaniach wentylacji. Oskarżali mnie o zmienianie wytycznych jako kierownika zmiany elektrowni. Jak mnie o to można oskarżać, skoro nie miałem takiej funkcji? Równie dobrze można mnie oskarżać o naruszenie wytycznych stanowiska jako Czang Kaj-Szek.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zostałem zawołany do telefonu. W.P. Briuchanow. Nie pamiętam co mówił, zdaje się, powiedział: ''Przyjdź do sztabu obrony cywilnej.'' Zabrałem ze sobą trzy wykresy na taśmach: dwa z odczytem mocy reaktora i ciśnienia w pierwszym obiegu. Umyłem się pod natryskiem, zgodnie z regulaminem, najpierw zimną, a później gorącą wodą.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W bunkrze dużo ludzi, z elektrowni i nieznajomych. Zobaczyłem Wołodię Babiczewa, kierownika zmiany bloku. Około trzech godzin temu powiedziałem A. Akimowowi, żeby go zmieniono. No i zmieniono. Spytałem: ''Dlaczego tu?''. On odpowiedział: ''Tam nie wpuszczają''.&lt;br /&gt;
:– Pójdziemy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I Babiczew poszedł zmienić Akimowa. Niestety, Sasza pozostał na bloku nawet po zmianie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Poszedłem do kolejnego pomieszczenia w bunkrze. Dyrektor W. Briuchanow, jak zawsze chorobliwie niegadatliwy, milczący. O nic mnie nie wypytywał. Dosiadłem się, rozłożyłem wykresy mocy i ciśnienia. Przy czym powiedziałem: ''Jakieś nieprawidłowe zachowanie się SUZ''. To wszystko, nic więcej nie mówiłem. Briuchanow przygnębiony, milczał.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Do stołu podszedł pułkownik jakiś wojsk, zaczął wypytywać dyrektora o skalę zniszczeń na sprawozdanie dla góry, ile metrów kwadratowych dachu i coś tam jeszcze. Na moje słowa – piszcie, jest zburzony czwarty blok – pułkownik zarozumiale zignorował.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciągle ciągnęło mnie na torsję, wybiegłem z bunkra w górę, gdzie I.N. Carenko pomógł mi wsiąść do karetki.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I do szpitala na długie pół roku.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I jeszcze jedna czynność wykonana na czwartym bloku 26 kwietnia, że tak powiem, spontanicznie, resztę robiło się już według planu. Do elektrowni główny inżynier N.M Fomin przybył o czwartej, może piątej nad ranem, ale lepiej by było, gdyby przybył jeszcze później. Zadecydował o włączeniu obiegu wody w reaktorze. Po co tyle czasu po eksplozji? Nie znam rozmów W.P. Briuchanowa z A. Akimowem i czy w ogóle doszło do nich, ale ode mnie dyrektor niczego nie żądał. Ale co tu chcieć? To jasne – reaktor znam lepiej od niego i znajdując się na bloku, robię wszystko co możliwe. N.M. Fomina 26 kwietnia nie widziałem, nie rozmawiałem z nim telefonicznie, a dopływ wody do reaktora zaczęli organizować po moim zejściu z elektrowni, inaczej bym im powiedział o bezsensowności czynności. Ta operacja to daremny trud, a nawet szkodliwy i zebrał swe żniwo. To, że Moskwa pytała się, czy chłodzono reaktor naturalnie podzespołami reaktora, przy awarii – to podstawa podstaw. Przecież dla Moskwy nie wszystko było jasne i klarowne. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
To, że operacja ta jest bezsensu, zdaje mi się, wyjaśniłem fachowo, aczkolwiek zrozumiale i powtarzać nie należy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Szkodliwość działań ujawniła się kilka godzin po rozpoczęciu dopływu wody. Woda z powodu zniszczeń sieci rurociągów nie dopływała do reaktora (przecież w ogóle reaktora już nie było) i zaczęła zalewać pomieszczenia czwartego i innych bloków, roznosząc promieniotwórcze błoto. Później zwyczajnie, zatrzymano działania. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale operacja ta została opłacona obrażeniami ludzi, a dla L. Toptunowa, A. Akimowa i A. Sitnikowa okazała się śmiertelna. A. Sitnikow po przeglądzie bloku, gdzie dostał sporą dawkę, ale nie śmiertelną, po prostu zrozumiał, że reaktor czwarty jest całkiem zniszczony, o czym i zameldował. Nie był na dachu, nie patrzył na reaktor z wierzchu. Była próba dostania się na górę, ale metalowe drzwi skutecznie uniemożliwiały akcję. Tenże ciężki los spotkał A. Kowalenko i B. Czugunowa. Nie mogę zrozumieć, dlaczego Sitnikow wiedząc o zniszczeniu reaktora, uczestniczył w akcji uruchomienia dopływu wody. Wtedy też otrzymał całkiem niezłą dawkę. Inni działali, niewiedzą o skali zniszczeń. Tolia – człowiek rozsądny i zdyscyplinowany, dla niego wyrażenie „Nakaz kierownika – prawo dla podkomendnych” było dogmatem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
L. Toptunow był z bloku odprawiony razem z I. Kirszenbaumem, i gdyby nie wrócił na blok otrzymałby minimalną dawkę bez jakichkolwiek praktycznych skutków. Kiedy po drugim obchodzie na zewnątrz przyszedłem na centralkę kierowania, zobaczyłem Toptunowa.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spytałem szorstko: ''Dlaczego ty tu?''. Nic nie odpowiedział, tylko pokazał czasopismo, które trzymał pod pachą. Pomyślałem, że wrócił zabrać gazetę. Okazało się, że pozostał do końca.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
A. Akimow oczywiście otrzymał większą dawkę, on wchodził do wielu różnych, skażonych pomieszczeń, a B. Babiczew przyszedł dopiero koło piątej nad ranem. Ale i u niego dawka nie przekroczyłaby 200 remów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Obaj pozostali i uczestniczyli w procesie dopływu wody. Wtedy otrzymali dawki letalne. Żadnej rozmowy o czyjejś winie ani 26 kwietnia, ani w dniach kolejnych nie było. Przynajmniej przy mnie. Staraliśmy się tylko zrozumieć, dlaczego tak się stało, wszystkie rozmowy tylko o tym. A.P. Kowalenko, kierownik oddziału reaktora, mówił, że słyszał od Akimow w szpitalu takie słowa: ''Głównie to nasza wina – za późno nacisnęliśmy przycisk AZ.'' Sasza nie miał racji. Nie w tym tkwi przyczyna i to nie personel popełnił błąd. To niebywale smutne, że chłopcy umierali ze świadomością winy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W prypeckim szpitalu zmierzył mnie dozymetrysta, zrzuciłem swoje ubrania, umyłem się, przebrałem i do izby na łóżko. Zmęczony do granic możliwości, chciałem tylko spać. Nie było mi dane. Przyszła pielęgniarka z kroplówką. Żebrałem: ''Daj pospać, potem rób co chcesz''. Nie ma dyskusji. Dziwne, zaraz po kroplówce senność zniknęła, pojawiła się rześkość, więc wyszedłem z izby. U innych to samo. W palarni żywe rozmowy, wszystkie o to samo. Przyczyna, przyczyna, przyczyna?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Powiedziałem: ''Do rozpatrzenia biorą nawet najbardziej absurdalne wersje, na początku nic nie można odrzucić.'' A rozmowy trwały aż do rozpędzenia po szpitalnych salach już w szóstym szpitalu w Moskwie, kilka dni po przyjeździe tam.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przyszła żona. Przyniosła papierosy, brzytwę, środki czystości. Spytała, czy potrzebna jest wódka. Już wyszła plotka, że wódka jest bardzo pożyteczna przy dużej dawce radiacji. Odmówiłem. Niepotrzebnie. Nie dlatego, że okazało się, iż jest naprawdę pożyteczna dla zdrowia, ale dlatego, że zrezygnowałem z niej na długie cztery i pół roku. Strata jest niewielka, jeśli odmówi się dobrowolnie. 26 kwietnia wypił to ktoś inny, nie pamiętam już komu dałem. Wieczorem już 26. wyjechały pierwsze autobusy z pacjentami do Moskwy. My wyjechaliśmy 27. o dwunastej. Ogłoszono wyjazd i odprawiono żegnające nas kobiety, Powiedziałem: ''Baby, wcześnie nas chowacie''. Po wszystkich symptomach uświadomiłem sobie powagę naszego położenia, ale mówiąc szczerze, myślałem, że przeżyjemy. Nie dla wszystkich spełnił się ten mój optymizm.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nadzwyczaj dobrze pracuje u nas „sarafanowe radio”. Od razu za Czarnobylem we wsi Zaleskoje wzdłuż ulicy stały, kobiety z zadumą i żalem w oczach. A tu kazus – Wiktorowi Smaginowi coś się stało, a lekarz w innym autobusie, trzeba było się zatrzymać. I szybko przy autobusie – tłum lamentujących kobiet, patrzących na nas, jak byliśmy ubrani w stroje szpitalne. To taki czujny i wrażliwy u nas lud, że wszystkie takie wydarzenia powodują taki odzew?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na lotnisko dojechaliśmy bez przygód, dokładnie na samolot. W Moskwie po przylocie też czekały na nas autobusy – i do szpitala.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tam zwolnili dla nas kilka oddziałów. Tamtejszych chorych to do domu wypisali, to do innego szpitala przenieśli. Najpierw zawieźli mnie na oddział ginekologiczny, ale że niestety nie udało mi się nikogo urodzić, przenieśli mnie na inny oddział. Ale tylko przez pół roku, 4 listopada wypisałem się. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz zaczęto łajać nasz stan zdrowia i nie tylko stan zdrowia. Na tyle człowiek rzuca się pod byle pretekstem, że pozostawiony problem sam sobie, przedłuża swe działanie. Tak jakby, żadnych innych słów, prócz terminów nienawiści nie znał. Na otwarciu gazety ledwo co można dojrzeć jakieś neutralne adnotacje. Intelektualiści, dusza narodu – pisarze, zachowują się jak pająk w bańce. Zapominają o swoim podstawowym zadaniu – pisaniu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nawet dobrą, bezinteresowną pomoc Amerykanina Galego, potrafili oskandować. To jasne, że jeden lekarz nie może wiele zdziałać, ale to oczywiste – to, co on uczynił i u normalnych ludzi powinno budzić wdzięczność, chociaż nic powstawać nie musi.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie, nie będę besztać personelu szpitala numer sześć. Mnie i wielu innych wyrwali oni z objęć starej kostuchy. Każdy się o to otarł. Personel był kiepski, ale sprawny. Każdy myślał, że to koniec kiedy nie mógł zahamować krwotoku z nosa, co chwilę zmieniając gazę. Znam to, niestety. Nie mogę powiedzieć, jak długo to trwało. Zdawało mi się, że gubię świadomość. Zapewne było to tylko jakieś cząstkowe, zmierzchowe. Pewnego dnia raptem uświadomiłem sobie, że moje ciało i nogi są naprawdę moje. I odtąd zacząłem postrzegać siebie już normalnie. Z takiego stanu wyciągali nas lekarze. Przede wszystkim moje podziękowania kieruję Siergiejowi Filipowiczowi Siewiernemu, był z nami, kiedy przechodziliśmy naprawdę ciężki etap. Dziękuję Siergiejowi Pawłowiczowi Chaliezowowi, Ludmiłowi Gieorgiewiczowi Sieleznowi, Aleksandrowi Fiodorowiczowi Szamardinojowi i wszystkim innym lekarzom. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
A co można powiedzieć o pielęgniarkach, które miękko, aczkolwiek wytrwale perswadowały zjedzenie chociaż odrobiny posiłku? Może wtedy mnie tym irytowały. Ale bez jedzenia nie przeżyje się. Karmiły nawet. Nie, one nie wykonywały pracy, one wychowywały chorego. Dziękuję im.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Od razu po zwolnieniu się, przyszło znów wezwanie z szóstego szpitala, gdzie spędziłem blisko trzy tygodnie. I przez pół roku jeździłem tam ponownie. Za każdym razem służba mnie podreperowywała. Zwłaszcza Elena Michałowowi Dorofieiewa, świetnie wyleczyła mi gardło, przeżyłem rok bez wcześniej dokuczający suchości. Było widać, że dojeżdżanie tam z Kijowa jest trudne, acz niedalekie.&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Oxena</name></author>	</entry>

	<entry>
		<id>https://wiki.czarnobyl.pl/index.php?title=U%C5%BCytkownik:Amoniak/Czarnobyl._Jak_to_by%C5%82o/Rozdzia%C5%82_4&amp;diff=5630</id>
		<title>Użytkownik:Amoniak/Czarnobyl. Jak to było/Rozdział 4</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="https://wiki.czarnobyl.pl/index.php?title=U%C5%BCytkownik:Amoniak/Czarnobyl._Jak_to_by%C5%82o/Rozdzia%C5%82_4&amp;diff=5630"/>
				<updated>2019-11-29T00:04:43Z</updated>
		
		<summary type="html">&lt;p&gt;Oxena: /* Rozdział 4. Jak to było. */  Drobne poprawki cz. 2&lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;== Rozdział 4. Jak to było. ==&lt;br /&gt;
26 kwietnia 1986 roku. Niefortunny dzień. Stał się ważnym momentem w życiu wielu osób, które zmienił na zawsze. Zwłaszcza moje życie – głęboka przepaść oddziela te etapy mojego żywota przed i po awarii.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Byłem praktycznie zdrowym człowiekiem i w ostatnich latach tylko trzy, cztery dni spędziłem w szpitalu – zostałem inwalidą. Byłem prawym i porządnym człowiekiem – zostałem przestępcą. I w końcu, byłem wolnym człowiekiem – zostałem skazanym. &lt;br /&gt;
Tak teraz mówią na zeków. W jakiej gustownej głowie powstało takie nienaturalne połączenie słów? Ju. Feofanow w gazecie „Известия” po analizie ostatnio uchwalonych ustaw w sprawie ochrony praw człowieka zmuszony konstatować: ''Tymczasem u nas, niestety, słowu obywatela bliżej do słowa przejścia.'' Ile wtedy obywatela w skazańcu?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I w końcu, wiadomo, dla wyraźniejszego oddzielenia tych dwóch etapów życia, praktycznie starte są ze świadomości wydarzenia 25 kwietnia, pozostały tylko mętne wspomnienia, chociaż wydarzenia związane z awarią pamięć zachowała jasno i bez wątpliwości, a z potwierdzeniem innych świadków i zapisów przyrządów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
No tak, nic sobie nie przypominam, z drogi do pracy 25 kwietnia. Pewnie tak jak zawsze, szedłem pieszo 4 kilometry z domu do elektrowni. To dawało w te i z powrotem miesięcznie 200 km. Dodać 100 kilometrów regularnego biegania truchtem – całkiem dobry wynik dla podtrzymania kondycji organizmu. A głównie, dla utrzymania sprawności układu nerwowego. Gdy tak chodzisz, odrywasz się od wszystkich trosk. Przychodzi coś do głowy – biegnij szybciej. Och, jakiż to był relaks. I chód, i bieg niezbędny był przy tym tempie życia. U nas jakoś nie ma normalnej, skonkretyzowanej pracy. Tym bardziej w formującym się zakładzie pracy. Dane mi było uczestniczyć w budowie, otwarciu i eksploatacji wszystkich czterech bloków Czarnobylskiej AES. W stanowiskach zastępcy kierownika cechu, kierownika reaktora i zastępcy głównego inżyniera. Najmniej – dziesięciogodzinny dzień pracy przy wszystkich roboczych sobotach, wakacjach i niedzielach, ale nie to było nużące. Przez pół roku po uruchomieniu czwartego reaktora wszystko się ułożyło i uregulowało, jednak mimo to przed szóstą wieczorem z pracy się nie wychodziło, i to było normalne, albowiem pojawiała się możliwość douczenia się i uzupełnienia technicznych wiadomości, bez których nie można się obejść, a takiej okazji żaden inżynier nie przepuści.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie to męczyło, ale męczyło fizycznie i wycieńczało duszę, bezsensowna organizacja pracy, absurdalne wymagania od pracowników i niedorzeczne projekty.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie raz spotykałem w prasie i na Czarnobylskiej AES, ze względu na przedterminowe uruchomienia, zarzuty o niską jakość formy budownictwa i montażu. Nic mi o tym nie wiadomo. Przyjechałem na elektrownię we wrześniu 1973 roku. Na zapleczu pojawiały się hasła o puszczeniu do użytku pierwszego bloku już w 1975 roku. Zmiana terminu polegała na przepisaniu piątki na szóstkę. Naprawdę, pierwszy energoblok CzAES uruchomiony został 26 września 1977 roku. Drugi – w grudniu 1978 roku, ale jego termin został przyspieszony zapewne za zwłokę z uruchomieniem pierwszego. Tak samo i dwa następne bloki. O ich przedterminowych uruchomieniach mówić nie trzeba. Ciekawe, że przed 31 grudnia tego roku nie można było głośno mówić o niemożliwości uruchomienia bloku. Później przyjechali emisariusze i zaczął się montaż nowych niedorzecznych planów i projektów. Sporządzili, podpisali, wyjechali. I tu zaczynają się kłopoty spowodowane surowymi kontrolami awykonalnego projektu od samego początku. Szorstkie narady inżynierów, nocne wezwania. Powiększać zaczęły się nieuniknione opóźnienia w pracy, spada ucisk kontrolerów i praca wraca do normalnego stanu. Do czasu następnego przyjazdu kierownika.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nigdy nie rozumiałem tych dodających otuchy iniekcji. One tylko szkodziły. Jeśli mamy coś wykonać w nierealnym terminie, to rzetelny pracownik na początku stara się to zrobić. Potem wszyscy zderzają się z rzeczywistością. A to pozwala niesumiennym pracownikom nie wykonywać poleconych im zadań. Spostrzegłem to wielokrotnie. Korzyść od takich nacisków jest taka sama, jak hasła, praktycznie, zawsze „aktualnego”: ''Rzucim wszystkie siły działań bloku №___ do ___ ilości.'' Normalny człowiek się uśmiechnie i powie – jeżeli oddam tu wszystkie siły to co potem?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Myślę, że W.T. Kizima oraz budowlańcy N.K. Antuszczuka, A.I. Zajaca oraz W.P. Tokarenka serio tych terminów nie postrzegali, chociaż tego nie okazywali. Oni mogli komukolwiek opowiedzieć, jak i kiedy, rzeczywiście, będzie ukończona budowa. W ogóle, montażowcy nie podlegali SPID-owi. Posiadają immunitet zapobiegający jakimkolwiek zewnętrzny naciskom – fizycznego albo psychologicznego pochodzenia. W innych warunkach praca nie trwałaby długo.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Reasumując, budowa CzAES jak na radzieckie warunki poszła dobrze. Nie patrząc na ilość spawów na rurociągach pierwszego rzędu, przytaczam tylko jedno pęknięcie na ważniejszym rurociągu. I to zapewne wina toporności konstrukcji dlatego niedostatecznie było kompensowanie przy temperaturze powodującej dylatację. Nie ma związku z budową i budowlańcami a katastrofą z 26 kwietnia.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Do pracy w elektrowni przyszedłem z zakładu okrętowego, uczestniczyłem w budowie łodzi podwodnych. Tam też nie wszystko szło gładko. Nocna, nieprzerwana praca – z dnia na dzień. Wspominam wypadek, teraz z uśmiechem na ustach. Na zdawczej bazie siedzieliśmy w hotelu i graliśmy w preferens. Późnym wieczorem przyszedł mechanik W. Bujanski i zwraca się do przedstawiciela wojska.&lt;br /&gt;
:– Wyregulowaliśmy system, trzeba zatwierdzić.&lt;br /&gt;
:– Nie mogę, Wiktor, jestem chory.&lt;br /&gt;
:– Nie ma czasu, „nagroda” się grzeje. Ja prowadzę.&lt;br /&gt;
:– No, dobra, idziemy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po chwili nasz wojskowy powraca i wyznaje nam, że ta jego choroba to przewlekłe hemoroidy. Bujanski zaproponował mu komfortową podróż na tylnym siedzeniu motocykla. Jednak na tym się skończyło, bo pojechali autobusem. Pomimo tego, dobrze wspominam tamtejszą organizację.&lt;br /&gt;
    &lt;br /&gt;
W elektrowni w żaden sposób nie mogłem pojąć po co mi, eksploatatorowi, wiedzieć ile metrów rurociągów i zasuw zamontowano i jaki jest ich obecny stan. Mi jest potrzebny tylko cały rurociąg z zaworami, zawieszeniami i innymi urządzeniami, którymi będę operował. To nie tylko uczenie się zbędnych rzeczy, ale także zaprzątanie mi głowy i odciąganie od naprawdę ważnych czynności, których za mnie nikt nie zrobi. A to, gdzie leży dany odcinek rury, niech wie montażowiec, jemu to potrzebne do pracy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kult drobiazgowości, kult „władania sytuacją” zebrał niezasłużony laur, zastąpiwszy prawdziwą kompetencję pracownika. Poza wykładami dla naczelników najwyższego szczebla, taka wiedza jest niepotrzebna. Bierze kierownik kawałek papieru i rysuje, jaką forma jest mu potrzebna do zaświadczenia. Inny żąda to samo, ale z inna formą. Przy naszej komputeryzacji za pomocą liczydeł cały ten proceder zajmie furę czasu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
A grafiki. Okazuje się, że można było je układać pod każdym pretekstem i wszystko to bez uzasadnienia, zabezpieczenia pracowników, materiałów i sprzętu. Tylko na podstawie terminu zgodnego przyjeżdżającym naczelnikiem. Nie trzeba chyba mówić, że tego nie przestrzegano. Oprócz drugiego bloku, pozostałe miały po 10 grafików reszty pomieszczeń. Pojawia się kierownik „Głównoenergoatomistyczny” Newski i pojawiają się grafiki reszty systemów rurociągów. Grafik składało się w czerwcu, a w sierpniu puszcza się do kontroli pierwszego rzędu przez KMPC. Rury rodzaju średnicy 800 mm spawa się bardzo ostrożnie, przez spawaczy ze specjalnymi atestami. Na każde połączenie potrzeba siedem dni pracy. I co ciekawe: Newski, nie tak dawno jeszcze montażowiec, nie mógł nie wiedzieć o nierealności terminów. Przyjeżdża pracownik KC Marin, zdaje się, w przeszłości elektromonter, i projekt już składa się z innych elementów – zelektryfikowana nakładka zaworu, i tak dalej. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale, jak już mówiłem, sami inicjatorzy pomysłu zapewne nie widzieli problemu. Budownictwo żyło własnym życiem. Budowlańcy i montażowcy adaptowali się do podobnych opóźnień. Dla mnie na początku było to nienormalne. W byłej pracy takie coś było nie do pomyślenia. Czytaliśmy referat admirała Rickovera, ojca amerykańskich łodzi podwodnych. Amerykanom zdarzyło się zetknąć z szeregiem problemów przy stworzeniu łodziach podwodnych. Owszem, u nas też były problemy, ale wyłączając dwie, trzy pierwsze łodzie, później trzymaliśmy się wytyczonych terminów. Jeżeli jest wyznaczony termin kompleksowego sprawdzenia ustawień energetycznych – zapewne będzie z tygodniowym błędem. Większość trzyma się ostatecznego terminu. Takiego absurdalnego zachowania nieraz dopatrzyłem się w trakcie budowy elektrowni. Oto dwa przykłady w porównaniu mojej dawnej pracy i elektrowni. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W praktycznie już gotowej do wypróbowania łodzi do aktywnej strefy reaktorów dostał się wyciek jonowymiennej żywicy z filtra. Trzeba było wymienić pręty paliwowe. Przyjechał kierownik, ocenił sytuację i przełożył termin oddania do użytku na kolejny kwartał. Nie było rozmów: że jak sami zepsuliście, to sami naprawcie, że przed wami jeszcze pięć miesięcy…&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Powiadają, że po eksplozji w Czarnobylskiej AES do elektrowni przyjechała głowa rządowej komisji B. J. Szczerbina, który nakazał sporządzić plan odbudowy elektrowni przed jesienią 1986 roku. Fantasmagoria, nie ma na to innego określenia.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Racja, z terminami uruchomień energobloków CzAES dla ludzi mojego poziomu jasności nie ma. Długość budowy nie odbiegała od norm światowych. W pierwszych ogłoszonych terminach nie zawierał się żaden blok, ale premię za aktualne postępy rozdano. W czym tkwi sęk – nie mam pojęcia. Może w trybie wypłaty, może w istnieniu nieznanego zwykłym, niekierowniczym ludziom grafika? U nas możliwe są oba warianty. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Najbardziej ze wszystkiego, nieprzyjemne były wnioski o zmianie technicznych umów podczas trwania już prac budowlanych. Akceptowano je z różnych przyczyn. Na początku budowy Leningradzkiej AES z reaktorami RBMK była przyjęta uchwała rządu o budowie takich samych reaktorów w Kursku i Czarnobylu. Nie czekając na przetestowanie reaktorów, zostały rozpoczęte budowy. Reaktor RBMK nie można nazwać sprzętem, raczej budowlą. Nie można przetransportować potrzebnych do jego budowy elementów metalowej konstrukcji, dlatego półfabrykaty są łączone od razu na placu budowy. Dla wyrobów w ilości produkowanych więcej niż dziesięć i kompletów większych – to już cała seria, a drobne wyroby dla samego reaktora i maszyn obocznych znalazły się w kategorii sprzętu niestandardowego. A toż to filary i zawory dla połączeń rurowych samego reaktora i sprzętu, przeznaczone pod transport paliwa, promieniotwórczych produktów, zbioru kaset paliwowych, załadunków i wyładunków reaktora, itd. Cały sprzęt powinien zostać wykonany na najwyższym poziomie zaawansowania technologicznego. Nie trzeba wyjaśniać, że ma się do czynienia z nadzwyczaj promieniotwórczym paliwem. Świeże paliwo jest słabo promieniotwórcze i nie tak szczególnie niebezpieczne, jednak także trzeba obchodzić się z nim nadzwyczaj ostrożnie, ażeby uniknąć jakichkolwiek obrażeń, które początkowo mogą nie mieć widocznych objawów, ale odezwą się po czasie i to w sposób bardzo głośny. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Leningradzka AES, podlegająca Ministerstwu ds. maszyn średnich, organizowała się pod jego formę, pod jego zakłady, wyposażone najnowszym sprzętem. Kurska i Czarnobylska elektrownia należały do Ministerstwa elektryki i elektryfikacji. W rządowej uchwale rozporządzono, że sprzęt niestandardowy dla czterech pierwszych bloków tych elektrowni wykonają te same zakłady, co produkowały sprzęt dla elektrowni leningradzkiej. Ale dla Minsredmasza rządowa uchwała to nie dekret, nawet w tych czasach, kiedy się jeszcze trochę rządu słuchali. Mówią – macie swoje zakłady, my wam damy plany, róbcie sobie! Byłem na niektórych zakładach Minenerga – przyrządzenie na poziomie kiepskawego warsztatu. Zalecać im wykonanie jakiejkolwiek części pod reaktor, to przecież jak kazać cieśli udawać stolarza. I tak wymęczał się w budowie cały blok. Raz coś udawało się zrobić, a raz czegoś nie było. Charakterystyczny, prawdziwy impas Minenergo, za parę lat już nie miało żadnego swojego zakładu zdolnego wytwarzać tak skomplikowany sprzęt. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przy budowie pierwszego bloku pojawił się problem z zaworami i filarami dla połączeń rur reaktora. Zakład Minsredmasza zrezygnował z produkcji dla nas. Nie wiem, kto zdecydował o produkcji zamienników w zakładam Minenergo, patrząc tylko na proste połączenie resortowe z nami. Nie powiem, żebym sabotował tę sprawę, ale nie wierzyłem, że da rady wybudować reaktor hozsposobem (rodzaj prowadzenia inwestycji w Związku Radzkieckim; więcej informacji w Internecie – przyp. tłum.) i nie przejawiałem właściwej mi uporczywości. Z radością wysłuchałem słów głównego inżyniera W.P. Akinfiewa, że odsuwa mnie od tej sprawy i żebym się więcej do niej nie mieszał. Po pewnym czasie Akinfiew powiedział mi z wyrzutami: ''Przestałeś się tym zajmować i sprawa się rypła.'' Wytworzyli tylko niektóre detale metaliczne. Odpowiedziałem: ''No, daj Bóg i naszemu cielęciu wilka zjeść.'' I trzeba było czekać z wszczynaniem budowy, dopóki nie obraliśmy twardej postawy. Dyrektor W.P. Briuchanow nie znał wtenczas się na reaktorach, nie wiedziałem jak z nim rozmawiać. Ta, i przez długi czas uważał reaktor za prostszego rodzaju turbinę. Były próby, a Briuchanow je podtrzymywał, aby operatora reaktora mianował Inżynierem Kierowania Reaktorem (co skutkowało obcięciem pensji), zostawiwszy dla operatora turbiny miano Starszego Inżyniera Kierowania Turbiną. Z tego powodu mówiłem z ironią, że turbina robi trzy tysiące obrotów na minutę, a reaktor jeden na dobę – razem z Ziemią. Operatorzy i reaktora, i turbin to żadni inżynierowie, w ich szeregach nie ma osób ze stopniem inżyniera. Wszak i u nas, byle jakąś mieć możliwość wypłacić za rzeczywiście skomplikowaną pracę, wymyślono wymuszone nazwy stanowisk. Jeżeli chodzi o stopnie, to tylko W.P. Briuchanow jest poprawnie nazwany – później zrozumiał, że reaktor to nie kawałek żelaza, nie odlew. Myślę, że wstrząsnęła nim zwłaszcza awaria na pierwszym bloku, gdzie uszkodzeniu uległ kanał technologiczny, co skutkowało wydostaniem się kaset paliwowych. Główny inżynier W.P. Akinfiew przed przyjściem na tę elektrownię pracował z podobnymi reaktorami na innych elektrowniach i wówczas znał reaktor RBMK najlepiej z całej ekipy w elektrowni. Dlaczego podejmował takie decyzje – ciężko powiedzieć. Może dlatego, że wcześniej pracował w Minsredmaszu, gdzie taka budowa może rzeczywiście mieć sens. Nikt niczego sam nie zrobi – trzeba się porozumiewać, uzgadniać. Możliwości ich starczyłyby i dla nich, i dla jeszcze innych. Jednak zakład, który wytwarzał sprzęt dla leningradzkiej elektrowni, powołał się na niby usterkę rentgenowskiej błony kontrolera. Z ministerstwa przyszedł „Ikarus” z dostawą błon, która razem z autobusem została podarowana zakładowi. A co Minenergo?  W 1981 roku elektrownia już produkowała miliardy kilowatów energii elektrycznej, a nawet porządnego mikrobusa nie posiadała. A spotykało się na kijowskim lotnisku, jugosłowiańskie autobusiki, które chrobotały, brzęczały i przewiewały przez nie wszystkie wiatry… Wstyd!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Było wiele pytań w sprawie rurociągów dotyczących niedostępnych elementów. Dziesięć razy trzeba pomyśleć, nim podpisze się jakąkolwiek zmianę czy rozwiązanie w projekcie. Z reguły jest to bardzo stresujące, albowiem oznacza, iż praca nie idzie tak jak by się wydawało. I tak to trwało, od jednego bloku do drugiego, przez dziesięć lat. Z ulgą odetchnąłem dopiero po czwartym energobloku, na którym był tylko jeden frasunek – eksploatacja. Oczywiście, że trwało w międzyczasie jeszcze budowanie piątego i szóstego bloku, ale one jeszcze nie dawały się we znaki. Wyruszyli tam do pracy operatywni przedstawiciele personelu, ale to nie budziło żadnego wewnętrznego niepokoju. Nie było szczególnego problemu z czterech zespołów skompletować jeden dodatkowy. Był przypływ świeżej krwi, ale z odpowiednim czasem na szkolenie. Po dłuższej obserwacji wnioskuję: po roku pracy nowy pracownik jest w stanie stawić czoła pełnym dla jego kwalifikacji wymaganiom, a po dwóch latach – można na nim pewnie polegać. Ile dalej trzeba trzymać człowieka na danej posadzie – zależy od osobnika. Niemało takich, którzy nie dążą do zmian i sumiennie wykonują swoja pracę. Wśród takich trzeba wyłapywać osoby wypalone, którzy stracili smykałkę i pasję pracy. To bardzo negatywne zjawisko.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spora część dąży do zmian. Zjawisko to jest zrozumiałe i godne podziwu. Zwykle to dobrzy pracownicy, stale poszerzający swoje horyzonty, porządni i pilni.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niebezpieczna kategoria – ludzi z dużą ambicją, niepodpartą odpowiednią wiedzą techniczną. Zdaje im się, że połknęli wszystkie rozumy, są na wszystko obrażeni i zaczynają działać pochopnie. Tacy są nieprzydatni dla kształtującej się pracy i dla każdej innej, z resztą, też.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Do 1986 roku i na trzecim, i na czwartym bloku wytworzył się szkielet społeczny, aczkolwiek dwadzieścia procent pracowników było na stanowisku dopiero rok, ponieważ zaczęło się przekazywanie ludzi na blok piąty. Z takim personelem można całkiem-całkiem pracować, ale… &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niechaj nie wyda się dziwnym, jeśli powiem, że praca zastępcy głównego inżyniera ds. eksploatacji, a także wcześniejsza – kierownika oddziału – związana jest z niemałymi kosztami sił fizycznych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Osprzętowanie w elektrowni jest rozrzucone po różnych jej częściach – nie można się rozglądać, trzeba chodzić. Pamiętam, że po uruchomieniu pierwszego bloku postanowiłem sobie codziennie robić ogląd całego sprzętu. Okazało się to, że mniej niż pół dnia nie da rady, aby to wykonać. Nie można tak wiele czasu przeznaczać na tę czynność – praca z ludźmi, użeranie się z dokumentami i jeszcze to – sporo. Pięknoduszny zamiar upadł z przymusu, czasem zdarzało się robić grafik całego obchodu. Cokolwiek się nie pojawiało, to trzeba było chodzić – gdzieś pojawił się przeciek, pompa wpadła w drgania, coś do remontu zabierają, przejść po miejscach pracy – porozmawiać z personelem…&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Podobała mi się ta praca, w całości mnie pochłonęła. Na uruchomieniach i zatrzymaniach reaktorów zawsze byłem obecny, od początku do końca – dzień, albo i więcej. Nawet pomimo tego praca przynosiła satysfakcję, jeżeli była dobrze wykonywana. Zdrowie pozwalało pracować nawet trzydzieści godzin pod rząd. Ja nie operator – im tak nie można.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Bez sztucznej skromności, powiem – znałem się na rzeczy. Reaktor i jego systemy znałem doskonale, nieraz przelazłem po wszystkich miejscach w elektrowni. Inne rzeczy – gorzej, ale też na wystarczającym poziomie. Pomocne było opanowanie jeszcze w instytucie ogólnotechniczne dyscypliny: matematyka, fizyka, mechanika, termodynamika, elektrotechnika. Na tej bazie można studiować większość mechanizmów i procesów, spotykanych w elektrowni. Dobrze znałem praktycznie wszystkie instrukcje, schematy. Oczywiście, nie wszystkich oddzielnych urządzeń – na to by życia nie starczyło. Tryb układania instrukcji i schematów był taki: podrzędne organizacji i, częściowo, sami pracownicy oddziałowi przynoszą mi projekt na brudno. Po przeglądzie i poprawkach dawałem czystopis do druku, a jeżeli poprawek było zbyt wiele, to wzywałem na ponowny przegląd. Następnie już czytanie w końcowej formie. Taka wiedza powinna być czytelnikowi wystarczająca… Zrozumiale, powstaje tu kwestia – o jakiej wiedzy się mówi, skoro reaktor nie spełniał norm bezpieczeństwa? O tym będzie później. Tak długo przecież chodziłem do pracy, będąc pewny w pewności sprzętu. Tu należy się rozpatrzyć dwa ciekawe fakty.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
G. Miedwiediew w książce „Czarnobylski zeszyt” pisze, że oni, wykwalifikowani eksploatatorzy (będę godził się z jego samonazewnictwem) zawsze odczuwali, jak cienka ściana oddziela ich od awarii. Nie mogę sobie wyobrazić, jak można codziennie chodzić z lękiem do pracy. To masochizm techniczny. Niemożliwe jest dla człowieka być w takim stresie kilka godzin codziennie. Normalna psychika czegoś takiego nie wytrzyma. To nie nerwy trzeba mieć – liny jakieś.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I drugi – niezawodność reaktora. Oto ten personel, uważając reaktor za niezawodny, zachowywał się z nim w nienależny sposób, jak z szafą, jak chciał, itd. Tak, uważaliśmy reaktor za niezawodny, AZ za niezawodną. Kto by inaczej miał odwagę stanąć do pracy? Ale to reaktor RBMK – skomplikowana aparatura, trudna w kierowaniu, żądająca maksymalnego skupienia i uwagi, jasne to wszystko było każdemu młodemu SIUR, nie wspominając o innych pracownikach inżynieryjno-technicznych. Na reaktorze RBMK jest wiele sytuacji, o których operator dowie się dopiero po awariach. Oczywiście, nie takich jak ta z 26 kwietnia, ale to nie awaria, to katastrofa. U żadnego z operatorów nie ma nawet myśli o swobodnym zachowaniu się z reaktorem. Dla ludzi, zwyczajnych mieszkańców Ziemi, awaria to to, co stało się 26 kwietnia. Dla operatora awaria – to zatrzymanie się reaktora, bez jakichkolwiek uszkodzeń rdzenia czy obrażeń systemów pobocznych. Jeśli wystąpi uszkodzenie z winy operatora (uściślam – takie uszkodzenie, które ludzi nie będzie obchodzić, nieciekawe) na długo przekreśla marzenia o karierze. Gazety drukują wiadomości: ileż to stało się wygaszeń reaktorów, wymuszonych obniżką mocy. Te wiadomości są ludziom absolutnie niepotrzebne. Jest zatrzymanie pracy reaktora przez automatyczną ochronę przy odchyleniu parametru albo zatrzymaniu się mechanizmu – to normalne zjawisko. Byle nie doszło do uszkodzeń. Dla elektrowni, oczywiście, negatywne – dostajemy stratę w produkcji mocy, z która nie wyrabiamy, a jeśli energia elektryczna jest produkowana w ilościach niedostatecznych dla konsumentów, to kara. Mieszkańcom Ziemi są potrzebne wiadomości tylko o awariach, które są zazwyczaj związane w tej czy innej mierze z destrukcją, opadem promieniotwórczym poza granice zakładu i z zanieczyszczeniami pomieszczeń nieprzygotowanych na to. I jest jeszcze kategoria awarii, która nie prowadzi do ani do wygaszenia, ani do obniżki mocy, a awariami najczęściej nie są nazywane, chociaż prowadzą do zanieczyszczeń terenu elektrowni, nie wspominając o jej zasięgu. Oto o czym ludność powinna być informowana. Cała inna wiedza nie leży w interesie ludności. Jeśli często jest zatrzymywana– zmianą kierownictwa, personelu, z przejściem do rąk prywatnych elektrownia zbankrutuje. Do porządku tak czy inaczej będzie doprowadzona.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wiele osób pyta się mnie: czy miałem jakieś poczucie zbliżającego się nieszczęścia? Nie, żadnego. I jeśli mówić szczerze, to nie wierzę w przeczucie, intuicję. Różne wypadki przytaczane w prasie, niczym bezsprzeczne, nie przekonują. Należy jeszcze znać tych ludzi. Jeśli człowiek zawsze tak czynił, jeżeli jest nieskory do wahań i wątpliwości, jeżeli raptem cofnął się od reguł, uratowawszy jego życie, wtedy zastanawiamy się nad tym ma sens. A jeśli siedzi w nim ogromny czerw wątpliwości i dziesiątki razy rozmyśla się –  gdzieś poszedł albo pojechał, czy warto o tym mówić? Pojechali z Komsomołu na Amurze I. Lewa oraz A. Wolodia na urlop. W Chabarowsku – przesiadka do samolotu do Moskwy. Mając czas poszli do restauracji. Wolodia napił się i strasznie się guzdrał, tak, że spóźnili się na samolot, który rozbił się obok Irkucka. Czy to przeczucie? Nie. Dla Wolodia to zwykły przypadek, ale gdyby Lewa też się napił, to można by się zastanawiać.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie, wszystko owej nocy czyniłem jak zawsze. Przyszedłem do gabinetu, zadzwoniłem do bloku zapoznać się z sytuacją. Najpierw przebrałem się i poszedłem, jak zawsze, na trzeci blok, dowiedzieć się jak sprawy, a następnie udałem się już na blok czwarty.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Czwarty energoblok przy uzgodnieniu z całym energosystemem 25 kwietnia musiał zostać zatrzymany na profilaktyczny remont. Do połowy dnia moc reaktora obniżona została do 50% i zatrzymano jeden z dwóch TG. Dalej dyspozytor energosystemu zabronił dalszej obniżki mocy do czasu przejścia wieczorowego maksimum zużycia energii elektrycznej i zdecydował kontynuować o godzinie 23 dnia 25 kwietnia. Nic zasługującego większej uwagi o tej porze się nie odbywało. Prowadzone były zwyczajne próby i testy po typowych programach.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zapewne, tylko jeden fakt może czynić ten dzień innym niż zwykle. Po zmniejszeniu mocy reaktora doszło do zatrucia ksenonowego i zmniejszenia OZR. Są też inne czynniki, wpływające na reaktywność, jednak zatrucie jest największym. Minimalny zapas reaktywności, odnotowany blokową EWM, wynosił 13,2 trzonu, czyli mniejszy niż dopuszczany przez Regulamin stan 15 trzonów. Wówczas nie brano pod uwagę błędu w obliczeniach, gdzie nie uwzględniono reaktywności rekompensowanej 12 trzonami AR, rozmieszczonymi w pośrednich położeniach do wysokości strefy aktywnej. Więc nie kryje 1,8 metra trzonu. Potem reaktor zaczął rozregulowywać się i o godzinie 23 zapas reaktywności składał się z 26 trzonów. Przy czy moc reaktora była w 50% i pracy jednego TG № 8, wszystkie parametry w normie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dla stworzenia jednolitego punktu postrzegania obrazu wydarzeń na bloku opiszę wydarzenia i rozmowy bez wyjaśnienia fizycznych procesów i motywów zachowań personelu. Opiszę otwarcie, szczerze, bez naciągania danych, wszystkie fakty są potwierdzone przez zapisane wyciągi systemów kontroli operatywne  i operatywne czasopisma grup pracowników naukowo-technicznego centrum Głównej komisji nadzoru energii atomowej ZSRR dla referatu komisji tej organizacji „O przyczynach i okolicznościach awarii na czwartym bloku Czarnobylskiej AES 26 kwietnia 1986 roku” z 01.01.91 roku. Te dane nie zaginęły, albowiem poruszały się w sferach technicznych sprawozdań, gdzie były najdokładniej badane i przechowywane. Pełna chronologia wydarzeń zamieszczona jest w Załączniku 2, tu – tylko główne wydarzenia.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
O godzinie 23:10 25 kwietnia po pozwoleniu wydanym przez kontrolera energosystemu, podjęto dalsze zmniejszanie mocy reaktora i, odpowiednio, energetycznego obciążenia pracującego TG.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
O północy z 25 na 26 kwietnia przy przy przekazaniu zmiany stan jest następujący: moc reaktora – 750 MW, OZR – 24 pręty, wszystkie parametry – zgodne z Regulaminem. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przed przekazaniem zmiany rozmawiałem z kierownikiem zmiany bloku Ju. Tregubem, który schodził razem z ekipą, a na jego miejsce wchodził personel pod przewodnictwem A. Akimowa. Pozostało tylko zmierzyć drgania turbiny na wolnych obrotach (bez obciążenia przez generator) i przeprowadzić eksperyment „Program bezwładności TG”. Nie było żadnych problemów. Parametr drgań realizuje się przy każdym zatrzymaniu na remont, to jasne. I po przygotowaniu do ostatniego eksperymentu A. Akimow nie ma pytań, on się jeszcze na 25 kwietnia zapatrywał.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po tym wyszedłem z BSzczU-4, aby obejrzeć przed zatrzymaniem interesujące mnie miejsca. Tak zawsze czyniłem. Po pierwsze, defekty „chętniej” ujawniają się przy zmianie systemu, po drugie, przy obniżce mocy można baczniej obejrzeć pomieszczenia z podniesionym czynnikiem niebezpiecznego promieniowania. Nie, zwyczajnie, nie bałem się pracować w strefie z promieniowaniem radiacyjnym, ale jakoś specjalnie nie chciałem otrzymać niepotrzebnej dawki. No, i nie można było dostać rocznej dawki przed końcem roku – inaczej usuwają z pracy w strefie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wróciłem na mostek 35 minut po północy. Czas ustaliłem później, po wykresie zapisu mocy reaktora. Od drzwi zobaczyłem, że nad panelem kontrolnym oprócz operatora L. Toptunowa, jest także kierownik zmiany A. Akimow i dwoje aplikantów W. Proskuriakow oraz A. Kudriawciew. Nie pamiętam tak dokładnie, może ktoś jeszcze. Podszedłem, spojrzałem na przyrządy. Moc reaktora – 50-70 MW. Akimow powiedział, że przy przejściu z LAR na regulator z bocznymi celami jonizacyjnymi (AR) nastąpił upadek mocy do 30 MW. Teraz podnoszą moc. Mnie to zbytnio nie podekscytowało i nie wzbudziło mojej czujności. Całkiem nie wychylające się z szeregu zjawisku. Narządziłem dalsze podnoszenie mocy odszedłem od pilota. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z G.P. Mietlienko omawialiśmy przygotowania do „Programu bezwładności TG” i oznaczyliśmy w jego egzemplarzu programu wykonanie pracy. Wtedy podszedł A. Akimow i zaproponował nie podnosić mocy do 700 MW, jak napisano w Programie, a ograniczyć się do 200 MW. Zgodziłem się z nim. Zastępca kierownika oddziału turbinowego R. Dawlietbaiew powiedział, że spada ciśnienie pierwszego rzędu i być może, zdarzy się zatrzymać turbinę. Powiedziałem mu, że moc już się podnosi i ciśnienie powinno się ustabilizować. Jeszcze Dawlietbaiew przekazał prośbę Charkowskiego turbinowego zakładu A.F. Kabanowa, by zmierzyć drgania turbiny na wolnych obrotach, czyli przy obniżce obrotów turbiny bez obciążenia jej generatorem. Ale to opóźniałoby pracę, więc odmówiłem mu, powiedziawszy: ''Przy eksperymencie reaktor wyciszamy, spróbuj złapać obroty'' (w przybliżeniu od 2000 obrotów/min.), ''pary jeszcze powinno starczyć.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
O godzinie 00:43 zablokowano sygnał AZ reaktora po zamknięciu dwóch TG. Chwilę przed tym jest przetłumaczona AZ na zatrzymane turbiny po obniżce ciśnienia w separatorze pary (w pierwszym rzędzie) z 55 do 50 atmosfer. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
O godzinie 1:03 i 1:07 uruchomiono siódmą i ósmą GCN, zgodnie z Programem. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
A. Akimow zameldował gotowość do przeprowadzenia ostatniego eksperymentu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zebrałem wszystkich uczestników, z wyjątkiem operatora, który cały czas musi być przy panelu, aby pouczyć ich co czynić w razie usterki i wyznaczyłem poszczególne stanowiska. Wszyscy rozeszli się na swoje miejsca. Oprócz wacht operatorów o tej porze w centrali sterowania byli wciągnięci w eksperyment pracownicy elektrycznego oddziału (Suriadnyj, Lysiuk, Orlienko), nadzorca przedsięwzięcia (Palamarczuk), zastępca kierownika oddziału turbinowego Dawlietbaiew, oraz pozostali z wcześniejszej zmiany, Ju. Tregub i S. Gazin, którzy pozostali by popatrzyć, kierownik zmiany oddziału reaktora W. Perewaczenko i aplikanci Proskuriakow oraz Kudriawciew.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Stan bloku: moc reaktora – 200 MW, z TG № 8 idzie zasilanie do pomp i czterech z ośmiu GCN. Wszystkie inne mechanizmy elektryczne zasilane są z rezerw. Wszystkie parametry w normie. System kontroli obiektywnie zarejestrował nieobecność zapobiegawczych sygnałów reaktora i systemów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dla rejestracji niektórych parametrów elektrycznych w pomieszczeniu na zewnątrz BSzczU był ustalony oscylograf, włączany przez telefoniczny rozkaz – „Oscylograf włącz”. W instruktażu było ustalone, że po tym rozkazie również odcinana jest para na turbiny; &lt;br /&gt;
naciska się przycisk MPA – niestandardowy przycisk dla włączenia bloku w stan samoobiegowego wzbudzenia generatora; naciska się przycisk AZ-5 dla zagłuszenia reaktora.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Rozkaz Toptunowowi wydaje Akimow. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
…O godzinie 1:23 i 4 sekundy zarejestrował zamknięcie zaworów blokujących, które kierowały parę na turbinę. Zaczął się eksperyment samoobrotów TG. Wraz z obniżką ilości obrotów generatora po wstrzymaniu dopływu pary do turbin, zaniżyła się wydajność prądu elektrycznego i zużycie pomp cyrkulacyjnych, posilających się z mocy generatora. Wydatek mocy innej czwórki pomp trochę rośnie, ale ogólne zużycie termoprzekaźnika za 40 sekund spada do 10-15%. Przy czym w reaktorze panuje dodatnia reaktywność, AR stabilnie tłumi moc reaktora, rekompensując reaktywność. Do 1:23 i 40 sekund nie ma wyraźnych zmian parametrów na bloku. Na BSzczU cicho, nikt nic nie mówił.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Usłyszawszy jakąś rozmowę odwróciłem się i zobaczyłem, że operator L. Toptunow rozmawia z A. Akimowem. Znajdowałem się od nich z dziesięć metrów i nie słyszałem co mówił Toptunow. Sasza Akimow nakazał wyciszyć reaktor i pokazał palcem – wciśnij przycisk. Sam znów odwróciłem się do panelu bezpieczeństwa, z którego to obserwowałem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W ich zachowaniu nie było nic nurtującego, spokojna rozmowa, spokojny rozkaz. Potwierdzi to G.P. Mietlienko i wchodzący wtedy do centralki szef energobloku A. Kuchar.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dlaczego Akimow wstrzymał się z rozkazem głuszenia reaktora, teraz nie wyjaśni. W pierwszych dniach po awarii myśmy się jeszcze komunikowali, dopóki nie porozrzucano nas po różnych salach szpitalnych, i można było spytać, ale wcześniej, a tym bardziej teraz nie uważam tej sprawy za priorytetową – eksplozja byłaby o 36 sekund wcześniejsza, tylko taka różnica.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
O 1:23 i 40 sekund zarejestrowano naciśnięcie przycisku AZ, aby wyciszyć reaktor po zakończonej pracy. Ten przycisk wykorzystuje się zarówno w sytuacjach awaryjnych, jak i normalnych. Trzony SUZ weszły w ilości 187 prętów do aktywnej strefy i według wszystkich kanonów powinny zahamować reakcję łańcuchową.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale o 1:23 i 43 sekundy zarejestrowano pojawienie się awaryjnego sygnału przekroczenia mocy i zmniejszenia okresu wzrostu mocy (ogromna szybkość zwiększania mocy). Po tych alarmach trzony AZ muszą powędrować do aktywnej strefy, tyle że one już były w drodze od czasu naciśnięcia procedury AZ-5. Pojawiły się inne sygnały alarmowe: wzrost mocy, wzrost ciśnienia w pierwszym rzędzie…&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
O godzinie 1:23 i 47 sekund – eksplozja, która zatrzęsła całą budowlą i po 1-2 sekundach, według mojego subiektywnego odczucia, nastąpiła druga eksplozja.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Trzony AZ zatrzymały się, nie przebyły nawet połowy drogi. Koniec.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W takiej oto w gruncie rzeczy powszedniej sytuacji reaktor RBMK-1000 czwartego bloku CzAES został wysadzony w powietrze przyciskiem ochrony awaryjnej (!?!?). Dalej postaram się pokazać, że dla eksplozji owego reaktora nie trzeba było żadnych szczególnych warunków. Jeżeli mi się nie uda, to całe to opowiadanie można między bajki włożyć. Innych przyczyn nie ma, teraz kulisy tego wydarzenia są znane.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Później trzeba było składać zeznania o wydarzeniach na czwartym bloku z 26 kwietnia 1986 roku, w końcu byliśmy świadkami, trzeba było wyjaśniać: co działo się z reaktorem i jego systemami, dlaczego personel działał tak, a nie inaczej, co czynił i dlaczego. Przecież zgodnie z oficjalną wersją personel jest sprawcą awarii. Reaktor, nawet jeżeli nie był idealny, to na pewno był dobry. Tylko przy niewiarygodnym nałożeniu się na siebie zakłóceń porządku i reguł eksploatacji mógł eksplodować. Cały zespół autorów, dwudziestu mężczyzn o różnych stopniach naukowych, w czasopiśmie „Atomowa energia” twierdzi, że personel dopuścił się nieopisanych naruszeń. Sporo nagadali się nasi uczeni (dlaczego uczeni?), a personelowi nie dano dojść do słowa. Nawet do tej pory, pięć lat po katastrofie, żaden centralny urząd drukarski – ani gazeta, ani czasopismo – nie wydrukowały żadnej mojej wypowiedzi. Odpisywałem tylko w odpowiedzi na kolejne wymysły i oszczerstwa. Wskazywałem, gdzie można doszukać się źródeł, bo wiedziałem, że zekowi wierzyć „nie można”. Zwłaszcza doktorzy, nie mówiąc o akademikach – w nich przecież ma się pełne zaufanie. Tylko kijowska gazeta „Komsomolski sztandar” nadrukowała, dziękuję im. Coś bardzo jednostronna u nas jawność.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zmianie, która podjęła się czwartego bloku nocy 26 kwietnia, nie wiele pozostało do roboty. Trzeba było zdjąć obciążenie elektryczne z generatora, zmierzyć drgania turbiny na wolnych obrotach i przeprowadzić eksperyment „Programu bezwładności TG.” Kiedy wyszedłem z BSzczU, zapewne, z powodu jakiś wytycznych kierowników zmian CzAES B. Rogożkinowa i A. Akimowa zamiast tego, by prosto zdjąć obciążenie z generatora, zostawiwszy moc na poziomie 420 MW, oni zaczęli ją obniżać. Reaktorem wtedy kierował LAR, sterując moc przez wewnątrzstrefowe czujniki. To znacznie ułatwiało pracę operatorowi, na stosunkowo dużej mocy, ale na mniejszej mocy pracował niezadowalająco. Dlatego zdecydowano przejść na AR z czterema jonizującymi aparatami poza strefą. Dwa równorzędne regulujące i jeden mały o niskiej mocy. Przy przejściu z LAR na AR, akcja nie powiodła się i moc spadła do 30 MW.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu personelowi przypisuje się dwa wykroczenia: &lt;br /&gt;
* podniesienie potęgi po niepowodzeniu; &lt;br /&gt;
* podniesienie mocy do 200 MW.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sam w sobie spadek mocy reaktora z tego czy innego powodu – zjawisko nierzadkie, nie ma, zapewne, operatora, u którego by to się nie zdarzyło. Czy można było po tym podnosić moc, w czym operatorzy muszą być biegli? Świadczą o tym przyrządy i Regulamin. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Według Regulaminu spadek mocy reaktora, spowodowany ręcznie lub automatycznie, do jakiegokolwiek poziomu nie niższego niż minimalnie kontrolowany, uchodzi za cząstkową obniżkę mocy. Minimalnie kontrolowana moc to poziom, przy którym ustaje praca automatu kierującego małą mocą, czyli rzędu 8-100 MW. Nie wdając się w techniczne szczegóły, powołam się na notatkę w czasopiśmie napisaną przez operatora reaktora, który zmniejszył ustawienia zadatku poziomu mocy, zrównoważając regulację i ustawiając automat. Nie ma postaw nie ufać autorowi tego zapiskowi, ponieważ on w momencie tworzenia notatki mógł nie wiedzieć, że musi kłamać. W ogóle, nie ma podstaw sądzić, że to kłamstwo.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jeszcze jedno. W Regulaminie zapisano, że przy obniżce OZR na mniej niż 15 trzonów RR reaktora powinna być wyłączona. Jaki był zapas reaktywności przy mocy wynoszącej 30 MW – nie da rady zmierzyć, urządzenie czegoś takiego nie wyłapuje. Można było zrobić tylko szacunkowy rachunek na podstawie znanych wtenczas informacji o zatruciu i współczynniku reaktywności mocy. Według tego zapas reaktywności przy depresji mocy był większy niż 15 prętów, a więc zaburzenia personel się nie dopuścił. Dokładniej o tym ciut później.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zatrzymajmy się na kwestii poziomu mocy. Od razu należy zaznaczyć, że w żadnym eksploatacyjnym, projekcyjnym czy normatywnym dokumencie o reaktorze RBMK, nie ma nawet aluzji o jakieś granicy poziomu mocy. Ale to nie chodzi o właściwości reaktora. W Regulaminie wyraźnie jest napisane, że długotrwałość pracy na minimalnym kontrolowanym poziomie mocy nie ogranicza się. Tenże Regulamin daje rekomendację oddziałowi energobloku, by obniżyć moc reaktora do wielkości, która zapewni energię dla własnych potrzeb, czyli mechanizmów elektrowni, a to 200 MW, za które nas obwiniają.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dlatego nie ma żadnych nieprawidłowości ze strony personelu, pod postacią zaniżonej mocy. Kto by miał tak zadysponować i dlaczego? Zgodziłem się z propozycją Saszy Akimowa, ustalić moc na poziomie 200 MW po niepowodzeniu z bardzo prostego powodu: do 700 MW, według Regulaminu, należy podnosić przez nie mniej niż pół godziny, czyli u nas praca przedłużona o pół godziny, a moc taka nie jest szczególnie potrzebna ani dla zbadania drgań turbiny, ani dla eksperymentu zgodnego z „Programem bezwładności TG” – po ostatniej w ogóle reaktor wyłączał się. W pracy przy łodziach podwodnych stale należało badać rozruchowe położenie podzespołów działających na reaktywność, jeśli po wejściu AZ minął pewien czas. Należało brać pod uwagę także zatrucie ksenonowe, i inne efekty działające na reaktywność. W reaktorze RBMK z taką precyzją rachunki są niemożliwe, ale oszacować całkiem praktycznie da radę. Według moich szacunków, do połowy drugiej obniżki mocy, zapas reaktywności wynosił nie mniej niż 15 trzonów. Teraz też jestem tego pewny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie oczekiwałem złośliwości ze strony elektrowniczego Oddziału Bezpieczeństwa Jądrowego. Według wymagań normatywnych dokumentów, Oddział okresowo przeprowadzał kontrole właściwości reaktora, między innymi takich parametrów jak parowy efekt reaktywności (α&amp;lt;sub&amp;gt;φ&amp;lt;/sub&amp;gt;) i szybki współczynnik reaktywności mocy (α&amp;lt;sub&amp;gt;N&amp;lt;/sub&amp;gt;). Oto ostatnie dane, otrzymane przez personel dla kierownictwa w pracy:&amp;lt;br /&amp;gt;&lt;br /&gt;
α&amp;lt;sub&amp;gt;φ&amp;lt;/sub&amp;gt;=+1,29 β oraz α&amp;lt;sub&amp;gt;N&amp;lt;/sub&amp;gt; = -1,7 • 10&amp;lt;sup&amp;gt;-4&amp;lt;/sup&amp;gt; β/MW.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po awarii zmierzono parowy efekt na pozostałych blokach elektrowni, który wynosił nie za dużo, nie za mało, αφ=+5 β. Różnica jest duża, ale wynika z działania na zapas reaktywności przez wpuszczenie siódmego i ósmego GCN i zwiększenie wydatku płynnej wody w stronę zmniejszenia zapasu reaktywności.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Współczynnik reaktywności mocy Oddział Bezpieczeństwa Jądrowego mierzył na mocy bliskiej do normalnej, być może taki i był, jaki nam podawali. A jak wyjaśnili po awarii, na niskich poziomach mocy (do dziś Naukowy Kierownik i Konstruktor Główny oraz ich organizacje nie uściśliły tego ile dokładnie), reaktor miał nie ujemny, a dodatni współczynnik mocy, przy czym do tej pory nie wiadomo, o jakiej konkretnej wielkości. Przy obniżce mocy otrzymywało się nie zwiększenie zapasu reaktywności na jeden pręt, a nie wiadomo jaką ilość. Dlatego prognoza zmiany zapasu okazała się błędna.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Twórcom reaktora był jasny negatywny wpływ dużego parowego efektu reaktywności, na dynamiczne właściwości reaktora. Oto co pisze w zeznaniach dla śledczych Główny Konstruktor RBMK, akademik N.A. Dollieżał: &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
:''Na samym początku budowy kanałowych, urano-grafitowych reaktorów, posiadając wiedzę odpowiednią na te czasy (środki lat 60-tych), aktywna strefa została zaprojektowana z użyciem wzbogaconego w 1,8% U-235. Przez niektórych termin eksploatacji pierwszego reaktora stał się tak ważnym wydarzeniem, że celowo podnieśli stopień wzbogacenia uranu do 2%, aby, w szczególnym stopniu, obniżyć negatywny wpływ parowego współczynnika reaktywności. Późniejsze studium wszystkich parametrów, cechujących pracę reaktora, doprowadziło do wniosku, o celowe podwyżki wzbogacenia do 2,4%. Taka grudy z elementami aktywnymi są tworzone i zadowalająco przechodzą próby kontrolne w pracujących kanałach reaktorów AES.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
:''Przy tworzeniu strefy aktywnej na bazie takiej ilości wzbogaconego uranu, według wszystkich danych, wpływ parowego współczynnika reaktywności stabilizuje się. Do poziomu poniżej 2%, ten wpływ reguluje się instalowaniem w kanałach specjalnych pochłaniaczy (DP), które z najwyższą przemyślnością planuje się w eksploatacyjnych projektach. Odstępstwo od zasad nim towarzyszących jest niedopuszczalne, ponieważ reaktor staje się „'''n i e k o n t r o l o w a n y'''” (rozkład mój – A.D).''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sądzę, iż słowo „niekontrolowany” wyjaśnienia nie potrzebuje. Reaktor RBMK-1000 posiadał 2% wzbogacenia uranem, nie miał DP w strefie aktywnej, według wytycznych Głównego Konstruktora – nieokiełznany. Wskazań w instrukcjach nie było i pojawić się nie miały skąd – w materiałach projektowych Głównego Konstruktora nie było niepokojących przesłanek. W jego sprawozdaniu dla NIKIET, zatytułowanym „Jądrowe bezpieczeństwo reaktorów RBMK drugiego pokolenia. Parametry fizyki neutronów”, parowy współczynnik reaktywności nie przekracza 1 β, współczynnik reaktywności mocy jest ujemny. No dobrze, to obliczenia. Życie przynosi korekty. Aktywne strefy reaktorów RBMK kształtowały się według wytycznych rachunków NIKIET. Nie wskazano tego w projektowych materiałach. Wiedzieli, że w takim wypadku są niekontrolowani, więc działali.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Właśnie dodatni współczynnik (efekt) parowy, niedopuszczalnie wielkiej miary, był przyczyną dodatniego współczynnika reaktywności mocy. Czym to groziło?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W reaktorze krytycznym moc utrzymuje się na stałym poziomie. Jeśli w takim stanie jakimś sposobem (zmiana zużycia termoprzekaźnika, wody zasilającej, ciśnienia pierwszego rzędu) zostaje wzniesiona dodatnia reaktywność, to moc zacznie rosnąć. W poprawnie skonstruowanym reaktorze wraz ze wzrostem mocy, wzrasta rekompensująca ujemna reaktywność, czyli moc znów ustali się na nowym, wyższym, ale stałym poziomie. Na tym polega zasada samoregulacji. W reaktorze RBMK, nawet na małej mocy, współczynnik reaktywności mocy okazał się dodatni. W takim wypadku, zwiększenie mocy reaktora zacznie zwiększać dodatkową dodatnią reaktywność, co spowoduje szybkość wzrostu mocy, która pociągnie za sobą jeszcze większą reaktywność, tworząc rozkręcający się jeszcze szybciej reaktor. Nie można powiedzieć, że taki reaktor jest niezdolny do pracy. Automat kierujący albo sam operator mogą powstrzymać taką reakcję łańcuchową, ale do określonego czasu. Osiągnąwszy nadmierną reaktywność (3 (przez neutrony opóźnione)) reaktor zaczyna nakręcać się już na neutronach prędkich z bardzo dużą szybkością i nic już nie może uratować go od samozniszczenia. Nie bierzemy pod uwagę egzotycznych reaktorów prototypowych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Normatywny dokument OPB-82 nadaje taki obowiązek projektowania reaktorów:&lt;br /&gt;
:ARTYKUŁ 2.2.2 OPB ''Z reguły, szybki współczynnik reaktywności mocy nie powinien być dodatni przy jakichkolwiek warunkach pracy AES i jakichkolwiek stanach systemu odprowadzania ciepła z termoprzekaźnika pierwszego rzędu. Jeśli szybko współczynnik reaktywności mocy jest dodatni w jakichkolwiek warunkach eksploatacji, w projekcie taka sytuacja powinna być zabezpieczona i  posiadająca gwarant bezpieczeństwa dla reaktora w sytuacji stacjonarnej, niestacjonarnej i awaryjnej.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
No, przy AZ, która posiada prędkość 18-20 sekund (mistrz powolności) nawet przy normalnej konstrukcji trzonów SUZ mówić o zagwarantowanym bezpieczeństwie przy dodatniej reaktywności nie można. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Analogiczne są i wymagania innego dokumentu, mianowicie PBJa-04-74.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wnioskując, mamy świadectwo Głównego Konstruktora o wiedzy, jak projektować bezpieczny reaktor. Mamy wymagania normatywnych dokumentów. A zrobiono na odwrót.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
O godzinie 00:43, wkrótce po spadku mocy reaktora kierownik zmiany bloku A. Akimow ustalił czynniki defensywne reaktora po zatrzymaniu dwóch TG. Bardzo łatwo odpowiedzieć, że według Regulaminu powyższy stan obrony reaktora jest odpowiedni dla mocy 100 MW po elektryczności, a my mieliśmy 40 MW, więc żadnego wykroczenia nie ma. Ale rozeszło się to na areny międzynarodowe i dlatego należy całość klarownie wyjaśnić. Stany obrony przy zatrzymaniach się bloku najczęściej pochodziły z wcześniejszego ustawienia, ponieważ praca reaktora była potrzebna jeszcze przez pewien czas na wykonanie jakichkolwiek sprawdzeń. Przywołując Regulamin, tam też jest napisane, że gdy potęga reaktora zniżkuje przejściem na AR, to następnie przyciskiem AZ-5 inicjuje się działanie AZ ku wyciszeniu reaktora. To zwyczajne i, przeważnie, normalne zjawisko. Mianowicie, ta obrona zapobiega także wzrostowi ciśnienia w pierwszym rzędzie, ponieważ przy zatrzymaniu się turbin, przestają one zużywać parę. A na niskiej mocy turbiny zużywają pary mało, przy zatrzymywaniu się reaktora, nie ma takowego zastosowania.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ile ja już pisałem o tej obronnej procedurze – straciłem rachubę. Niech będzie ona głoszona zgodnie z faktami. Lecz pojawia się pytanie: czy gdyby procedura obronna nie była wprowadzona, to czy awarii udałoby się uniknąć? Również nie, bo żadnego znaczenia ona nie miała.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po areszcie, kiedy usłyszałem akt oskarżenia, wskazałem śledczemu fragment dokumentu, który udowadniał, że nie było naruszenia procedury tłumiącej. Zdawało by się, że sprawa jest rozwiązana. Tak się tylko zdawało. Doszło i do oskarżenia, i do skazania. Sędzia stawia pytanie świadkowi M. Jelipinowi, który był na zmianie 26 kwietnia, kto, jego zdaniem, wyciągnął pręty obronne. Ten zaś odpowiada, że według dyscypliny pracy, jego zdaniem, Akimow sam tego zrobić nie mógł. Brnąc dalej, oczywiście – Diatłow. Wtedy sędzia bardzo się ożywił, nawet przypomniał protokolantowi: ''Obowiązkowo zapisz.'' Trochę to dziwne, ponieważ wszystko nagrywało się. Ciekawe zjawisko, jak człowiek zaczyna tańcować przed sędzią, prokuratorem, śledczym. Zwłaszcza przed śledczym, w sądzie są ludzie, a tam – sam na sam. Nie wierzcie opowieściom tych, którzy opowiadają, jak to będąc w rozmowie ze śledczym odważnie odpowiadali i odpierali zarzuty. Nawet świadkowie, którym nic nie grozi, często nie zachowują godności. Obudzić M. Jelipina w środku nocy i zadać to samo pytanie. Odpowiedź będzie inna: obrona została ustawione zgodnie z Regulaminem, a w tym wypadku kierownik zmiany bloku ma prawo nie pytać się nikogo o pozwolenie zmiany stanu. Niech nie wyda się dziwnym, ale wypowiedź Jelipina, tak jak i u innych, wywołała u mnie zadowolenie, bo chociaż oskarża mnie – to okazuje się, że dobrze szkoliłem personel.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wtedy A. Akimow mnie nie zapytał, a gdyby spytał, to bym zdecydował. To trzeba było zrobić. Po spadku mocy o 00:28 zaczęło obniżać się ciśnienie w pierwszym rzędzie. Dla zapobiegnięcia głębokiej zapaści ciśnienia, być może trzeba było odciąć parę od turbin, ale wówczas pracowała już AZ.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z tego powodu były zmienione parametry obrony na zatrzymanie się turbiny po spadku ciśnienia w separatorze pary (w pierwszym rzędzie) z 55 atmosfer do 50. Tę zmianę personel wybrał według własnego uznania, specjalne klucze były wywieszone na panelu sterującym. Obrony nikt nie wyprowadzał. Według biegłych sądowych i innych przetransformowało się to w zablokowanie AZ przez ciśnienie w pierwszym rzędzie. Jest i taka obrona – działa tłumiąco na reaktor, ale podnosi ciśnienie. Ale ona cały czas już tam była.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jak widać, działania personelu z „przestępczym” postępowaniem z AZ, a tak naprawdę zgodnym z eksploatacyjną dokumentacją, było wywołane techniczną koniecznością i nie miało żadnego związku z awarią.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jeszcze jedna AZ reaktora, o którą nas obwiniają – obniżka poziomu termoprzekaźnika w separatorze pary na -600 mm. Ta procedura działała w ten sposób: na wysokim poziomie mocy reaktora, powyżej 60% nominalnego, przy obniżce poziomu automatycznie zmniejszała moc reaktora do 60%. Przy małych potęgach tłumiła całkowicie reaktor. Aby to zainicjować potrzebny jest klucz, który posiada pracujący personel. Po obniżce mocy nie zrobiliśmy tego. Dlaczego nie jest to regulowane automatycznie? Architekt wyjaśnia to tak: przy spadkach mocy, na przykład, po AZ-5, do 50%, w separatorach pary zwykle poziom spada poniżej 600 mm i przy automatycznym ustawieniu tego, w takim wypadku następowało by pełne wygaszenie reaktora. Dlatego należy poczekać, aż parametry ustabilizują się i po tym przełączyć. Na małej mocy regulatory wody ciekłej pracują niezbyt dobrze, i 26 kwietnia po spadku mocy reaktora, poziom w separatorach pary zmalał do -600 mm. Czy gdyby wtedy pracowała odpowiednia procedura, doszłoby do wygaszenia reaktora – nie wiadomo, ciężko powiedzieć, kiedy procedura obronna staje się niezdolna do pracy. Nawet, gdyby było wiadome, gdyby AZ po poziomie była przełączona, to przy jego odchyleniu o 1:00 reaktor byłby pomyślnie wygaszony – nic o tym nie było mówione. Pracy reaktora nie można planować na „jeśli”. Przecież nie przez odchylenia parametru powstała awaria, a z zupełnie innych przyczyn. Ale obrona została wprowadzona po spadku termoprzekaźnika w separatorze pary do poziomu -1100 mm.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Więc, awaryjne procedury obronne dla reaktora w takim stanie były w pełni uzasadnione, oprócz procedury dla poziomu w separatorze pary, który wynosił -1100 mm, a nie -600 mm.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
''O wyłączeniu wszystkich ośmiu GCN''. Nie było żadnych ograniczeń po maksimum zużywania termoprzekaźnika, było tylko ograniczenie zużycia na jeden kanał paliwowy w warunkach pracy kasety paliwowej. Jednak do przekroczenia tego parametry było daleko. Cała ideologia Regulaminu i innych dokumentów ma służyć zabezpieczeniu, przed nadmiernym wydatkiem termoprzekaźnika, żeby nie doprowadzić do kryzysowego wrzenia. Tak, włącza się zwykle sześć pomp (po trzy na stronę) i to całkiem zrozumiałe – po co pozbywać się rezerwy, skoro trzy w zupełności wystarczą. Technicznych przesłanek, o słuszności włączenia czterech pomp na stronę nie widać. A w instrukcji eksploatacji reaktora, zgodnej ze standardami organizacji naukowych, są takie zasady: przy zmianie jednej pompy na inną najpierw włącza się cztery i po tym zatrzymuje się wyżej wymienioną, również przy sprawdzaniu odremontowanej pompy. Żadnego amatorstwa nie było, wszystko ma poparcie w dokumentach. Włączenie pomp jest zgodne z „Programem bezwładności TG”, byle by przy tym stanie generatora, po zatrzymaniu się czwórki pomp w pracy pozostała inna czwórka, zasilana była z sieci rezerwowej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dziwnym przypadkiem oto już pięć lat w dokumentach panuje stwierdzenie, że przy dużym wydatku termoprzekaźnika jego temperatura przy wejściu do strefy aktywnej, jest bliska temperaturze wrzenia wody. I na tej podstawie wyciąga się wnioski o termohydraulicznej dynamice aktywnej strefy. Niesłusznie. Twierdzenie jest prawdziwe tylko przy wejściu w GCN, a nie w aktywną strefę. Jeżeli była niestabilność to, jest to właściwość odpowiednia dla strefy aktywnej, a nie z winy personelu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po spadku mocy reaktora, ze względu na obniżkę oparu hydraulicznego zużycie w dwóch, trzech GCN wzrósł i przekroczył przy dozwolony parametr przy takiej ilości wody w stanie ciekłym. Mogło to uszkodzić te pompy, co skutkowało by rozerwaniem obiegu termoprzekaźnika. Jeden z operatorów, B. Stoliarczuk zajął się regulacją poziomu w separatorze pary i nie zdążył ustalić potrzebnego budżetu dla GCN. Przy zerwaniu nawet trzech z ośmiu owych pomp, pozostałoby wystarczająco, aby zapewnić prawidłowe działanie obiegu i chłodzenie przy takowej mocy. Przez system kontroli jest zarejestrowana sprawna praca wszystkich pomp bez oznak uszkodzenia i kawitacji, do czasu eksplozji reaktora. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wieloliczebna komisja sędziów twierdzi, że personel dla wykonania zadania, szedł na skróty łamiąc Regulamin i zasady eksploatacji. Opowiedziałem wszystko, o tym jak było na BSzczuU dnia 26 kwietnia 1986 roku. Jak widzimy, praktycznie żadnych nieprawidłowości nie było. Awaryjne procedury obronne, na przekór wielu doniesieniom – odpowiednia dla takiego systemu w takich warunkach; parametry również. I nie ma powodów do niewypełnienia zadania. Zwyczajnie, pragnęliśmy wykonać swoją pracę – mimo, iż to zwykłe zadanie, a nie rozwiązywanie pionierskich kwestii. Z drugiej strony, też jakoś wykonywać tego z poświęceniem niczym życia, nikt nie zamierzał. Personelowi to w ogóle było obojętne – żadnego wynagrodzenia za wykonanie, jakby tego nie zrobili to też by nie ponieśli konsekwencji. We mnie też nie dało się ujrzeć lekkomyślności. Warto mieć też na uwadze, że na czwartym bloku także przy zatrzymaniu reaktora do remontu, wykonano pierwszy punkt Programu na mocy, bliskiej nominalnej. Gdy pojawiał się jakiś błąd, od razu był korygowany. Ale w tym wypadku według Regulaminu przed wejściem mechanizmu obronnego zapas reaktywności powinien wynosić 50 prętów – wówczas można znów podnosić moc.  Takiego zapasu nie posiadaliśmy, i, nie zastanawiając się, zadysponowałem ochładzanie reaktora. Tu wszystko było wykonane poprawnie, prócz jednego. No, zrobiony by czterdzieści dni po remoncie. Nie woła to o pomstę do nieba. Naturalnie, czyny nasze należy oceniać nie z perspektywy dzisiejszych czasów, a z ówczesnych warunków, wiedzy o reaktorach, dokumentacji i dostępnych wtedy personelowi źródeł. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jak już wyżej wspominałem, przed początkiem eksperymentu „Program bezwładności TG” parametry reaktora były normalne, na bloku nie ma ani ostrzegawczych, ani awaryjnych alarmów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jednak bomba było w pełni gotowa już wtedy. Gdybyśmy z jakiegoś powodu zrezygnowali z przeprowadzenia ostatniego etapu testu i, jak poleca Regulamin, uruchomili AZ-5 by wygasić reaktor, to otrzymalibyśmy taką samą eksplozję. Analogicznie by było przy każdym innym AZ. Zastanowienie się nad przeszłością doprowadza do konkluzji, że reaktor RBMK nieraz był we wzbudzonym stanie i tylko cienka granica dzieliła nas od eksplozji już wcześniej. Okazuje się, że RBMK, jak i wszystkie reaktory, jest niebezpieczny przy dużym zapasie reaktywności, ale w odróżnieniu od wszystkich innych jest on także niebezpieczny przy małym zapasie reaktywności. W literaturze jądrowej nie ma o tym ani słowa. A ojcowie RBMK, tworząc technologiczny zakalec, ze wstydu, albo przez skromność, przemilczeli ten fakt. Z resztą, gdyby o tym zawiadomili, to nie wiem, czy te reaktory w ogóle były dopuszczone do użytku.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Główny Konstruktor akademik  N.A. Dollieżał w już przywoływanym dokumencie pisze: &lt;br /&gt;
:''Stałym pragnieniem twórców reaktorów jądrowych jest troska o ich jak najwyższą ekonomiczność, a w szczególności, z koniecznością wyrzucenia dużej ilości z aktywnej strefy szkodliwych i pasożytniczych neutronów. Jednym z takich elementów, które mogą to sprawić, jest woda, która znajdująca się w dolnych częściach kanału, może sprawować zadanie zamiast trzonów regulacji mocy, gdy reaktor przybiera mocy. By uniknąć tego zjawiska, niektóre dolne części prętów regulacyjnych są opracowywane przez '''ściśle określone wyliczenia''' (pogrubienie moje – A.D.), czynione są z niechłonnych materiałów, wypierając tym samym odpowiednią ilość funkcjonalnej wody w kanale, w pracy pochłaniacza.''&lt;br /&gt;
 &lt;br /&gt;
Czyli co zrobili konstruktorzy? Do trzonów z węgliku boru, mocno chłonącego neutrony, dodali grafitowy zamiennik długości 4,5 metra. Przy działającym pochłaniaczu propelant symetrycznie umieszcza się na wysokości strefy aktywnej, zostając z wierzchu i od spodu w kanale słupy wody po 1,25 metra. Zdawało by się, że należy zrobić propelanty na całą wysokość (7 metrów), lepszy efekt. Ale przy symetrycznym ułożeniu propelantów trzeba albo przedłużyć kanał – pomieszczenie nie pozwala, albo skomplikować strukturę prętów. A ponieważ przy pracy reaktora przez przeważającą część czasu pole neutronowe na dole i z wierzchu jest stosunkowo niewielkie, to i wyłap jest mały. Zatrzymano się na 4,5 metrach propelanta. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I tu w pełnym świetle ukazuje się stwierdzenie akademika – „szczegółowe obliczenia rozmiaru” – czysty blef, mijający się z rzeczywistością. Wiedział o tym, czy nie – nie wiem, ale o szczegółowości mówić tu nie należy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przy zmianie położenia trzonów z górnego położenia do górnej strefy wchodzi pochłaniacz i wnosi ujemną reaktywność, zaś w dolnej części kanału grafitowy propelant zastępuje wodę i wnosi dodatnią reaktywność. Okazuje się, że sumaryczna reaktywność przy polu neutronowym jest dodatnia w ciągu trzech pierwszych ruchu trzonu. Zjawisko niedopuszczalne. Obserwowano to na Ignalińskiej elektrowni i na Czarnobylskiej też, w czasie uruchomienia reaktora czwartego bloku, ale należnej oceny od naukowców nie otrzymało. Na tym figle 4,5-metrowego propelanta się nie kończą.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Reaktor RBMK jest geometrycznie, i przede wszystkim, fizycznie – ogromny. Oddzielne jego obwody mogą zachowywać się jak samodzielne reaktory. Przy uruchomieniu AZ, kiedy zarazem do strefy podąża spora ilość prętów, w dolnych częściach strefy tworzy się lokalna masa krytyczna.&lt;br /&gt;
:ARTYKUŁ 3.3.28. PBJa ''Ilość, rozkład, skuteczność i szybkość wprowadzania organów wykonawczych AZ powinny być określone i uzasadnione w projekcie reaktora, gdzie musi być zaznaczone, że przy jakichkolwiek warunkach awaryjnych organy wykonawcze AZ bez jednego największego efektywnego zespołu zabezpieczają: szybkość awaryjnej obniżki mocy reaktora, dostateczną by zapobiec możliwym uszkodzeniom urządzeń; doprowadzenie reaktora do stanu podkrytycznego i podtrzymaniu go w tym stanie…; – zapobieganiu tworzenia się lokalnych mas krytycznych.''&lt;br /&gt;
  &lt;br /&gt;
System SUZ reaktora nie tylko nie zapobiegał tworzeniu się mas krytycznych, ale i sam tworzył masy krytyczne w dolnej strefie aktywnej reaktora. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zastępca dyrektora NIKIET I. Ja. Jemielianow, pod kierunkiem którego tworzył się projekt SUZ, tak ozięble i akademicko, jak na wykładzie na uczelni Baumanowskiej, przytaczając świadectwo świadków: ''Narządy działające na reaktywność muszą być projektowane tak, by przy zmianie ich położenia, parametr reaktywności nie zmieniał się.'' Te trzony są projektowane, jakby nie pod jego kierownictwem…&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kiedy trzon SUZ znajduje się w położeniu pośrednim, woda z dolnej części kanału już jest wypierana, czyli przy ruchu trzonu od razu zaczyna powstawać ujemna reaktywność. Przy dużym zapasie reaktywności, niektóre trzony znajdują się w pośrednim położeniu i AZ jakoś stawia czoła swemu zadaniu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przy małym zapasie, duża część prętów wyciągnięta jest ze strefy i przy pracy AZ, czy po alarmie, czy po uruchomieniu, może wnosić dodatnią reaktywność według poawaryjnych obliczeń, wielkości do 1 beta. I tylko po 5-6 sekundach, w awaryjnych warunkach to cała wieczność, obrona wnosi ujemną reaktywność.&lt;br /&gt;
:ARTYKUŁ 3.3.5. PBJa ''Przynajmniej jeden z przewidzianych wcześniej systemów oddziaływania na reaktywność powinien być zdolny do doprowadzenia reaktora w stan podkrytyczny i podtrzymać go w tym stanie w sytuacji normalnej i awaryjnych oraz w warunkach panowania jednego najwyższego efektu oddziaływania przez urządzenie na reaktywność.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
26 kwietnia 1986 roku AZ po inicjacji, niestety (nie przejęzyczyłem się), pracowała w pełnej krasie i wysadziła reaktor. Przy odmowie uruchomienia obrony mogło do tego nie dojść. Paradoks? Owszem. Taka jest ta obrona.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Operatywny zapas reaktywności ===&lt;br /&gt;
Zwykle OZR jest potrzebny do możliwości manewrowania mocą reaktora. Skonstruować reaktor z zerowym współczynnikiem reaktywności jest niemożliwe, dlatego przy zmianie warunków panujących w reaktorze potrzebny jest ten zapas. Ze względów ekonomicznych i zasad bezpieczeństwa powinien być on jak minimalny. Pierwotnie w projektowych dokumentach RBMK nie było żadnych ograniczeń minimalnego zapasu. W 1975 roku na pierwszym bloku Leningradzkiej AES przy osiągnięciu mocy przy pracującej AZ doszło do awarii, która zerwała kanały paliwowe z powodu przegrzania niewielkiej części strefy aktywnej. Zmniejszenie w danym miejscy mocy przez wyciągnięci gdzieś, i wsadzenie gdzieś indziej nie było możliwe. Przez zatrucie ksenonowe zapasu reaktywności nie było. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
To był pierwszy dzwonek, a raczej dzwon, głośnej bitwy. Elektrownia była bliska katastrofy. Rozhermetyzował się jeden kanał, a w tych warunkach takich mogło być i kilka, teraz jest to jasne, że prowadziło to do awarii analogicznej Czarnobylowi. Po awarii komisja wspólna IAE oraz NIKIET lustrowała reaktor i wydała w 1976 roku rekomendację w sprawie poprawy właściwości RBMK, który zaczęto wdrażać życie w… 1986 roku, po katastrofie Czarnobylskiej. No, dziesięć lat – niezły czas!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Stąd też pojawił się zapis w Regulaminie o zakazie pracy przy zapasie reaktywności mniejszym niż 15 trzonów RR. Wszyscy w elektrowni czarnobylskiej, jak i pracownicy innych reaktorów RBMK, rozumieli jego konieczność regulacji energowydajności, zgodnie z pojemnością strefy aktywnej, byle mieć możliwość zmniejszenia strumienia neutronowego w „gorących punktach” i skierowania go do punktów „chłodnych”. O tym, że przy małym zapasie reaktywności, spowodowanym nieprawidłową konstrukcją trzonów SUZ, AZ staje się swoją antypodą – rozpędzającym urządzeniem, twórcy reaktora nas nie powiadomili. Czy oni sami o tym wiedzieli? Po całokształcie obecnie znanych dokumentów – można było to wywnioskować po odpowiednim przestudiowaniu faktów. W IAE i NIKIET były grupy zajmujące się tematem RBMK. Zapewne, dla kierowników tych grup stanowisko dawno stało się synekurą i jakiekolwiek propozycje (komisje ds. awarii na Lenigradzkiej AES, współpracowników IAE W.P. Wołkowa i W. Iwanowa) uważali oni za zakłócanie ich spokoju. Panowała filozofia – reaktory pracują, czego chcieć więcej? Inaczej ciężko to interpretować. Jak mi wiadomo, u kierownictwa wyraźnego rozumienia czyhającego niebezpieczeństwa nie było, inaczej nie można pojąć absolutną bezczynność i lekceważący stosunek do propozycji myślących pracowników.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
To, że architekci reaktora nie połączyli zależności zapasu reaktywności ze zdolnością do pracy AZ widać po punkcie w Regulaminie: &lt;br /&gt;
:P. 2.12.6 ''Jeśli reaktora w ciągu 15 minut nie uda się doprowadzić do stanu krytycznego, mimo że wszystkie trzony SUZ (oprócz skróconych trzonów-pochłaniaczy (USP)) wyciągnięte są z aktywnej strefy, ostatecznie głuszy się reaktor wszystkimi trzonami.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Oto po awarii 26 kwietnia pracownicy IAE i NIKIET szybko zrozumieli o rzeczywistych przyczynach katastrofy. Jestem o tym absolutnie przekonany. Jeśli ja w zeznaniach od razu po awarii, złożyłem cztery czy pięć wersji, po różnych zastanowieniach zmieniałem ich wersję, oprócz jednej – nieprawidłowe działanie AZ w wyniku efektu spowodowanego przez zakończenie trzonów, czyli dotarłem do prawidłowej tezy, chociaż to nie wszystko, ponieważ mając eksploatacyjne dane, nawet tylko te, który były mi znane, nie dało rady wywnioskować jak miała działać prawidłowa praca. Inna sprawa, oni „zaciemniali” i czynią to do tej pory – przyczyny są zrozumiałe. Zwłaszcza tym charakteryzują się pracownicy NIKIET. Spod ich pióra, oprócz zapisku N.A. Dollieżała (z przejęzyczeniami), po awarii nie widziałem żadnego prawdomównego dokumentu. Nie wiem, kłamstwo tam chyba to jeden z wymogów dla kandydatów, które później jest tam szlifowane do mistrzostwa, posługują się nim fachowo.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pierwsza, zbijająca z tropu, wersja z zerwaniem GCN nie przeszła z powodu absolutnie jawnego przeinaczania faktów. Wtedy zaczęto wymyślać inne – zwymyślano personelowi wykroczenia, błędne obliczenia i, główny wywód, całkowicie poroniony wymysł. Przesiąknięty największą agresywnością ze strony NIKIET. Oskarżyli nas: ze względu małego zapasu reaktywności AZ straciła swoją funkcjonalność. Nie z powodu patologicznej konstrukcji trzonów, a na wskutek małego zapasu. Długo nie będę się z tym godził i przywołam PBJa-04-74, który wszedł w życie w 1974 roku. Czytamy. ''Reguły są obowiązkowe dla wszystkich przedsiębiorstw, instytucji i organizacji przy projektowaniu, budownictwie i eksploatacji elektrowni atomowych.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
A jeśli parametr OZR uszkadza AZ (co może być gorsze dla reaktora?!), to dlaczego projekt nie dotrzymał prawa: &lt;br /&gt;
:ARTYKUŁ 3.1.8. PBJa ''System alarmowania reaktora musi zawiadamiać AES wydając następujące sygnały:''&lt;br /&gt;
:– ''awaryjne (świetlne, dźwiękowe), włączając syrenę awaryjnego zawiadomienia, przy osiągnięciu parametru uruchomienia AZ i awaryjnego odchylenia technologicznego systemu;''&lt;br /&gt;
:– ''zapobiegawcze (świetlne, dźwiękowe), przy zbliżaniu się parametru do stanu, kiedy uruchamia się AZ, podwyżka promieniowania ponad ustaloną granicę, zakłócenie normalnego działania sprzętu/''&lt;br /&gt;
:ARTYKUŁ 3.3.21 PBJa ''SUZ powinny być projektowane o szybkim działaniu AZ, zabezpieczając reaktor przy powstawaniu sytuacji awaryjnej. Sygnały i okoliczności uruchomienia AZ powinny być uzasadnione w projekcie.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie było naruszeń obowiązkowych reguł bezpieczeństwa pod względem zapasu reaktywności. Po awarii mówiono nam – to najważniejszy parametr reaktora. Pozwólcie nie uwierzyć. W elektrowni każdy zbiornik na wycieki w pomieszczeniu ma sygnalizację o wypełnieniu i, dość często, automatyczne pompowanie. A najważniejszego parametru, wysadzającego reaktor – nie ma, nawet nie ma mierzącego go przyrządu. Takie wymagania przestrzegania prawa można postawić na książce z liryką. Personel kierujący nie był przygotowany, nie posiadał sprzętu pozwalającego przestrzegać Prawo. Ograniczało się to do notatki w Regulaminie. Jeden z radzieckich fachowców, który informował międzynarodową wspólnotę MAGATE w sierpniu 1986 roku, mówił i w szóstym szpitalu w Moskwie, że cudzoziemscy specjaliści powiedzieli w związku z tym o nieodpowiednim oskarżeniu operatorów. Ale nasi fachowcy zaczęli wykład o tym jak ciężko rozdzielić funkcje człowieka od funkcji maszyny. Sporo cynizmu należy posiadać, aby w tej sytuacji prowadzić dysputę o rozdziale człowieka i maszyny. Odchylenie parametru prowadzi do globalnej katastrofy, a personel o niczym nie wie, nic nie widzi, nie słyszy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jakie urządzenie pomiarowe było – o tym za chwilę. Jeżeli odchylenie parametru prowadzi do zatrzymania się bloku bez uszkodzeń, to jestem za to gotów odpowiadać premią, naganą. Ale dlaczego za cudze grzechy trzeba płacić zdrowiem, życiem, wolnością, dlaczego odpowiada za to personel a nie winowajcy?! Nie chcę krwi, cztery lata siedziałem w pace i nie mam o tym dobrego mniemania. Ale dla mnie to przerażające, że ludzie, którzy skonstruowali absolutnie niezdolny do eksploatacji aparat, dotychczas się to tego nie przyznają i po lekkim wstrząsie, nadal postanawiają się tym zajmować. Czymże oni jeszcze obdarują ludzkość?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Chociaż nie znaliśmy zależności między zapasem reaktywności a zamianą AZ w urządzenie rozpędzające i już to mówiłem, to także warto zaznaczyć, że nie mogliśmy go uważać za ważny, albowiem nie posiadaliśmy odpowiednich źródeł kontroli. Ten argument bezpośrednio godzi w pozycje oskarżycieli.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Naruszać OZR nie mieliśmy zamiaru i nie uczyniliśmy tego. Zakłócenie jest wtedy, gdy świadomie ignoruje się zasady i przepisy, a 26 kwietnia nikt nie widział zapasu mniejszego niż 15 trzonów. Zapisu Regulaminu należy przestrzegać, po pierwsze; regulacja energowydajności w reaktorze – rzecz bardzo ważna, po drugie. Ale, zapewne, zauważyliśmy (niepotrzebnie, zauważać akurat nie było po co) obniżkę zapasu. Chociaż to i tak bez znaczenia po naciśnięciu AZ. Blokowa liczeniowo-obliczeniowa maszyna jest przestarzała, liczyła zapas reaktywności programem „PRYZMAT” w ciągu pięciu minut od polecenia. Czy można przy czymś takim upilnować parametru, skoro zmienia się on o dwa, trzy pręty w kilka sekund, przy zmianie wydatku ciekłej wody? W warunkach statycznych godzi się, ale nie stanie nadmiar dynamicznych. Dla regulacji energowydajności w połączeniu z systemem fizycznej kontroli reaktorami prądotwórczymi z jej trzydziestu dwoma radialnymi i dwunastoma półstrefowymi czujnikami – taki sposób pomiaru zapasu załatwiał sprawę. Ale dla wciąż zmieniających się funkcji – gwaranta zdolności do pracy AZ – nie pasowało w żaden sposób. To jeszcze przy niezapoznanym personelu. Operator powinien tylko to nadzorować, a on przy kierowaniu reaktorem wykonywał tysiąc czynności, obserwując tysiąc wykresów parametru.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sądzę, że ludzie zauważyli, iż dla tego projektu było wykonane wszystko i jeszcze więcej. Jak już pisałem, Jądrowy Dział Bezpieczeństwa niewłaściwie poinformował pracowników, przez co nie można było poprawnie prognozować. Wychodzi na to – mierzyć parametru nie da rady, prognozować też. Dlatego nie mieści się w głowie, by Kierownik Naukowy i Główny Konstruktor klarownie wyłożyli o niebezpieczeństwie swojego reaktora. Obraz nędzy i rozpaczy…&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z resztą, to i tak niemożliwe. Pytanie, czy wiedzieli o tym wcześniej, czy nie, jest bez sensu. To żałosne. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Оni zobowiązani byli o tym wiedzieć!'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Konstruktorzy i projektanci mają tyle czasu na przemyślenia i rozwiązania techniczne, ile dusza zapragnie, byle nie stawiać operatora w sytuacji ekstremalnej, bo tym nie ma być czuwanie nad reaktorem. Nie powinno operatorowi ukazywać się sytuacji, których architekt nie przewidział. Nie powinno być sytuacji, które doprowadzają do totalnej destrukcji. Powinny być konstrukcyjne rozwiązywania, chroniące przed takimi następstwami. Przy tych ogromnych ilościach energii, którym towarzyszy sztywne rozwiązania technologiczne, przedawnione maszyny, rurociągi, nie da rady obejść się bez technologicznego remontu owej techniki o jakieś sto lat.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Reaktor RBMK ma nominalną moc na poziomie 3,2 miliona kW, przy awarii, szacuje się, energia wynosiła od dwudziestu do stu nominalnych i rosłaby dalej, aż do zniszczenia reaktora. Od skoku mocy na neutronach prędkich, obrona jest już pozbawiona sensu. Nie może powstawać opinia, że takie coś jest spowodowane błędem operatora. To nie moje pomyślne życzenie, to wprost mówią normatywne dokumenty o bezpieczeństwie reaktorów: &lt;br /&gt;
:ARTYKUŁ 2.7.1 OPB ''Systemy ochronne muszą wykonywać funkcje zabezpieczające stan niezależnie od kreującego się biegu wydarzeń, zgodnie z p. 1.2.4.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Błąd personelu też jest kreującym się biegiem wydarzeń.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Miejsca dla samowoli nie pozostawiono. Jak chcę, robię albo nie robię. Obowiązek.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
To gryzie się na pierwszy rzut oka z powyższymi nakazami PBJa. Niech reaktor będzie wyposażony w sygnalizację i automatyczną obronę, a nie o obniżkę zapasu reaktywności niebezpieczną dla reaktora, to sprawy nie ma. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Inna sprawa, że zapas reaktywności w ilości 15 prętów, wskazany w Regulaminie, całkiem nie zapewniał bezpieczeństwa. Tutaj nie mógł nas zabezpieczyć, albowiem był on przeliczany w zupełnie innych warunkach. Owszem, jest rachunek, nie pamiętam już jakiej organizacji, gdzie wzięto jedną z sytuacji i przy zapasie 15 trzonów pokazano, że „dodatniego momentu bezwładności”, przy pracującej obronie, nie ma. Ale to całkiem liczono na kolanie. Po pierwsze, zapas może zostać otrzymany przez różne kombinacje położenia trzonów, a do testów trzeba by wybrać najbardziej niesprzyjające; po drugie, niepowstawanie dodatniej bezwładności to nie dowód na poprawne funkcjonowanie AZ. Trzeba zapewnić odpowiednią szybkość, do wnoszenia w strefę aktywną ujemnej reaktywności od pierwszego moment uruchomienia.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W każdym wypadku, po awarii, we wszystkich reaktorach RBMK podniesiono zapas reaktywności do 30 prętów i to przy zmienionej konstrukcji oraz ustalonych osiemdziesięciu DP, które znacznie zmniejszały parowy współczynnik reaktywności.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
A w ogóle to nienaturalne zjawisko, kiedy dochodzi do niebezpieczeństwa jądrowego przy małej reaktywności.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po zamknięciu zamknięciu zaworów o 1:23 i 4 sekundy ustąpił napływ pary na turbinę i zawroty zaczęły zniżkować. Doświadczenie musiało być skończone przy blisko 2000 obrotach na minutę. Nie wiem z jakiego powodu z głowie pozostała mi liczba 2370 – czy to podczas eksplozji, czy to kiedy znów odwróciłem się do przyrządów po rozmowie z A. Akimowem i operatorem reaktora L. Toptunowem. Wszystko działo się spokojnie, szło bez odchyleń od oczekiwanych wyników. I po pierwszych sekundach od naciśnięcia AZ nikt nie okazywał niepokoju. Systemy centralizacji kontroli, zwłaszcza program DREG, nie zarejestrowały do 1:23 i 40 sekund – momentu naciśnięcia przycisku – żadnych zmian parametru, które mogłyby posłużyć do oskarżenia prowodyrów AZ. Komisja Głównego Nadzoru Energii Atomowej pod przewodnictwem N. Steinberga zebrała i przeanalizowała dużą ilość materiałów i, jak napisano w oświadczeniu, nie mogła ustalić wierzytelnej przyczyny uruchomienia AZ. Nie trzeba było szukać przyczyny. Reaktor został wygaszony po zakończeniu prac.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jak to przebiegało z mojego punktu widzenia, już pisałem. Na świadka mogę przywołać G.P Mietlienkę. On siedział za biurkiem kierownika zmiany bloku, blisko Akimowa i Toptunowa. Jego zeznania są zapisane na taśmie magnetofonowej, ale mam też jego list w odpowiedzi na moja korespondencję z prośbą wysłania kopi Programu i odpowiedzi na parę pytań. Pisze: ''Moje odczucia o decyzji Aikomowa są takie: proces przebiegał spokojnie i on też wydał polecenie spokojnym głosem, odwróciwszy się w półobrocie i machnąwszy ręką, a dalej było wrażenie dudniącego hydrouderzenia.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Są jeszcze zeznania A. Kuchara, który zaszedł na BSzczU bezpośrednio przed rozporządzeniem Akimow o wygaszaniu reaktora.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak, zdaje się, teraz nie ma wątpliwości, że AZ uruchomiona przy nieobecności technicznych przyczyn, sama w sobie inicjowała rozpęd reaktora. A także, czyją myślą od samego początku oskarżała personel.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jak tak, na przykład, można ograć absolutnie technicznie przejrzyste i przyrodnicze zjawisko. Wskutek poprzednich procesów, AR z ujemnym (w rzeczywistości moc była mniejsza niż dana) balansem na granicy percepcji kierującego, o czym świadczy sygnał „1PK w górę”, zarejestrowany przez DREG. Przy bezwładności generatora wydatek termoprzekaźnika był deficytowy, co prowadziło do zwiększenia reaktywności i moc reaktora zaczęła rosnąć, przeszła w stan dodatniego rozliczenia i sterujący rozpoczął ruch w dół. Sygnał „1PK w dół” zarejestrowano o 1:23 i 30 sekund.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Biegli sądowi zarejestrowali wykresy mocy z 17 i 30-krotnym powiększeniem, gdzie zaznaczone były stany zwiększenia mocy sprzed 20 sekund od eksplozji. Dalej weszło to do aktu oskarżenia. Poważnego oskarżenia. Zaledwie do 17 razu powiększyli i już wyraźny wzrost mocy. Nie było u nas ani mikroskopów, ani teleskopów, ale zauważenie wzrostu mocy gołym okiem nie jest czymś szczególnym. Automatyczna regulacja zaczyna reagować tylko wtedy, kiedy balans jest powyżej pewnej wielkości – takie są zasady pracy.&lt;br /&gt;
Malowniczy opis G. Miedwiediewa w jego zapiskach: &lt;br /&gt;
:''Starszy inżynier kierowania reaktorem Leonid Toptunow pierwszy wpadł w popłoch: „Należy włączyć awaryjne procedury obronne, Aleksandrze Fiodorowiczu, rozpędzamy się!” – powiedział on Akimowowi. Akimow szybko spojrzał na wydrukowane wykresy. Wykres drukował się powoli, bardzo powoli… Akimow wahał się.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie ma maszyny drukującej wykresy, po których można by poznać jak rozwija się proces. By jakikolwiek wydruk znalazł się na stole zarządu, to musi przebyć drogę z pomieszczenia EWM, czyli trzy, dwie minuty bez zwłoki. Całkowitych wydruków z 1:22 i 30 sekund nie było, gotowe były dopiero po awarii. I „proces” zaczął rozwijać się po naciśnięciu przycisku. A przycisk uruchomił nie Akimow, a Toptunow (patrz wcześniej). G. Miediediew zapomniał też jeszcze dodać, że Akimow słyszał jak neutrony rozbijają jądra uranu z lekkim szelestem, powąchał swoje skarpety i dopiero wtedy nacisnął przycisk. Jak się pisze powieść dokumentalną, to trzeba wyraźnie zaznaczyć, gdzie jest fikcja literacka, a nie podszywać to pod cały prawdziwy fundament.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie słyszałem, co mówił Toptunow Akimowowi, słyszeć to mógł tylko G. Mietlienko, ale jego to nie interesowało. B. Stoliarczuk, zajęty swoimi sprawami też nie słyszał. Reszta była zbyt daleko, by spokojna rozmowa o rokowaniach dotarła do ich uszu. Sądząc po zachowaniach Akimowa i Toptunowa, po zapisie sygnałów, można było się pomylić – kiedy pręty AR wchodziły do aktywnej strefy Toptunow spytał co robić z reaktorem. I Akimow, zgodnie z instruktażem, nakazał wygaszać reaktor.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W tym momencie wszystko się zaczęło. Po znikomym spadku mocy przy samym początku wejścia trzonów do aktywnej strefy, co jest w całości wytłumaczalne, ponieważ pole neutronowe było jest dwuszczytowe, z apogeum ku góry i perigeum w części centralnej. Takie pole zawsze formułuje się po obniżce mocy, ponieważ podczas pracy maksimum pola było pośrodku, oznacza to, wyeksponowanie części centralnej najbardziej. Dalej z powodu nieprawidłowości konstrukcyjnej trzonów u dołu utworzył się miejscowy reaktor nadkrytyczny, strumień neutronowy, a z nim energowydajność wzrasta, za to w górnej części – obniża się. Reaktywność sumaryczna, wyrażana w prętach, była dodatnia, a moc zaczęła narastać głównie na dole.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
O godzinie 1:23 i 40 sekund po naciśnięciu przycisku moc nie mogła istotnie przekraczać 200 MW, inaczej przy większym rozliczeniu wybiło by regulator z automatu. Ale o 1:23 i 43 sekundy zarejestrowano AZS i AZM.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Tych sygnałów nie powinno być po uruchomieniu procedury obronnej.''' Przy poprawnie skonstruowanych prętach… Jak tak sięgnąć pamięcią wstecz, to były przedtem wypadki, kiedy przy pracujących AZ po różnych sygnałach (odchylenie parametru poziomu w separatorze i inne) uruchamiały się i te sygnały. Przyczyn pojawienia się ich nie mogli wyjaśnić ani eksploatatorzy, ani projektanci SUZ. Ile było takich wypadków – trudno powiedzieć i, zapewne, wszystkie ujawnić. Nikomu nie chce się grzebać w starych archiwach, władzom to do niczego nie potrzebne. Sprawa dotyczy też czegoś innego: z reguły, praprzyczyna uruchomienia AZ jest znana i na inne alarmy nie zwraca się już uwagi, chociaż personel według zeznań musiał dokładnie jest sprawdzać. Wtenczas, pojawiające się po drodze sygnały uważaliśmy za wynik błędu i niedoskonałości elektroniki SUZ. Jak się okazało, były one prawdziwymi alarmami nieprawidłowego działania AZ.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Były faktyczne zarejestrowane skoki mocy, ale spowodowane niedoskonałościami urządzeń pomiarowych, a rejestrujący je źle zinterpretowali. Nawet 26 kwietnia przy mocy dziesięciokrotnie większej niż nominalna miernik mocy wskazywał poniżej jednej mocy nominalnej z powodu inercji. Te przyrosty mocy były mniejsze i szybsze, ale… cienka ściana odgraniczała nas od katastrofy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ekspertom i śledczym bardzo zależało, aby udowodnić, że reaktor był w stanie samozniszczenia już przed procedurą AZ. Tylko z jakimi argumentami, jakimi obiektywnymi dowodami chcieli taką teorie wysunąć? Do momentu spisania aktu oskarżenia były już znane wykresy parametrów bloku i są one w sprawie, jasno z nich wynika, że dla takich wywodów nie ma żadnych podstaw.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I. Kirszenbaum, S. Gazny G. Łysiuk, obecni na mostku zeznawali, że rozkaz o wygaszaniu reaktora słyszeli bezpośrednio przed lub po eksplozji. Wszystko się zgadza, znajdowali się oni daleko i pierwszego, spokojnego, cichego rozporządzenia nie słyszeli, tylko drugie. A. Kuchara zmusili, by zmienił swe zeznania o 26 kwietnia, gdzie mówił, że Akimow nakazał wygaszać reaktor i po kilku sekundach rozległ się alarm oraz eksplozja. Druga wersja jego zeznania jest taka: ''…usłyszałem głos, ale czyj – nie pamiętam, że ciśnienie w KMPC wynosi 79 atmosfer, chociaż normalny wynik to 70 atmosfer. W tym czasie usłyszałem rozkaz Akimowa – głuszymy aparat. Dosłownie od razy zabrzmiał silny gruchot ze strony hali.'' Pierwsze oświadczenie nie pasuje do ustalonej wersji, dlatego zostało odrzucone. Drugie oświadczenie, też prawdziwe, gdyby nie wskazać, że różni się od pierwszego o kilka sekund i rozkazu Akimow – ponownie. Kuchar obudził w sądzie we mnie pytanie ''Dlaczego on zmienił zeznania?''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
A oto już śledczy wywnioskował: ''Te zeznania obiektywnie potwierdzają się w zgodności z zapiskami Toptunowa, w którym napisano: „W momencie uderzenia (albo tuż po nim) trzony SUZ zatrzymały się…''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Subiektywnie albo obiektywnie – nie ma to znaczenia, sens jest właśnie zupełnie przeciwny: w momencie wybuchu trzony zatrzymały się, ale przed tym były w aktywnej strefie penetrując 2,5-3 metry, czyli były w strefie siedem sekund przed wybuchem. Jeśli myślicie, że takie sztuki łatwo sfałszować, to mylicie się. Dlatego potrzebni są ludzie chcący myśleć i słuchać. Czy znajdziecie ich w sądzie? Daj Bóg!…&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdaje się, autor teorii o destrukcji reaktora przed wejściem AZ – ekspert W. Dogłow z miasta Obninska, miał wielu zwolenników. Oto teza oskarżycieli: ''O tym, że rozwój awarii zaczął się przed naciśnięciem AZ-5, świadczy ekspertyza NIKIET, Głównej Komisji Nadzoru Atomowego ZSRR i Czarnobylskiej AES o położeniu trzonów SUZ po awarii. W dodatku, 20 prętów pozostało w skrajnie górnym położeniu, a 14-15 prętów zanurzyło się na maksimum 2 metry z powodu deformacji kanałów.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
To jakże wielkie zmiany musiały zajść w reaktorze, żeby SUZ nie mogły wejść? I nie było żadnych sygnałów ostrzegawczych?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie potrafią nawet zauważyć, że większość ze wskazanych kanałów to USP, które algorytmicznie są statyczne przy pracującej AZ.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kto może stwierdzić, że na mapach położenia trzonów pozostały wierne odwzorowania, skoro cała łączność elektryczna padła, przez porwane kable i odcięty prąd? &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sprytnie wykorzystuje się to do oskarżania personelu, manipulując wykresem położenia prętów SUZ. Pamiętacie zapiski Miedwiediewa – Akimow szybko spojrzał na zapiski rozwoju procesu – pic na wodę. Inni robią podróbki bardziej wykwintne. Blokowa maszyna obliczeniowa okresowo nagrywa parametry, w tym i położenie prętów, i przez program oblicza OZR. Po 1:23 i 30 sekund rozliczenia maszyna zrobić nie zdążyła, ale zrobiła to Smoleńska AES i zapas wynosił 6-8 trzonów. Naruszenie Regulaminu. O tej porze zapas był najmniejszy, ponieważ zużycie termoprzekaźnika było maksymalne, a dla podtrzymania poziomu w separatorze pary zwiększył zużycie ciekłej wody, co na tej mocy doprowadziło skraplania pary w tej strefie. Już za minutę zapas wynosił 12, albo i więcej prętów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ze względu na nieznane ludziom okoliczności, oskarżyciele mówią – personel wiedział o naruszeniach, świadomie ignorował niebezpieczeństwo, by skończyć pracę. Rozpatrzmy to.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Załóżmy, że wydruk położenia trzonów był wykonany na 1:23 i 30 sekund. Trzeba było go wydrukować z teletabeli, zamieścić wszystko w logu i operator EWM musiał przynieść to znajdującemu się 50 metrów dalej operatorowi BSzczU. Nikt przeważnie nie biegał sprintem po elektrowni. Operatorowi EWM wydruk ten zupełnie nic nie mówi. Na początku eksperymentu „Programu bezwładności TG” o 1:23 i 4 sekundy na tablicy wydruku być nie mogło. Pojawiło się ono dopiero o 1:23 i 30 sekund. Jest źle. Według Regulaminu trzeba albo doprowadzić parametr do normy (niewykonalne) albo zrzucić AZ. Obronę zrzucono o 1:23 i 40 sekund – eksplozja. Ostatni akapit jest napisany tylko, by pokazać jawną niesumienność ludzi o dużej wiedzy technicznej, znających blok i okoliczności. Takich wydruków personel nigdy nie wołał – operator nie jest kalkulatorem. Braliśmy wydruki z od razu obliczonym zapasem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Procedura obrony awaryjnej, jak sama nazwa wskazuje, służy do gaszenia reaktora zarówno podczas zakłócenia jego działania, jak i sytuacji normalnej, tak jak żądają normatywne dokumenty i Regulamin eksploatacyjny RBMK.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
26 kwietnia 1986 roku uruchamialiśmy AZ przy normalnych warunkach, stabilnym systemie, bez sygnałów alarmowych awaryjnych i zapobiegawczych – otrzymaliśmy eksplozję.&lt;br /&gt;
:ARTYKUŁ 3.3.26. PBJa: ''Awaryjna procedura obronna reaktora musi szybko i pewnie wygaszać reakcje łańcuchową w następujących wypadkach:''&lt;br /&gt;
:– ''osiągnąwszy awaryjny poziom mocy;''&lt;br /&gt;
:– ''osiągnąwszy awaryjny poziom wzrostu mocy;''&lt;br /&gt;
:– ''przy naciśnięciu przycisku AZ.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Co się stało – wiemy. Którym wymaganiom odpowiadała AZ?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Reaktor od 1:23 i nie wiadomo jak długo znajdował się w stanie niczym bomby zegarowej i nie było żadnego sygnału alarmowego! Personel nie widzi po przyrządach, czy stan jest niebezpieczny i to nie dlatego, że personel jest ślepy. '''Jakim wymaganiom odpowiada system kontroli?'''&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Oxena</name></author>	</entry>

	<entry>
		<id>https://wiki.czarnobyl.pl/index.php?title=U%C5%BCytkownik:Amoniak/Czarnobyl._Jak_to_by%C5%82o/Rozdzia%C5%82_4&amp;diff=5627</id>
		<title>Użytkownik:Amoniak/Czarnobyl. Jak to było/Rozdział 4</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="https://wiki.czarnobyl.pl/index.php?title=U%C5%BCytkownik:Amoniak/Czarnobyl._Jak_to_by%C5%82o/Rozdzia%C5%82_4&amp;diff=5627"/>
				<updated>2019-11-27T23:16:41Z</updated>
		
		<summary type="html">&lt;p&gt;Oxena: Poprawki jak zwykle cz. 1&lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;== Rozdział 4. Jak to było. ==&lt;br /&gt;
26 kwietnia 1986 roku. Niefortunny dzień. Stał się ważnym momentem w życiu wielu osób, które zmienił na zawsze. Zwłaszcza moje życie – głęboka przepaść oddziela te etapy mojego żywota przed i po awarii.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Byłem praktycznie zdrowym człowiekiem i w ostatnich latach tylko trzy, cztery dni spędziłem w szpitalu – zostałem inwalidą. Byłem prawym i porządnym człowiekiem – zostałem przestępcą. I w końcu, byłem wolnym człowiekiem – zostałem skazanym. &lt;br /&gt;
Tak teraz mówią na zeków. W jakiej gustownej głowie powstało takie nienaturalne połączenie słów? Ju. Feofanow w gazecie „Известия” po analizie ostatnio uchwalonych ustaw w sprawie ochrony praw człowieka zmuszony konstatować: ''Tymczasem u nas, niestety, słowu obywatela bliżej do słowa przejścia.'' Ile wtedy obywatela w skazańcu?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I w końcu, wiadomo, dla wyraźniejszego oddzielenia tych dwóch etapów życia, praktycznie starte są ze świadomości wydarzenia 25 kwietnia, pozostały tylko mętne wspomnienia, chociaż wydarzenia związane z awarią pamięć zachowała jasno i bez wątpliwości, a z potwierdzeniem innych świadków i zapisów przyrządów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
No tak, nic sobie nie przypominam, z drogi do pracy 25 kwietnia. Pewnie tak jak zawsze, szedłem pieszo 4 kilometry z domu do elektrowni. To dawało w te i z powrotem miesięcznie 200 km. Dodać 100 kilometrów regularnego biegania truchtem – całkiem dobry wynik dla podtrzymania kondycji organizmu. A głównie, dla utrzymania sprawności układu nerwowego. Gdy tak chodzisz, odrywasz się od wszystkich trosk. Przychodzi coś do głowy – biegnij szybciej. Och, jakiż to był relaks. I chód, i bieg niezbędny był przy tym tempie życia. U nas jakoś nie ma normalnej, skonkretyzowanej pracy. Tym bardziej w formującym się zakładzie pracy. Dane mi było uczestniczyć w budowie, otwarciu i eksploatacji wszystkich czterech bloków Czarnobylskiej AES. W stanowiskach zastępcy kierownika cechu, kierownika reaktora i zastępcy głównego inżyniera. Najmniej – dziesięciogodzinny dzień pracy przy wszystkich roboczych sobotach, wakacjach i niedzielach, ale nie to było nużące. Przez pół roku po uruchomieniu czwartego reaktora wszystko się ułożyło i uregulowało, jednak mimo to przed szóstą wieczorem z pracy się nie wychodziło, i to było normalne, albowiem pojawiała się możliwość douczenia się i uzupełnienia technicznych wiadomości, bez których nie można się obejść, a takiej okazji żaden inżynier nie przepuści.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie to męczyło, ale męczyło fizycznie i wycieńczało duszę, bezsensowna organizacja pracy, absurdalne wymagania od pracowników i niedorzeczne projekty.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie raz spotykałem w prasie i na Czarnobylskiej AES, ze względu na przedterminowe uruchomienia, zarzuty o niską jakość formy budownictwa i montażu. Nic mi o tym nie wiadomo. Przyjechałem na elektrownię we wrześniu 1973 roku. Na zapleczu pojawiały się hasła o puszczeniu do użytku pierwszego bloku już w 1975 roku. Zmiana terminu polegała na przepisaniu piątki na szóstkę. Naprawdę, pierwszy energoblok CzAES uruchomiony został 26 września 1977 roku. Drugi – w grudniu 1978 roku, ale jego termin został przyspieszony zapewne za zwłokę z uruchomieniem pierwszego. Tak samo i dwa następne bloki. O ich przedterminowych uruchomieniach mówić nie trzeba. Ciekawe, że przed 31 grudnia tego roku nie można było głośno mówić o niemożliwości uruchomienia bloku. Później przyjechali emisariusze i zaczął się montaż nowych niedorzecznych planów i projektów. Sporządzili, podpisali, wyjechali. I tu zaczynają się kłopoty spowodowane surowymi kontrolami awykonalnego projektu od samego początku. Szorstkie narady inżynierów, nocne wezwania. Powiększać zaczęły się nieuniknione opóźnienia w pracy, spada ucisk kontrolerów i praca wraca do normalnego stanu. Do czasu następnego przyjazdu kierownika.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nigdy nie rozumiałem tych dodających otuchy iniekcji. One tylko szkodziły. Jeśli mamy coś wykonać w nierealnym terminie, to rzetelny pracownik na początku stara się to zrobić. Potem wszyscy zderzają się z rzeczywistością. A to pozwala niesumiennym pracownikom nie wykonywać poleconych im zadań. Spostrzegłem to wielokrotnie. Korzyść od takich nacisków jest taka sama, jak hasła, praktycznie, zawsze „aktualnego”: ''Rzucim wszystkie siły działań bloku №___ do ___ ilości.'' Normalny człowiek się uśmiechnie i powie – jeżeli oddam tu wszystkie siły to co potem?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Myślę, że W.T. Kizima oraz budowlańcy N.K. Antuszczuka, A.I. Zajaca oraz W.P. Tokarenka serio tych terminów nie postrzegali, chociaż tego nie okazywali. Oni mogli komukolwiek opowiedzieć, jak i kiedy, rzeczywiście, będzie ukończona budowa. W ogóle, montażowcy nie podlegali SPID-owi. Posiadają immunitet zapobiegający jakimkolwiek zewnętrzny naciskom – fizycznego albo psychologicznego pochodzenia. W innych warunkach praca nie trwałaby długo.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Reasumując, budowa CzAES jak na radzieckie warunki poszła dobrze. Nie patrząc na ilość spawów na rurociągach pierwszego rzędu, przytaczam tylko jedno pęknięcie na ważniejszym rurociągu. I to zapewne wina toporności konstrukcji dlatego niedostatecznie było kompensowanie przy temperaturze powodującej dylatację. Nie ma związku z budową i budowlańcami a katastrofą z 26 kwietnia.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Do pracy w elektrowni przyszedłem z zakładu okrętowego, uczestniczyłem w budowie łodzi podwodnych. Tam też nie wszystko szło gładko. Nocna, nieprzerwana praca – z dnia na dzień. Wspominam wypadek, teraz z uśmiechem na ustach. Na zdawczej bazie siedzieliśmy w hotelu i graliśmy w preferens. Późnym wieczorem przyszedł mechanik W. Bujanski i zwraca się do przedstawiciela wojska.&lt;br /&gt;
:– Wyregulowaliśmy system, trzeba zatwierdzić.&lt;br /&gt;
:– Nie mogę, Wiktor, jestem chory.&lt;br /&gt;
:– Nie ma czasu, „nagroda” się grzeje. Ja prowadzę.&lt;br /&gt;
:– No, dobra, idziemy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po chwili nasz wojskowy powraca i wyznaje nam, że ta jego choroba to przewlekłe hemoroidy. Bujanski zaproponował mu komfortową podróż na tylnym siedzeniu motocykla. Jednak na tym się skończyło, bo pojechali autobusem. Pomimo tego, dobrze wspominam tamtejszą organizację.&lt;br /&gt;
    &lt;br /&gt;
W elektrowni w żaden sposób nie mogłem pojąć po co mi, eksploatatorowi, wiedzieć ile metrów rurociągów i zasuw zamontowano i jaki jest ich obecny stan. Mi jest potrzebny tylko cały rurociąg z zaworami, zawieszeniami i innymi urządzeniami, którymi będę operował. To nie tylko uczenie się zbędnych rzeczy, ale także zaprzątanie mi głowy i odciąganie od naprawdę ważnych czynności, których za mnie nikt nie zrobi. A to, gdzie leży dany odcinek rury, niech wie montażowiec, jemu to potrzebne do pracy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kult drobiazgowości, kult „władania sytuacją” zebrał niezasłużony laur, zastąpiwszy prawdziwą kompetencję pracownika. Poza wykładami dla naczelników najwyższego szczebla, taka wiedza jest niepotrzebna. Bierze kierownik kawałek papieru i rysuje, jaką forma jest mu potrzebna do zaświadczenia. Inny żąda to samo, ale z inna formą. Przy naszej komputeryzacji za pomocą liczydeł cały ten proceder zajmie furę czasu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
A grafiki. Okazuje się, że można było je układać pod każdym pretekstem i wszystko to bez uzasadnienia, zabezpieczenia pracowników, materiałów i sprzętu. Tylko na podstawie terminu zgodnego przyjeżdżającym naczelnikiem. Nie trzeba chyba mówić, że tego nie przestrzegano. Oprócz drugiego bloku, pozostałe miały po 10 grafików reszty pomieszczeń. Pojawia się kierownik „Głównoenergoatomistyczny” Newski i pojawiają się grafiki reszty systemów rurociągów. Grafik składało się w czerwcu, a w sierpniu puszcza się do kontroli pierwszego rzędu przez KMPC. Rury rodzaju średnicy 800 mm spawa się bardzo ostrożnie, przez spawaczy ze specjalnymi atestami. Na każde połączenie potrzeba siedem dni pracy. I co ciekawe: Newski, nie tak dawno jeszcze montażowiec, nie mógł nie wiedzieć o nierealności terminów. Przyjeżdża pracownik KC Marin, zdaje się, w przeszłości elektromonter, i projekt już składa się z innych elementów – zelektryfikowana nakładka zaworu, i tak dalej. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale, jak już mówiłem, sami inicjatorzy pomysłu zapewne nie widzieli problemu. Budownictwo żyło własnym życiem. Budowlańcy i montażowcy adaptowali się do podobnych opóźnień. Dla mnie na początku było to nienormalne. W byłej pracy takie coś było nie do pomyślenia. Czytaliśmy referat admirała Rickovera, ojca amerykańskich łodzi podwodnych. Amerykanom zdarzyło się zetknąć z szeregiem problemów przy stworzeniu łodziach podwodnych. Owszem, u nas też były problemy, ale wyłączając dwie, trzy pierwsze łodzie, później trzymaliśmy się wytyczonych terminów. Jeżeli jest wyznaczony termin kompleksowego sprawdzenia ustawień energetycznych – zapewne będzie z tygodniowym błędem. Większość trzyma się ostatecznego terminu. Takiego absurdalnego zachowania nieraz dopatrzyłem się w trakcie budowy elektrowni. Oto dwa przykłady w porównaniu mojej dawnej pracy i elektrowni. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W praktycznie już gotowej do wypróbowania łodzi do aktywnej strefy reaktorów dostał się wyciek jonowymiennej żywicy z filtra. Trzeba było wymienić pręty paliwowe. Przyjechał kierownik, ocenił sytuację i przełożył termin oddania do użytku na kolejny kwartał. Nie było rozmów: że jak sami zepsuliście, to sami naprawcie, że przed wami jeszcze pięć miesięcy…&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Powiadają, że po eksplozji w Czarnobylskiej AES do elektrowni przyjechała głowa rządowej komisji B. J. Szczerbina, który nakazał sporządzić plan odbudowy elektrowni przed jesienią 1986 roku. Fantasmagoria, nie ma na to innego określenia.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Racja, z terminami uruchomień energobloków CzAES dla ludzi mojego poziomu jasności nie ma. Długość budowy nie odbiegała od norm światowych. W pierwszych ogłoszonych terminach nie zawierał się żaden blok, ale premię za aktualne postępy rozdano. W czym tkwi sęk – nie mam pojęcia. Może w trybie wypłaty, może w istnieniu nieznanego zwykłym, niekierowniczym ludziom grafika? U nas możliwe są oba warianty. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Najbardziej ze wszystkiego, nieprzyjemne były wnioski o zmianie technicznych umów podczas trwania już prac budowlanych. Akceptowano je z różnych przyczyn. Na początku budowy Leningradzkiej AES z reaktorami RBMK była przyjęta uchwała rządu o budowie takich samych reaktorów w Kursku i Czarnobylu. Nie czekając na przetestowanie reaktorów, zostały rozpoczęte budowy. Reaktor RBMK nie można nazwać sprzętem, raczej budowlą. Nie można przetransportować potrzebnych do jego budowy elementów metalowej konstrukcji, dlatego półfabrykaty są łączone od razu na placu budowy. Dla wyrobów w ilości produkowanych więcej niż dziesięć i kompletów większych – to już cała seria, a drobne wyroby dla samego reaktora i maszyn obocznych znalazły się w kategorii sprzętu niestandardowego. A toż to filary i zawory dla połączeń rurowych samego reaktora i sprzętu, przeznaczone pod transport paliwa, promieniotwórczych produktów, zbioru kaset paliwowych, załadunków i wyładunków reaktora, itd. Cały sprzęt powinien zostać wykonany na najwyższym poziomie zaawansowania technologicznego. Nie trzeba wyjaśniać, że ma się do czynienia z nadzwyczaj promieniotwórczym paliwem. Świeże paliwo jest słabo promieniotwórcze i nie tak szczególnie niebezpieczne, jednak także trzeba obchodzić się z nim nadzwyczaj ostrożnie, ażeby uniknąć jakichkolwiek obrażeń, które początkowo mogą nie mieć widocznych objawów, ale odezwą się po czasie i to w sposób bardzo głośny. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Leningradzka AES, podlegająca Ministerstwu ds. maszyn średnich, organizowała się pod jego formę, pod jego zakłady, wyposażone najnowszym sprzętem. Kurska i Czarnobylska elektrownia należały do Ministerstwa elektryki i elektryfikacji. W rządowej uchwale rozporządzono, że sprzęt niestandardowy dla czterech pierwszych bloków tych elektrowni wykonają te same zakłady, co produkowały sprzęt dla elektrowni leningradzkiej. Ale dla Minsredmasza rządowa uchwała to nie dekret, nawet w tych czasach, kiedy się jeszcze trochę rządu słuchali. Mówią – macie swoje zakłady, my wam damy plany, róbcie sobie! Byłem na niektórych zakładach Minenerga – przyrządzenie na poziomie kiepskawego warsztatu. Zalecać im wykonanie jakiejkolwiek części pod reaktor, to przecież jak kazać cieśli udawać stolarza. I tak wymęczał się w budowie cały blok. Raz coś udawało się zrobić, a raz czegoś nie było. Charakterystyczny, prawdziwy impas Minenergo, za parę lat już nie miało żadnego swojego zakładu zdolnego wytwarzać tak skomplikowany sprzęt. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przy budowie pierwszego bloku pojawił się problem z zaworami i filarami dla połączeń rur reaktora. Zakład Minsredmasza zrezygnował z produkcji dla nas. Nie wiem, kto zdecydował o produkcji zamienników w zakładam Minenergo, patrząc tylko na proste połączenie resortowe z nami. Nie powiem, żebym sabotował tę sprawę, ale nie wierzyłem, że da rady wybudować reaktor hozsposobem (rodzaj prowadzenia inwestycji w Związku Radzkieckim; więcej informacji w Internecie – przyp. tłum.) i nie przejawiałem właściwej mi uporczywości. Z radością wysłuchałem słów głównego inżyniera W.P. Akinfiewa, że odsuwa mnie od tej sprawy i żebym się więcej do niej nie mieszał. Po pewnym czasie Akinfiew powiedział mi z wyrzutami: ''Przestałeś się tym zajmować i sprawa się rypła.'' Wytworzyli tylko niektóre detale metaliczne. Odpowiedziałem: ''No, daj Bóg i naszemu cielęciu wilka zjeść.'' I trzeba było czekać z wszczynaniem budowy, dopóki nie obraliśmy twardej postawy. Dyrektor W.P. Briuchanow nie znał wtenczas się na reaktorach, nie wiedziałem jak z nim rozmawiać. Ta, i przez długi czas uważał reaktor za prostszego rodzaju turbinę. Były próby, a Briuchanow je podtrzymywał, aby operatora reaktora mianował Inżynierem Kierowania Reaktorem (co skutkowało obcięciem pensji), zostawiwszy dla operatora turbiny miano Starszego Inżyniera Kierowania Turbiną. Z tego powodu mówiłem z ironią, że turbina robi trzy tysiące obrotów na minutę, a reaktor jeden na dobę – razem z Ziemią. Operatorzy i reaktora, i turbin to żadni inżynierowie, w ich szeregach nie ma osób ze stopniem inżyniera. Wszak i u nas, byle jakąś mieć możliwość wypłacić za rzeczywiście skomplikowaną pracę, wymyślono wymuszone nazwy stanowisk. Jeżeli chodzi o stopnie, to tylko W.P. Briuchanow jest poprawnie nazwany – później zrozumiał, że reaktor to nie kawałek żelaza, nie odlew. Myślę, że wstrząsnęła nim zwłaszcza awaria na pierwszym bloku, gdzie uszkodzeniu uległ kanał technologiczny, co skutkowało wydostaniem się kaset paliwowych. Główny inżynier W.P. Akinfiew przed przyjściem na tę elektrownię pracował z podobnymi reaktorami na innych elektrowniach i wówczas znał reaktor RBMK najlepiej z całej ekipy w elektrowni. Dlaczego podejmował takie decyzje – ciężko powiedzieć. Może dlatego, że wcześniej pracował w Minsredmaszu, gdzie taka budowa może rzeczywiście mieć sens. Nikt niczego sam nie zrobi – trzeba się porozumiewać, uzgadniać. Możliwości ich starczyłyby i dla nich, i dla jeszcze innych. Jednak zakład, który wytwarzał sprzęt dla leningradzkiej elektrowni, powołał się na niby usterkę rentgenowskiej błony kontrolera. Z ministerstwa przyszedł „Ikarus” z dostawą błon, która razem z autobusem została podarowana zakładowi. A co Minenergo?  W 1981 roku elektrownia już produkowała miliardy kilowatów energii elektrycznej, a nawet porządnego mikrobusa nie posiadała. A spotykało się na kijowskim lotnisku, jugosłowiańskie autobusiki, które chrobotały, brzęczały i przewiewały przez nie wszystkie wiatry… Wstyd!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Było wiele pytań w sprawie rurociągów dotyczących niedostępnych elementów. Dziesięć razy trzeba pomyśleć, nim podpisze się jakąkolwiek zmianę czy rozwiązanie w projekcie. Z reguły jest to bardzo stresujące, albowiem oznacza, iż praca nie idzie tak jak by się wydawało. I tak to trwało, od jednego bloku do drugiego, przez dziesięć lat. Z ulgą odetchnąłem dopiero po czwartym energobloku, na którym był tylko jeden frasunek – eksploatacja. Oczywiście, że trwało w międzyczasie jeszcze budowanie piątego i szóstego bloku, ale one jeszcze nie dawały się we znaki. Wyruszyli tam do pracy operatywni przedstawiciele personelu, ale to nie budziło żadnego wewnętrznego niepokoju. Nie było szczególnego problemu z czterech zespołów skompletować jeden dodatkowy. Był przypływ świeżej krwi, ale z odpowiednim czasem na szkolenie. Po dłuższej obserwacji wnioskuję: po roku pracy nowy pracownik jest w stanie stawić czoła pełnym dla jego kwalifikacji wymaganiom, a po dwóch latach – można na nim pewnie polegać. Ile dalej trzeba trzymać człowieka na danej posadzie – zależy od osobnika. Niemało takich, którzy nie dążą do zmian i sumiennie wykonują swoja pracę. Wśród takich trzeba wyłapywać osoby wypalone, którzy stracili smykałkę i pasję pracy. To bardzo negatywne zjawisko.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spora część dąży do zmian. Zjawisko to jest zrozumiałe i godne podziwu. Zwykle to dobrzy pracownicy, stale poszerzający swoje horyzonty, porządni i pilni.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niebezpieczna kategoria – ludzi z dużą ambicją, niepodpartą odpowiednią wiedzą techniczną. Zdaje im się, że połknęli wszystkie rozumy, są na wszystko obrażeni i zaczynają działać pochopnie. Tacy są nieprzydatni dla kształtującej się pracy i dla każdej innej, z resztą, też.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Do 1986 roku i na trzecim, i na czwartym bloku wytworzył się szkielet społeczny, aczkolwiek dwadzieścia procent pracowników było na stanowisku dopiero rok, ponieważ zaczęło się przekazywanie ludzi na blok piąty. Z takim personelem można całkiem-całkiem pracować, ale… &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niechaj nie wyda się dziwnym, jeśli powiem, że praca zastępcy głównego inżyniera ds. eksploatacji, a także wcześniejsza – kierownika oddziału – związana jest z niemałymi kosztami sił fizycznych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Osprzętowanie w elektrowni jest rozrzucone po różnych jej częściach – nie można się rozglądać, trzeba chodzić. Pamiętam, że po uruchomieniu pierwszego bloku postanowiłem sobie codziennie robić ogląd całego sprzętu. Okazało się to, że mniej niż pół dnia nie da rady, aby to wykonać. Nie można tak wiele czasu przeznaczać na tę czynność – praca z ludźmi, użeranie się z dokumentami i jeszcze to – sporo. Pięknoduszny zamiar upadł z przymusu, czasem zdarzało się robić grafik całego obchodu. Cokolwiek się nie pojawiało, to trzeba było chodzić – gdzieś pojawił się przeciek, pompa wpadła w drgania, coś do remontu zabierają, przejść po miejscach pracy – porozmawiać z personelem…&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Podobała mi się ta praca, w całości mnie pochłonęła. Na uruchomieniach i zatrzymaniach reaktorów zawsze byłem obecny, od początku do końca – dzień, albo i więcej. Nawet pomimo tego praca przynosiła satysfakcję, jeżeli była dobrze wykonywana. Zdrowie pozwalało pracować nawet trzydzieści godzin pod rząd. Ja nie operator – im tak nie można.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Bez sztucznej skromności, powiem – znałem się na rzeczy. Reaktor i jego systemy znałem doskonale, nieraz przelazłem po wszystkich miejscach w elektrowni. Inne rzeczy – gorzej, ale też na wystarczającym poziomie. Pomocne było opanowanie jeszcze w instytucie ogólnotechniczne dyscypliny: matematyka, fizyka, mechanika, termodynamika, elektrotechnika. Na tej bazie można studiować większość mechanizmów i procesów, spotykanych w elektrowni. Dobrze znałem praktycznie wszystkie instrukcje, schematy. Oczywiście, nie wszystkich oddzielnych urządzeń – na to by życia nie starczyło. Tryb układania instrukcji i schematów był taki: podrzędne organizacji i, częściowo, sami pracownicy oddziałowi przynoszą mi projekt na brudno. Po przeglądzie i poprawkach dawałem czystopis do druku, a jeżeli poprawek było zbyt wiele, to wzywałem na ponowny przegląd. Następnie już czytanie w końcowej formie. Taka wiedza powinna być czytelnikowi wystarczająca… Zrozumiale, powstaje tu kwestia – o jakiej wiedzy się mówi, skoro reaktor nie spełniał norm bezpieczeństwa? O tym będzie później. Tak długo przecież chodziłem do pracy, będąc pewny w pewności sprzętu. Tu należy się rozpatrzyć dwa ciekawe fakty.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
G. Miedwiediew w książce „Czarnobylski zeszyt” pisze, że oni, wykwalifikowani eksploatatorzy (będę godził się z jego samonazewnictwem) zawsze odczuwali, jak cienka ściana oddziela ich od awarii. Nie mogę sobie wyobrazić, jak można codziennie chodzić z lękiem do pracy. To masochizm techniczny. Niemożliwe jest dla człowieka być w takim stresie kilka godzin codziennie. Normalna psychika czegoś takiego nie wytrzyma. To nie nerwy trzeba mieć – liny jakieś.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I drugi – niezawodność reaktora. Oto ten personel, uważając reaktor za niezawodny, zachowywał się z nim w nienależny sposób, jak z szafą, jak chciał, itd. Tak, uważaliśmy reaktor za niezawodny, AZ za niezawodną. Kto by inaczej miał odwagę stanąć do pracy? Ale to reaktor RBMK – skomplikowana aparatura, trudna w kierowaniu, żądająca maksymalnego skupienia i uwagi, jasne to wszystko było każdemu młodemu SIUR, nie wspominając o innych pracownikach inżynieryjno-technicznych. Na reaktorze RBMK jest wiele sytuacji, o których operator dowie się dopiero po awariach. Oczywiście, nie takich jak ta z 26 kwietnia, ale to nie awaria, to katastrofa. U żadnego z operatorów nie ma nawet myśli o swobodnym zachowaniu się z reaktorem. Dla ludzi, zwyczajnych mieszkańców Ziemi, awaria to to, co stało się 26 kwietnia. Dla operatora awaria – to zatrzymanie się reaktora, bez jakichkolwiek uszkodzeń rdzenia czy obrażeń systemów pobocznych. Jeśli wystąpi uszkodzenie z winy operatora (uściślam – takie uszkodzenie, które ludzi nie będzie obchodzić, nieciekawe) na długo przekreśla marzenia o karierze. Gazety drukują wiadomości: ileż to stało się wygaszeń reaktorów, wymuszonych obniżką mocy. Te wiadomości są ludziom absolutnie niepotrzebne. Jest zatrzymanie pracy reaktora przez automatyczną ochronę przy odchyleniu parametru albo zatrzymaniu się mechanizmu – to normalne zjawisko. Byle nie doszło do uszkodzeń. Dla elektrowni, oczywiście, negatywne – dostajemy stratę w produkcji mocy, z która nie wyrabiamy, a jeśli energia elektryczna jest produkowana w ilościach niedostatecznych dla konsumentów, to kara. Mieszkańcom Ziemi są potrzebne wiadomości tylko o awariach, które są zazwyczaj związane w tej czy innej mierze z destrukcją, opadem promieniotwórczym poza granice zakładu i z zanieczyszczeniami pomieszczeń nieprzygotowanych na to. I jest jeszcze kategoria awarii, która nie prowadzi do ani do wygaszenia, ani do obniżki mocy, a awariami najczęściej nie są nazywane, chociaż prowadzą do zanieczyszczeń terenu elektrowni, nie wspominając o jej zasięgu. Oto o czym ludność powinna być informowana. Cała inna wiedza nie leży w interesie ludności. Jeśli często jest zatrzymywana– zmianą kierownictwa, personelu, z przejściem do rąk prywatnych elektrownia zbankrutuje. Do porządku tak czy inaczej będzie doprowadzona.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wiele osób pyta się mnie: czy miałem jakieś poczucie zbliżającego się nieszczęścia? Nie, żadnego. I jeśli mówić szczerze, to nie wierzę w przeczucie, intuicję. Różne wypadki przytaczane w prasie, niczym bezsprzeczne, nie przekonują. Należy jeszcze znać tych ludzi. Jeśli człowiek zawsze tak czynił, jeżeli jest nieskory do wahań i wątpliwości, jeżeli raptem cofnął się od reguł, uratowawszy jego życie, wtedy zastanawiamy się nad tym ma sens. A jeśli siedzi w nim ogromny czerw wątpliwości i dziesiątki razy rozmyśla się –  gdzieś poszedł albo pojechał, czy warto o tym mówić? Pojechali z Komsomołu na Amurze I. Lewa oraz A. Wolodia na urlop. W Chabarowsku – przesiadka do samolotu do Moskwy. Mając czas poszli do restauracji. Wolodia napił się i strasznie się guzdrał, tak, że spóźnili się na samolot, który rozbił się obok Irkucka. Czy to przeczucie? Nie. Dla Wolodia to zwykły przypadek, ale gdyby Lewa też się napił, to można by się zastanawiać.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie, wszystko owej nocy czyniłem jak zawsze. Przyszedłem do gabinetu, zadzwoniłem do bloku zapoznać się z sytuacją. Najpierw przebrałem się i poszedłem, jak zawsze, na trzeci blok, dowiedzieć się jak sprawy, a następnie udałem się już na blok czwarty.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Czwarty energoblok przy uzgodnieniu z całym energosystemem 25 kwietnia musiał zostać zatrzymany na profilaktyczny remont. Do połowy dnia moc reaktora obniżona została do 50% i zatrzymano jeden z dwóch TG. Dalej dyspozytor energosystemu zabronił dalszej obniżki mocy do czasu przejścia wieczorowego maksimum zużycia energii elektrycznej i zdecydował kontynuować o godzinie 23 dnia 25 kwietnia. Nic zasługującego większej uwagi o tej porze się nie odbywało. Prowadzone były zwyczajne próby i testy po typowych programach.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zapewne, tylko jeden fakt może czynić ten dzień innym niż zwykle. Po zmniejszeniu mocy reaktora doszło do zatrucia ksenonowego i zmniejszenia OZR. Są też inne czynniki, wpływające na reaktywność, jednak zatrucie jest największym. Minimalny zapas reaktywności, odnotowany blokową EWM, wynosił 13,2 trzonu, czyli mniejszy niż dopuszczany przez Regulamin stan 15 trzonów. Wówczas nie brano pod uwagę błędu w obliczeniach, gdzie nie uwzględniono reaktywności rekompensowanej 12 trzonami AR, rozmieszczonymi w pośrednich położeniach do wysokości strefy aktywnej. Więc nie kryje 1,8 metra trzonu. Potem reaktor zaczął rozregulowywać się i o godzinie 23 zapas reaktywności składał się z 26 trzonów. Przy czy moc reaktora była w 50% i pracy jednego TG № 8, wszystkie parametry w normie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dla stworzenia jednolitego punktu postrzegania obrazu wydarzeń na bloku opiszę wydarzenia i rozmowy bez wyjaśnienia fizycznych procesów i motywów zachowań personelu. Opiszę otwarcie, szczerze, bez naciągania danych, wszystkie fakty są potwierdzone przez zapisane wyciągi systemów kontroli operatywne  i operatywne czasopisma grup pracowników naukowo-technicznego centrum Głównej komisji nadzoru energii atomowej ZSRR dla referatu komisji tej organizacji „O przyczynach i okolicznościach awarii na czwartym bloku Czarnobylskiej AES 26 kwietnia 1986 roku” z 01.01.91 roku. Te dane nie zaginęły, albowiem poruszały się w sferach technicznych sprawozdań, gdzie były najdokładniej badane i przechowywane. Pełna chronologia wydarzeń zamieszczona jest w Załączniku 2, tu – tylko główne wydarzenia.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
O godzinie 23:10 25 kwietnia po pozwoleniu wydanym przez kontrolera energosystemu, podjęto dalsze zmniejszanie mocy reaktora i, odpowiednio, energetycznego obciążenia pracującego TG.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
O północy z 25 na 26 kwietnia przy przy przekazaniu zmiany stan jest następujący: moc reaktora – 750 MW, OZR – 24 pręty, wszystkie parametry – zgodne z Regulaminem. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przed przekazaniem zmiany rozmawiałem z kierownikiem zmiany bloku Ju. Tregubem, który schodził razem z ekipą, a na jego miejsce wchodził personel pod przewodnictwem A. Akimowa. Pozostało tylko zmierzyć drgania turbiny na wolnych obrotach (bez obciążenia przez generator) i przeprowadzić eksperyment „Program bezwładności TG”. Nie było żadnych problemów. Parametr drgań realizuje się przy każdym zatrzymaniu na remont, to jasne. I po przygotowaniu do ostatniego eksperymentu A. Akimow nie ma pytań, on się jeszcze na 25 kwietnia zapatrywał.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po tym wyszedłem z BSzczU-4, aby obejrzeć przed zatrzymaniem interesujące mnie miejsca. Tak zawsze czyniłem. Po pierwsze, defekty „chętniej” ujawniają się przy zmianie systemu, po drugie, przy obniżce mocy można baczniej obejrzeć pomieszczenia z podniesionym czynnikiem niebezpiecznego promieniowania. Nie, zwyczajnie, nie bałem się pracować w strefie z promieniowaniem radiacyjnym, ale jakoś specjalnie nie chciałem otrzymać niepotrzebnej dawki. No, i nie można było dostać rocznej dawki przed końcem roku – inaczej usuwają z pracy w strefie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wróciłem na mostek 35 minut po północy. Czas ustaliłem później, po wykresie zapisu mocy reaktora. Od drzwi zobaczyłem, że nad panelem kontrolnym oprócz operatora L. Toptunowa, jest także kierownik zmiany A. Akimow i dwoje aplikantów W. Proskuriakow oraz A. Kudriawciew. Nie pamiętam tak dokładnie, może ktoś jeszcze. Podszedłem, spojrzałem na przyrządy. Moc reaktora – 50-70 MW. Akimow powiedział, że przy przejściu z LAR na regulator z bocznymi celami jonizacyjnymi (AR) nastąpił upadek mocy do 30 MW. Teraz podnoszą moc. Mnie to zbytnio nie podekscytowało i nie wzbudziło mojej czujności. Całkiem nie wychylające się z szeregu zjawisku. Narządziłem dalsze podnoszenie mocy odszedłem od pilota. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z G.P. Mietlienko omawialiśmy przygotowania do „Programu bezwładności TG” i oznaczyliśmy w jego egzemplarzu programu wykonanie pracy. Wtedy podszedł A. Akimow i zaproponował nie podnosić mocy do 700 MW, jak napisano w Programie, a ograniczyć się do 200 MW. Zgodziłem się z nim. Zastępca kierownika oddziału turbinowego R. Dawlietbaiew powiedział, że spada ciśnienie pierwszego rzędu i być może, zdarzy się zatrzymać turbinę. Powiedziałem mu, że moc już się podnosi i ciśnienie powinno się ustabilizować. Jeszcze Dawlietbaiew przekazał prośbę Charkowskiego turbinowego zakładu A.F. Kabanowa, by zmierzyć drgania turbiny na wolnych obrotach, czyli przy obniżce obrotów turbiny bez obciążenia jej generatorem. Ale to opóźniałoby pracę, więc odmówiłem mu, powiedziawszy: ''Przy eksperymencie reaktor wyciszamy, spróbuj złapać obroty'' (w przybliżeniu od 2000 obrotów/min.), ''pary jeszcze powinno starczyć.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
O godzinie 00:43 zablokowano sygnał AZ reaktora po zamknięciu dwóch TG. Chwilę przed tym jest przetłumaczona AZ na zatrzymane turbiny po obniżce ciśnienia w separatorze pary (w pierwszym rzędzie) z 55 do 50 atmosfer. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
O godzinie 1:03 i 1:07 uruchomiono siódmą i ósmą GCN, zgodnie z Programem. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
A. Akimow zameldował gotowość do przeprowadzenia ostatniego eksperymentu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zebrałem wszystkich uczestników, z wyjątkiem operatora, który cały czas musi być przy panelu, dla pouczenia co czynić w razie usterki i wyznaczyłem poszczególne stanowiska. Wszyscy rozeszli się na swoje miejsca. Oprócz wacht operatorów o tej porze w centrali sterowania byli wciągnięci w eksperyment pracownicy elektrycznego oddziału (Suriadnyj, Lysiuk, Orlienko), nadzorca przedsięwzięcia (Palamarczuk), zastępca kierownika oddziału turbinowego Dawlietbaiew, oraz pozostali z wcześniejszej zmiany, Ju. Tregub i S. Gazin, którzy pozostali by popatrzyć, kierownik zmiany oddziału reaktora W. Perewaczenko i aplikanci Proskuriakow oraz Kudriawciew.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Stan bloku: moc reaktora – 200 MW, z TG № 8 idzie zasilanie na na pompy i cztery z ośmiu GCN. Wszystkie inne mechanizmy elektryczne zasilane są z rezerw. Wszystkie parametry w normie. System kontroli obiektywnie zarejestrował nieobecność zapobiegawczych sygnałów reaktora i systemów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dla rejestracji niektórych parametrów elektrycznych w pomieszczeniu na zewnątrz BSzczU był ustalony oscylograf, włączany przez telefoniczny rozkaz – „Oscylograf włącz”. W instruktażu było ustalone, że po tym rozkazie również odcinana jest para na turbiny; &lt;br /&gt;
naciska się przycisk MPA – niestandardowy przycisk dla włączenia bloku w stan samoobiegowego wzbudzenia generatora; naciska się przycisk AZ-5 dla zagłuszenia reaktora.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Rozkaz Toptunowowi wydaje Akimow. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
…O godzinie 1:23 i 4 sekundy zarejestrował zamknięcie zaworów blokujących, które kierowały parę na turbinę. Zaczął się eksperyment samoobrotów TG. Wraz z obniżką ilości obrotów generatora po wstrzymaniu dopływu pary do turbin, zaniżyła się wydajność prądu elektrycznego i zużycie pomp cyrkulacyjnych, posilających się z mocy generatora. Wydatek mocy innej czwórki pomp trochę rośnie, ale ogólne zużycie termoprzekaźnika za 40 sekund spada do 10-15%. Przy czym w reaktorze panuje dodatnia reaktywność, AR stabilnie tłumi moc reaktora, rekompensując reaktywność. Do 1:23 i 40 sekund nie ma wyraźnych zmian parametrów na bloku. Na BSzczU cicho, nikt nic nie mówił.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Usłyszawszy jakąś rozmowę odwróciłem się i zobaczyłem, że operator L. Toptunow rozmawia z A. Akimowem. Znajdowałem się od nich z dziesięć metrów i nie słyszałem co mówił Toptunow. Sasza Akimow nakazał wyciszyć reaktor i pokazał palcem – wciśnij przycisk. Sam znów odwróciłem się do panelu bezpieczeństwa, z którego to obserwowałem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W ich zachowaniu nie było nic nurtującego, spokojna rozmowa, spokojny rozkaz. Potwierdzi to G.P. Mietlienko i wchodzący wtedy do centralki szef energobloku A. Kuchar.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dlaczego Akimow wstrzymał się z rozkazem głuszenia reaktora, teraz nie wyjaśni. W pierwszych dniach po awarii myśmy się jeszcze komunikowali, dopóki nie porozrzucano nas po różnych salach szpitalnych, i można było spytać, ale wcześniej, a tym bardziej teraz nie uważam tej sprawy za priorytetową – eksplozja byłaby o 36 sekund wcześniejsza, tylko taka różnica.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
O 1:23 i 40 sekund zarejestrowano naciśnięcie przycisku AZ ku wyciszeniu reaktora, po zakończonej pracy. Ten przycisk wykorzystuje się zarówno w sytuacjach awaryjnych, jak i normalnych. Trzony SUZ weszły w ilości 187 prętów do aktywnej strefy i według wszystkich kanonów powinny zahamować reakcję łańcuchową.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale o 1:23 i 43 sekundy zarejestrowano pojawienie się awaryjnego sygnału przekroczenia mocy i zmniejszenia okresu wzrostu mocy (ogromna szybkość zwiększania mocy). Po tych alarmach trzony AZ muszą powędrować do aktywnej strefy, tyle że, one już były w drodze od czasu naciśnięcia procedury AZ-5. Pojawiły się inne sygnały alarmowe: wzrost mocy, wzrost ciśnienia w pierwszym rzędzie…&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
O godzinie 1:23 i 47 sekund – eksplozja, która zatrzęsła całą budowlą i przez 1-2 sekundy, według mojego subiektywnego odczucia, nastąpiła druga eksplozja.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Trzony AZ zatrzymały się, nie przebyły nawet połowy drogi. Koniec.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W takiej oto w gruncie rzeczy powszedniej sytuacji reaktor RBMK-1000 czwartego bloku CzAES został wysadzony w powietrze przyciskiem ochrony awaryjnej (!?!?). Dalej postaram się pokazać, że dla eksplozji owego reaktora nie trzeba było żadnych szczególnych warunków. Jeżeli mi się nie uda, to całe to opowiadania można między bajki włożyć. Innych przyczyn nie ma, teraz kulisy tego wydarzenia są znane.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Później trzeba było składać zeznania o wydarzeniach na czwartym bloku z 26 kwietnia 1986 roku, w końcu byliśmy świadkami, trzeba było wyjaśniać: co działo się z reaktorem i jego systemami, dlaczego personel działał tak, a nie inaczej, co czynił i dlaczego. Przecież zgodnie z oficjalną wersją personel jest sprawcą awarii. Reaktor, nawet jeżeli nie był idealny, to na pewno był dobry. Tylko przy niewiarygodnym nałożeniu się na siebie zakłóceń porządku i reguł eksploatacji mógł eksplodować. Cały zespół autorów, dwudziestu mężczyzn o różnych stopniach naukowych, w czasopiśmie „Atomowa energia” twierdzi, że personel dopuścił się nieopisanych naruszeń. Sporo nagadali się nasi uczeni (dlaczego uczeni?), a personelowi nie dano dojść do słowa. Nawet do tej pory, pięć lat po katastrofie, żaden centralny urząd drukarski – ani gazeta, ani czasopismo – nie wydrukowały żadnej mojej wypowiedzi. Odpisywałem tylko w odpowiedzi na kolejne wymysły i oszczerstwa. Wskazywałem, gdzie można doszukać się źródeł, bo wiedziałem, że zekowi wierzyć „nie można”. Zwłaszcza doktorzy, nie mówiąc o akademikach – w nich przecież ma się pełne zaufanie. Tylko kijowska gazeta „Komsomolski sztandar” nadrukowała, dziękuję im. Coś bardzo jednostronna u nas jawność.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zmianie, która podjęła się czwartego bloku nocy 26 kwietnia, nie wiele pozostało do roboty. Trzeba było zdjąć obciążenie elektryczne z generatora, zmierzyć drgania turbiny na wolnych obrotach i przeprowadzić eksperyment „Programu bezwładności TG.” Kiedy poszedłem z BSzczU, zapewne, z powodu jakiś wytycznych kierowników zmian CzAES B. Rogożkinowa i A. Akimowa zamiast tego, by prosto zdjąć obciążenie z generatora, zostawiwszy moc na poziomie 420 MW, oni zaczęli ja obniżać. Reaktorem wtedy kierował LAR, sterując moc przez wewnątrzstrefowe czujniki. To znacznie ułatwiało pracę operatorowi, na stosunkowo dużej mocy, ale na mniejszej mocy pracował niezadowalająco. Dlatego zdecydowano przejść na AR z czterema jonizującymi aparatami poza strefą. Dwa równorzędne regulujące i jeden mały o niskiej mocy. Przy przejściu z LAR na AR, akcja nie powiodła się i moc spadła do 30 MW.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu personelowi przypisuje się dwa wykroczenia: &lt;br /&gt;
* podniesienie potęgi po niepowodzeniu; &lt;br /&gt;
* podniesienie mocy do 200 MW.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sam w sobie spadek mocy reaktora z tego czy innego powodu – zjawisko nierzadkie, nie ma, zapewne, operatora, u którego by to się nie zdarzyło. Czy można było po tym podnosić moc, w czym operatorzy muszą być biegli? Świadczą o tym przyrządy i Regulamin. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Według Regulaminu spadek mocy reaktora, spowodowany ręcznie lub automatycznie, do jakiegokolwiek poziomu nie niższego niż minimalnie kontrolowany, uchodzi za cząstkową obniżkę mocy. Minimalnie kontrolowana moc to poziom, przy którym ustaje praca automatu kierującego małą mocą, czyli rzędu 8-100 MW. Nie wdając się w techniczne szczegóły, powołam się na notatkę w czasopiśmie napisaną przez operatora reaktora, który zmniejszył ustawienia zadatku poziomu mocy, zrównoważając regulację i ustawiając automat. Nie ma postaw nie ufać autorowi tego zapiskowi, ponieważ on w momencie tworzenia notatki mógł nie wiedzieć, że musi kłamać. W ogóle, nie ma podstaw sądzić, że to kłamstwo.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jeszcze jedno. W Regulaminie zapisano, że przy obniżce OZR na mniej niż 15 trzonów RR reaktora powinna być wyłączona. Jaki był zapas reaktywności przy mocy wynoszącej 30 MW – nie da rady zmierzyć, urządzenie czegoś takiego nie wyłapuje. Można było zrobić tylko szacunkowy rachunek na podstawie znanych wtenczas informacji o zatruciu i współczynniku reaktywności mocy. Według tego zapas reaktywności przy depresji mocy był większy niż 15 prętów. A więc, zaburzenia personel się nie dopuścił. Dokładniej o tym ciut później.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zatrzymajmy się na kwestii poziomu mocy. Od razu należy zaznaczyć, że w żadnym eksploatacyjnym, projekcyjnym czy normatywnym dokumencie o reaktorze RBMK, nie ma nawet aluzji o jakieś granicy poziomu mocy. Ale to nie chodzi o właściwości reaktora. W Regulaminie wyraźnie jest napisane, że długotrwałość pracy na minimalnym kontrolowanym poziomie mocy nie ogranicza się. Tenże Regulamin daje rekomendację oddziałowi energobloku by obniżyć moc reaktora do wielkości, która zapewni energię dla własnych potrzeb, czyli mechanizmów elektrowni, a to 200 MW, za które nas obwiniają.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dlatego nie ma żadnych nieprawidłowości ze strony personelu, pod postacią zaniżonej mocy. Kto by miał tak zadysponować i dlaczego? Zgodziłem się z propozycją Saszy Akimowa, ustalić moc na poziomie 200 MW po niepowodzeniu z bardzo prostego powodu: do 700 MW, według Regulaminu, należy podnosić przez nie mniej niż pół godziny, czyli u nas praca przedłużona o pół godziny, a moc taka nie jest szczególnie potrzebna ani dla zbadania drgań turbiny, ani dla eksperymentu zgodnego z „Programem bezwładności TG” – po ostatniej w ogóle reaktor wyłączał się. W pracy przy łodziach podwodnych stale należało badać rozruchowe położenie podzespołów działających na reaktywność, jeśli po wejściu AZ minął pewien czas. Należało brać pod uwagę także zatrucie ksenonowe, i inne efekty działające na reaktywność. W reaktorze RBMK z taką precyzją rachunki są niemożliwe, ale oszacować całkiem praktycznie da rady. Według moich szacunków, do połowy drugiej obniżki mocy, zapas reaktywności wynosił nie mniej niż 15 trzonów. Teraz też jestem tego pewny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie oczekiwałem złośliwości ze strony elektrowniczego Oddziału Bezpieczeństwa Jądrowego. Według wymagań normatywnych dokumentów, Oddział okresowo przeprowadzał kontrole właściwości reaktora, między innymi takich parametrów jak parowy efekt reaktywności (α&amp;lt;sub&amp;gt;φ&amp;lt;/sub&amp;gt;) i szybki współczynnik reaktywności mocy (α&amp;lt;sub&amp;gt;N&amp;lt;/sub&amp;gt;). Oto ostatnie dane, otrzymane przez personel dla kierownictwa w pracy:&amp;lt;br /&amp;gt;&lt;br /&gt;
α&amp;lt;sub&amp;gt;φ&amp;lt;/sub&amp;gt;=+1,29 β oraz α&amp;lt;sub&amp;gt;N&amp;lt;/sub&amp;gt; = -1,7 • 10&amp;lt;sup&amp;gt;-4&amp;lt;/sup&amp;gt; β/MW.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po awarii zmierzono parowy efekt na pozostałych blokach elektrowni, który wynosił nie za dużo, nie za mało, αφ=+5 β. Różnica jest duża, ale wynika z działania na zapas reaktywności przez wpuszczenie siódmego i ósmego GCN i zwiększenie wydatku płynnej wody w stronę zmniejszenia zapasu reaktywności.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Współczynnik reaktywności mocy Oddział Bezpieczeństwa Jądrowego mierzył na mocy bliskiej do normalnej, być może taki i był, jaki nam podawali. A jak wyjaśnili po awarii, na niskich poziomach mocy (do dziś Naukowy Kierownik i Konstruktor Główny oraz ich organizacje nie uściśliły tego ile dokładnie), reaktor miał nie ujemny, a dodatni współczynnik mocy, przy czym do tej pory nie wiadomo, o jakiej konkretnej wielkości. Przy obniżce mocy otrzymywało się nie zwiększenie zapasu reaktywności na jeden pręt, a nie wiadomo jaką ilość. Dlatego prognoza zmiany zapasu okazała się błędna.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Twórcom reaktora był jasny negatywny wpływ dużego parowego efektu reaktywności, na dynamiczne właściwości reaktora. Oto co pisze w zeznaniach dla śledczych Główny Konstruktor RBMK, akademik N.A. Dollieżał: &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
:''„Na samym początku budowy kanałowych, urano-grafitowych reaktorów, posiadając wiedzę odpowiednią na te czasy (środki lat 60-tych), aktywna strefa została zaprojektowana z użyciem wzbogaconego w 1,8% U-235. Przez niektórych termin eksploatacji pierwszego reaktora stał się tak ważnym wydarzeniem, że celowo podnieśli stopień wzbogacenia uranu do 2%, aby, w szczególnym stopniu, obniżyć negatywny wpływ parowego współczynnika reaktywności. Późniejsze studium wszystkich parametrów, cechujących pracę reaktora, doprowadziło do wniosku, o celowe podwyżki wzbogacenia do 2,4%. Taka grudy z elementami aktywnymi są tworzone i zadowalająco przechodzą próby kontrolne w pracujących kanałach reaktorów AES.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
:''Przy tworzeniu strefy aktywnej na bazie takiej ilości wzbogaconego uranu, według wszystkich danych, wspływ parowego współczynnika reaktywności stabilizuje się. Do poziomu poniżej 2%, ten wpływ reguluje się instalowaniem w kanałach specjalnych pochłaniaczy (DP), które z najwyższą przemyślnością planuje się w eksploatacyjnych projektach. Odstępstwo od zasad nim towarzyszących jest niedopuszczalne, ponieważ reaktor staje się „'''n i e k o n t r o l o w a n y'''” (rozkład mój – A.D).''”&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sądzę, iż słowo „niekontrolowany” wyjaśnienia nie potrzebuje. Reaktor RBMK-1000 posiadał 2% wzbogacenia uranem, nie miał DP w strefie aktywnej, według wytycznych Głównego Konstruktora – nieokiełznany. Wskazań w instrukcjach nie było i pojawić się nie miały skąd – w materiałach projektowych Głównego Konstruktora nie było niepokojących przesłanek. W jego sprawozdaniu dla NIKIET, zatytułowanym „Jądrowe bezpieczeństwo reaktorów RBMK drugiego pokolenia. Parametry fizyki neutronów”, parowy współczynnik reaktywności nie przekracza 1 β, współczynnik reaktywności mocy jest ujemny. No dobrze, to obliczenia. Życie przynosi korekty. Aktywne strefy reaktorów RBMK kształtowały się według wytycznych rachunków NIKIET. Nie wskazano tego w projektowych materiałach. Wiedzieli, że w takim wypadku są niekontrolowani, więc działali.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Właśnie dodatni współczynnik (efekt) parowy, niedopuszczalnie wielkiej miary, był przyczyną dodatniego współczynnika reaktywności mocy. Czym to groziło?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W reaktorze krytycznym moc utrzymuje się na stałym poziomie. Jeśli w takim stanie jakimś sposobem (zmiana zużycia termoprzekaźnika, wody zasilającej, ciśnienia pierwszego rzędu) zostaje wzniesiona dodatnia reaktywność, to moc zacznie rosnąć. W poprawnie skonstruowanym reaktorze wraz ze wzrostem mocy, wzrasta rekompensująca ujemna reaktywność, czyli moc znów ustali się na nowym, wyższym, ale stałym poziomie. Na tym polega zasada samoregulacji. W reaktorze RBMK, nawet na małej mocy, współczynnik reaktywności mocy okazał się dodatni. W takim wypadku, zwiększenie moc reaktora zacznie zwiększać dodatkową dodatnią reaktywność, co spowoduje szybkość wzrostu mocy, która pociągnie za sobą jeszcze większą reaktywność, tworząc rozkręcający się jeszcze szybciej reaktor. Nie można powiedzieć, że taki reaktor jest niezdolny do pracy. Automat kierujący albo sam operator mogą powstrzymać taką reakcję łańcuchową. Ale do określonego czasu. Osiągnąwszy nadmierna reaktywność (3 (przez neutrony opóźnione)) reaktor zaczyna nakręcać się już na neutronach prędkich z bardzo dużą szybkością i nic już nie może uratować go od samozniszczenia. Nie bierzemy pod uwagę egzotycznych reaktorów prototypowych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Normatywny dokument OPB-82 nadaje taki obowiązek projektowania reaktorów:&lt;br /&gt;
:ARTYKUŁ 2.2.2 OPB ''„Z reguły, szybki współczynnik reaktywności mocy nie powinien być dodatni przy jakichkolwiek warunkach pracy AES i jakichkolwiek stanach systemu odprowadzania ciepła z termoprzekaźnika pierwszego rzędu. Jeśli szybko współczynnik reaktywności mocy jest dodatni w jakichkolwiek warunkach eksploatacji, w projekcie taka sytuacja powinna być zabezpieczona i  posiadająca gwarant bezpieczeństwa dla reaktora w sytuacji stacjonarnej, niestacjonarnej i awaryjnej.”''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
No, przy AZ, która posiada prędkość 18-20 sekund (mistrz powolności) nawet przy normalnej konstrukcji trzonów SUZ mówić o zagwarantowanym bezpieczeństwie przy dodatniej reaktywności nie można. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Analogiczne są  i wymagania innego dokumentu, mianowicie PBJa-04-74.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wnioskując. Mamy świadectwo Głównego Konstruktora o wiedzy, jak projektować bezpieczny reaktor. Mamy wymagania normatywnych dokumentów. A zrobiono na odwrót.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
O godzinie 00:43, wkrótce po spadku mocy reaktora kierownik zmiany bloku A. Akimow ustalił czynniki defensywne reaktora po zatrzymaniu dwóch TG. Bardzo łatwo odpowiedzieć, że według Regulaminu powyższy stan obrony reaktora jest odpowiedni dla mocy 100 MW po elektryczności, a my mieliśmy 40 MW. Więc żadnego wykroczenia nie ma. Ale rozeszło się to na areny międzynarodowe i dlatego należy całość klarownie wyjaśnić. Stany obrony przy zatrzymaniach się bloku najczęściej pochodziły z wcześniejszego ustawienia, ponieważ praca reaktora była była potrzebna jeszcze przez pewien czas na wykonanie jakichkolwiek sprawdzeń. Przywołując Regulamin, tam też jest napisane, że gdy potęga reaktora zniżkuje przejściem na AR, to następnie przyciskiem AZ-5 inicjuje się działanie AZ ku wyciszeniu reaktora. To zwyczajne i, przeważnie, normalne zjawisko. Mianowicie, tej obrony zapobiega także wzrostowi ciśnienia w pierwszym rzędzie, ponieważ przy zatrzymaniu się turbin, przestają one zużywać parę. A na niskiej mocy turbiny zużywają pary mało, przy zatrzymywaniu się reaktora, nie ma takowego zastosowania.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ile ja już pisałem o tej obronnej procedurze – straciłem rachubę. Niech będzie ona głoszona zgodnie z faktami. Lecz pojawia się pytanie: czy gdyby procedura obronna nie była wprowadzona, to czy awarii udałoby się uniknąć? Także nie, żadnego znaczenia ona nie miała.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po areszcie, kiedy usłyszałem akt oskarżenia, wskazałem śledczemu fragment dokumentu, który udowadniał, że nie było naruszenia procedury tłumiącej. Zdawało by się, że sprawa jest rozwiązana. Tak się tylko zdawało. Doszło i do oskarżenia, i do skazania. Sędzia stawia pytanie świadkowi M. Jelipinowi, który był na zmianie 26 kwietnia, kto, jego zdaniem, wyciągnął pręty obronne. Ten zaś odpowiada, że według dyscypliny pracy, jego zdaniem, Akimow sam tego zrobić nie mógł. Brnąc dalej, oczywiście – Diatłow. Wtedy sędzia bardzo się ożywił, nawet przypomniał protokolantowi: „Obowiązkowo zapisz.” Trochę to dziwne, ponieważ wszystko nagrywało się. Ciekawe zjawisko, jak człowiek zaczyna tańcować przed sędzią, prokuratorem, śledczym. Zwłaszcza przed śledczym, w sądzie są ludzie, a tam – sam na sam. Nie wierzcie opowieściom tych, którzy opowiadają, jak to będąc w rozmowie ze śledczym odważnie odpowiadali i odpierali zarzuty. Nawet świadkowie, którym nic nie grozi, często nie zachowują godności. Obudzić M. Jelipina w środku nocy i zadać to samo pytanie. Odpowiedź będzie inna: obrona została ustawione zgodnie z Regulaminem, a w tym wypadku kierownik zmiany bloku ma prawo nie pytać się nikogo o pozwolenie zmiany stanu. Niech nie wyda się dziwnym, ale wypowiedź Jelipina, tak jak i u innych, wywołała u mnie zadowolenie, bo chociaż oskarża mnie – to okazuje się, że dobrze szkoliłem personel.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wtedy A. Akimow mnie nie zapytał, a gdyby spytał, to bym zdecydował. To trzeba było zrobić. Po spadku mocy o 00:28 zaczęło obniżać się ciśnienie w pierwszym rzędzie. Dla zapobiegnięcia głębokiej zapaści ciśnienia, być może trzeba było odciąć parę od turbin, ale wówczas pracowała już AZ.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z tego powodu były zmienione parametry obrony na zatrzymanie się turbiny po spadku ciśnienia w separatorze pary (w pierwszym rzędzie) z 55 atmosfer do 50. Tę zmianę personel wybrał według własnego uznania, specjalne klucze się wywieszone na panelu sterującym. Obrony nikt nie wyprowadzał. Według biegłych sądowych i innych do transformowało się do blokowania AZ przez ciśnienie w pierwszym rzędzie. Jest i taka obrona – działa tłumiąco na reaktor, ale podnosi ciśnienie. Ale ona cały czas już tam była.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jak widać, działania personelu z „przestępczym” postępowaniem z AZ, a tak naprawdę zgodnym z eksploatacyjną dokumentacją, było wywołane techniczną koniecznością i nie miało żadnego związku z awarią.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jeszcze jedna AZ reaktora, o którą nas obwiniają – obniżka poziomu termoprzekaźnika w separatorze pary na -600 mm. Ta procedura działała w ten sposób: na wysokim poziomie mocy reaktora, powyżej 60% nominalnego, przy obniżce poziomu automatycznie zmniejszała moc reaktora do 60%. Przy małych potęgach tłumiła całkowicie reaktor. Aby to zainicjować potrzebny jest klucz, który posiada pracujący personel. Po obniżce mocy nie zrobiliśmy tego. Dlaczego nie jest to regulowane automatycznie? Architekt wyjaśnia to tak: przy spadkach mocy, na przykład, po AZ-5, do 50%, w separatorach pary zwykle poziom spada poniżej 600 mm i przy automatycznym ustawieniu tego, w takim wypadku następowało by pełne wygaszenie reaktora. Dlatego należy poczekać, aż parametry ustabilizują się i po tym przełączyć. Na małej mocy regulatory wody ciekłej pracują niezbyt dobrze, i 26 kwietnia po spadku mocy reaktora, poziom w separatorach pary zmalał do -600 mm. Czy gdyby wtedy pracowała odpowiednia procedura, doszłoby do wygaszenia reaktora – nie wiadomo, ciężko powiedzieć, kiedy procedura obronna staje się niezdolna do pracy. Nawet, gdyby było wiadome, gdyby AZ po poziomie była przełączona, to przy jego odchyleniu o 1:00 reaktor byłby pomyślnie wygaszony – nic o tym nie było mówione. Pracę reaktora nie można planować na „jeśli”. Przecież nie przez odchylenia parametru powstała awaria, a z zupełnie innych przyczyn. Ale obrona została wprowadzona po spadku termoprzekaźnika w separatorze pary do poziomu -1100 mm.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Więc, awaryjne procedury obronne dla reaktora w takim stanie były w pełni uzasadnione, oprócz procedury dla poziomu w separatorze pary, który wynosił -1100 mm, a nie -600 mm.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
''O wyłączeniu wszystkich ośmiu GCN''. Nie było żadnych ograniczeń po maksimum zużywania termoprzekaźnika, było tylko ograniczenie zużycia na jeden kanał paliwowy w warunkach pracy kasety paliwowej. Jednak do przekroczenia tego parametry było daleko. Cała ideologia Regulaminu i innych dokumentów ma służyć zabezpieczeniu, przed nadmiernym wydatkiem termoprzekaźnika, żeby nie doprowadzić do kryzysowego wrzenia. Tak, włącza się zwykle sześć pomp (po trzy na stronę) i to całkiem zrozumiałe – po co pozbywać się rezerwy, skoro trzy w zupełności wystarczą. Technicznych przesłanek, o słuszności włączenia czterech pomp na stronę nie widać. A w instrukcji eksploatacji reaktora, zgodnej ze standardami organizacji naukowych, są takie zasady: przy zmianie jednej pompy na inną najpierw włącza się cztery i po tym zatrzymuje się wyżej wymienioną, również przy sprawdzaniu odremontowanej pompy. Żadnego amatorstwa nie było, wszystko ma poparcie w dokumentach. Włączenie pomp jest zgodne z „Programem bezwładności TG”, byle by przy tym stanie generatora, po zatrzymaniu się czwórki pomp w pracy pozostała inna czwórka, zasilana się z sieci rezerwowej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dziwnym przypadkiem oto już pięć lat w dokumentach panuje stwierdzenie, że przy dużym wydatku termoprzekaźnika jego temperatura przy wejściu do strefy aktywnej, jest bliska temperaturze wrzenia wody. I na tej podstawie wyciąga się wnioski o termohydraulicznej dynamice aktywnej strefy. Niesłusznie. Twierdzenie jest prawdziwe tylko przy wejściu w GCN, a nie w aktywną strefę. Jeżeli była niestabilność, to to właściwość właściwa dla strefy aktywnej, a nie wina personelu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po spadku mocy reaktora, ze względu na obniżkę oparu hydraulicznego zużycie w dwóch, trzech GCN wzrósł i przekroczył przy dozwolony parametr przy takiej ilości wody w stanie ciekłym. Mogło to uszkodzić te pompy, co skutkowało by rozerwaniem obiegu termoprzekaźnika. Jeden z operatorów, B. Stolarczyk zajął się regulacją poziomu w separatorze pary i nie zdążył ustalić potrzebnego budżetu dla GCN. Przy zerwaniu nawet trzech z ośmiu owych pomp, pozostałoby wystarczająco, aby zapewnić prawidłowe działanie obiegu i chłodzenie przy takowej mocy. Przez system kontroli jest zarejestrowana sprawna praca wszystkich pomp bez oznak uszkodzenia i kawitacji, do czasu eksplozji reaktora. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wieloliczebna komisja sędziów twierdzi, że personel dla wykonania zadania, szedł na skróty łamiąc Regulamin i zasady eksploatacji. Opowiedział wszystko, o tym jak było na BSzczuU dnia 26 kwietnia 1986 roku. Jak widzimy, praktycznie żadnych nieprawidłowości nie było. Awaryjne procedury obronne, na przekór wielu doniesieniom – odpowiednia dla takiego systemu w takich warunkach; parametry również. I nie ma powodów do niewypełnienia zadania. Zwyczajnie, pragnęliśmy wykonać swoją pracę – mimo, iż to zwykłe zadanie, a nie rozwiązywanie pionierskich kwestii. Z drugiej strony, też jakoś wykonywać tego z poświęceniem niczym życia, nikt nie zamierzał. Personelowi to w ogóle było obojętne – żadnego wynagrodzenia za za wykonanie, jakby tego nie zrobili to też by nie ponieśli konsekwencji. We mnie też nie dało się ujrzeć lekkomyślności. Warto mieć też na uwadze, że na czwartym bloku także przy zatrzymaniu reaktora do remontu, wykonano pierwszy punkt Programu na mocy, bliskiej nominalnej. Gdy pojawiał się jakiś błąd, od razu był korygowany. Ale w tym wypadku według Regulaminu przed wejściem mechanizmu obronnego zapas reaktywności powinien wynosić 50 prętów – wówczas można znów podnosić moc.  Takiego zapasu nie posiadaliśmy, i, nie zastanawiając się, zadysponowałem ochładzanie reaktora. Tu wszystko było wykonane poprawnie, prócz jednego. No, zrobiony by czterdzieści dni po remoncie. Nie woła to o pomstę do nieba. Naturalnie, czyny nasze należy oceniać nie z perspektywy dzisiejszych czasów, a z ówczesnych warunków, wiedzy o reaktorach, dokumentacji i dostępnych wtedy personelowi źródeł. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jak już wyżej wspominałem, przed początkiem eksperymentu „Program bezwładności TG” parametry reaktora były normalne, na bloku nie ma ani ostrzegawczych, ani awaryjnych alarmów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jednak bomba było w pełni gotowa już wtedy. Gdybyśmy z jakiegoś powodu zrezygnowali z przeprowadzenia ostatniego etapu testu i, jak poleca Regulamin, uruchomili AZ-5 by wygasić reaktor, to otrzymalibyśmy taką samą eksplozję. Analogicznie by było przy każdym innym AZ. Zastanowienie się nad przeszłością doprowadza do konkluzji, że reaktor RBMK nieraz był we wzbudzonym stanie i tylko cienka granica dzieliła nas od eksplozji już wcześniej. Okazuje się, że RBMK, jak i wszystkie reaktory, jest niebezpieczny przy dużym zapasie reaktywności, ale w odróżnieniu od wszystkich innych jest on także niebezpieczny przy małym zapasie reaktywności. W literaturze jądrowej nie ma o tym ani słowa. A ojcowie RBMK, tworząc technologiczny zakalec, ze wstydu, albo przez skromność, przemilczeli ten fakt. Z resztą, gdyby o tym zawiadomili, to nie wiem, czy te reaktory w ogóle były dopuszczone do użytku.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Główny Konstruktor akademik  N.A. Dollieżał w już przywoływanym dokumencie pisze: &lt;br /&gt;
:„Stałe pragnienie twórców reaktorów jądrowych jest troska o ich jak najwyższą ekonomiczność, a w szczególności, z koniecznością wyrzucanie dużej ilości z aktywnej strefy szkodliwych i pasożytniczych neutronów. Jednym z takich elementów, które mogą to sprawić, jest woda, która znajdująca  się w dolnych częściach kanału, może sprawować zadanie zamiast trzonów regulacji mocy, gdy reaktor przybiera mocy. By uniknąć tego zjawiska, niektóre dolne części prętów regulacyjnych są opracowywane przez '''ściśle określone wyliczenia''' (pogrubienie moje – A.D.), czynione są z niechłonnych materiałów, wypierając tym samym odpowiednią ilość funkcjonalnej wody w kanale, w pracy pochłaniacza.”&lt;br /&gt;
 &lt;br /&gt;
Czyli co zrobili konstruktorzy? Do trzonów z węgliku boru, mocno chłonącego neutrony, dodali grafitowy zamiennik długości 4,5 metra. Przy działającym pochłaniaczu propelant symetrycznie umieszcza się na wysokości strefy aktywnej, zostając z wierzchu i od spodu w kanale słupy wody po 1,25 metra. Zdawało by się, że należy zrobić propelanty na całą wysokość (7 metrów), lepszy efekt. Ale przy symetrycznym ułożeniu propelantów trzeba albo przedłużyć kanał – pomieszczenie nie pozwala, albo skomplikować strukturę prętów. A ponieważ przy pracy reaktora przez przeważającą część czasu pole neutronowe na dole i z wierzchu jest stosunkowo niewielkie, to i wyłap jest mały. Zatrzymano się na 4,5 metrach propelanta. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I tu w pełnym świetle ukazuje się stwierdzenie akademika – „szczegółowe obliczenia rozmiaru” – czysty blef, mijający się z rzeczywistością. Wiedział o tym, czy nie – nie wiem, ale o szczegółowości mówić tu nie należy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przy zmianie położenia trzonów z górnego położenia do górnej strefy wchodzi pochłaniacz i wnosi ujemną reaktywność, zaś w dolnej części kanału grafitowy propelant zastępuje wodę i wnosi dodatnią reaktywność. Okazuje się, że sumaryczna reaktywność przy polu neutronowym jest dodatnia w ciągu trzech pierwszych ruchu trzonu. Zjawisko niedopuszczalne. Obserwowano to na Ignalińskiej elektrowni i na Czarnobylskiej też, w czasie uruchomienia reaktora czwartego bloku, ale należnej oceny od naukowców nie otrzymało. Na tym figle 4,5-metrowego propelanta się nie kończą.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Reaktor RBMK jest geometrycznie, i przede wszystkim, fizycznie – ogromny. Oddzielne jego obwody mogą zachowywać się jak samodzielne reaktory. Przy uruchomieniu AZ, kiedy zarazem do strefy podąża spora ilość prętów, w dolnych częściach strefy tworzy się lokalna masa krytyczna.&lt;br /&gt;
:ARTYKUŁ 3.3.28. PBJa ''„Ilość, rozkład, skuteczność i szybkość wprowadzania organów wykonawczych AZ powinny być określone i uzasadnione w projekcie reaktora, gdzie musi być zaznaczone, że przy jakichkolwiek warunkach awaryjnych organy wykonawcze AZ bez jednego największego efektywnego zespołu zabezpieczają: szybkość awaryjnej obniżki mocy reaktora, dostateczną by zapobiec możliwym uszkodzeniom urządzeń; doprowadzenie reaktora do stanu podkrytycznego i podtrzymaniu go w tym stanie…; – zapobieganiu tworzenia się lokalnych mas krytycznych”.''&lt;br /&gt;
  &lt;br /&gt;
System SUZ reaktora nie tylko nie zapobiegał tworzeniu się mas krytycznych, ale i sam tworzył masy krytyczne w dolnej strefie aktywnej reaktora. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zastępca dyrektora NIKIET I. Ja. Jemielianow, pod kierunkiem którego tworzył się projekt SUZ, tak ozięble i akademicko, jak na wykładzie na uczelni Baumanowskiej, przytaczając świadectwo świadków: „Narządy działające na reaktywność muszą być projektowane tak, by przy zmianie ich położenia, parametr reaktywności nie zmieniał się.” Te trzony są projektowane, jakby nie pod jego kierownictwem…&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kiedy trzon SUZ znajduje się w położeniu pośrednim, woda z dolnej części kanału już jest wypierana, czyli przy ruchu trzonu od razu zaczyna powstawać ujemna reaktywność. Przy dużym zapasie reaktywności, niektóre trzony znajdują się w pośrednim położeniu i AZ jakoś stawia czoła swemu zadaniu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przy małym zapasie, duża część prętów wyciągnięta jest ze strefy i przy pracy AZ, czy po alarmie, czy po uruchomieniu, może wnosić dodatnią reaktywność według poawaryjnych obliczeń, wielkości do 1 beta. I tylko przez 5, 6 sekund, w awaryjnych warunkach to cała wieczność, obrona wnosi ujemną reaktywność.&lt;br /&gt;
:ARTYKUŁ 3.3.5. PBJa ''„Przynajmniej jeden z przewidzianych wcześniej systemów oddziaływania na reaktywność powinien być zdolny do doprowadzenia reaktora w stan podkrytyczny i podtrzymać go w tym stanie w sytuacji normalnej i awaryjnych oraz w warunkach panowania jednego najwyższego efektu oddziaływania przez urządzenie na reaktywność.”''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
26 kwietnia 1986 roku AZ po inicjacji, niestety (nie przejęzyczyłem się), pracowała w pełnej krasie i wysadziła reaktor. Przy odmowie uruchomienia obrony mogło do tego nie dojść. Paradoks? Owszem. Taka jest ta obrona.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Operatywny zapas reaktywności ===&lt;br /&gt;
Zwykle OZR jest potrzebny do możliwości manewrowania mocą reaktora. Skonstruować reaktor z zerowym współczynnikiem reaktywności jest niemożliwe, dlatego przy zmianie warunków panujących w reaktorze potrzebny jest ten zapas. Ze względów ekonomicznych i zasad bezpieczeństwa powinien być on jak minimalny. Pierwotnie w projektowych dokumentach RBMK nie było żadnych ograniczeń minimalnego zapasu. W 1975 roku na pierwszym bloku Leningradzkiej AES przy osiągnięciu mocy przy pracującej AZ doszło do awarii, która zerwała kanały paliwowe z powodu przegrzania niewielkiej części strefy aktywnej. Zmniejszenie w danym miejscy mocy przez wyciągnięci gdzieś, i wsadzenie gdzieś indziej nie było możliwe. Przez zatrucie ksenonowe zapasu reaktywności nie było. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
To był pierwszy dzwonek, a raczej dzwon, głośnej bitwy. Elektrownia była bliska katastrofy. Rozhermetyzował się jeden kanał, a w tych warunkach takich mogło być i kilka, teraz jest to jasne, że prowadziło to do awarii analogicznej Czarnobylowi. Po awarii komisja wspólna IAE oraz NIKIET lustrowała reaktor i wydała w 1976 roku rekomendację w sprawie poprawy właściwości RBMK, który zaczęto wdrażać życie w… 1986 roku, po katastrofie Czarnobylskiej. No, dziesięć lat – niezły czas!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Stąd też pojawił się zapis w Regulaminie o zakazie pracy przy zapasie reaktywności mniejszym niż 15 trzonów RR. Wszyscy w elektrowni czarnobylskiej, jak i pracownicy innych reaktorów RBMK, rozumieli jego konieczność regulacji energowydajności, zgodnie z pojemnością strefy aktywnej, byle mieć możliwość zmniejszenia strumienia neutronowego w „gorących punktach” i skierowania go do punktów „chłodnych”. O tym, że przy małym zapasie reaktywności, spowodowanym nieprawidłową konstrukcją trzonów SUZ, AZ staje się swoją antypodą – rozpędzającym urządzeniem, twórcy reaktora nas nie powiadomili. Czy oni sami o tym wiedzieli? Po całokształcie obecnie znanych dokumentów – można było to wywnioskować po odpowiednim przestudiowaniu faktów. W IAE i NIKIET były grupy zajmujące się tematem RBMK. Zapewne, dla kierowników tych grup stanowisko dawno stało się synekurą i jakiekolwiek propozycje (komisje ds. awarii na Lenigradziek AES, współpracowników IAE W.P. Wołkowa i W. Iwanowa) uważali oni za zakłócanie ich spokoju. Panowała filozofia – reaktory pracują, czego chcieć więcej? Inaczej ciężko to interpretować. Jak mi wiadomo, u kierownictwa wyraźnego rozumienia czyhającego niebezpieczeństwa nie było, inaczej nie można pojąć absolutną bezczynność i lekceważący stosunek do propozycji myślących pracowników.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
To, że architekci reaktora nie połączyli zależności zapasu reaktywności ze zdolnością do pracy AZ widać po punkcie w Regulaminie: &lt;br /&gt;
:P. 2.12.6 ''„Jeśli reaktora w ciągu 15 minut nie uda się doprowadzić do stanu krytycznego, mimo że wszystkie trzony SUZ (oprócz skróconych trzonów-pochłaniaczy (USP)) wyciągnięte są a aktywnej strefy, ostatecznie głuszy się reaktor wszystkimi trzonami.”''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Oto po awarii 26 kwietnia pracownicy IAE i NIKIET szybko zrozumieli o rzeczywistych przyczynach katastrofy. Jestem o tym absolutnie przekonany. Jeśli ja w zeznaniach od razu po awarii, złożyłem cztery czy pięć wersji, po różnych zastanowieniach zmieniałem ich wersję, oprócz jednej – nieprawidłowe działanie AZ w wyniku efektu spowodowanego przez zakończenie trzonów, czyli dotarłem do prawidłowej tezy, chociaż to nie wszystko, ponieważ mając eksploatacyjne dane, nawet tylko te, który były mi znane, nie dało rady wywnioskować jak miała działać prawidłowa praca. Inna sprawa, oni „zaciemniali” i czynią to do tej pory – przyczyny są zrozumiałe. Zwłaszcza tym charakteryzują się pracownicy NIKIET. Spod ich pióra, oprócz zapisku N.A. Dollieżała (z przejęzyczeniami), po awarii nie widziałem żadnego prawdomównego dokumentu. Nie wiem, kłamstwo tam chyba to jeden z wymogów dla kandydatów, które później jest tam szlifowane do mistrzostwa, posługują się nim fachowo.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pierwsze, zbijająca z tropu, wersja z zerwaniem GCN nie przeszła z powodu absolutnie jawnego przeinaczania faktów. Wtedy zaczęto wymyślać inne – zwymyślano personelowi wykroczenia, błędne obliczenia i, główny wywód, całkowicie poroniony wymysł. Przesiąknięty największą agresywnością ze strony NIKIET. Oskarżyli nas: ze względu małego zapasu reaktywności AZ straciła swoją funkcjonalność. Nie z powodu patologicznej konstrukcji trzonów, a na wskutek małego zapasu. Długo nie będę się z tym godził i przywołam PBJa-04-74, który wszedł w Zycie w 1974 roku. Czytamy. „Reguły są obowiązkowe dla wszystkich przedsiębiorstw, instytucji i organizacji przy projektowaniu, budownictwie i eksploatacji elektrowni atomowych.”&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
A jeśli parametr OZR uszkadza AZ (co może być gorsze dla reaktora?!), to dlaczego projekt nie dotrzymał prawa: &lt;br /&gt;
:ARTYKUŁ 3.1.8. PBJa ''„System alarmowania reaktora musi zawiadamiać AES wydając następujące sygnały:''&lt;br /&gt;
:– ''awaryjne (świetlne, dźwiękowe), włączając syrenę awaryjnego zawiadomienia, przy osiągnięciu parametru uruchomienia AZ i awaryjnego odchylenia technologicznego systemu;''&lt;br /&gt;
:– ''zapobiegawcze (świetlne, dźwiękowe), przy zbliżaniu się parametru do stanu, kiedy uruchamia się AZ, podwyżka promieniowania ponad ustaloną granicę, zakłócenie normalnego działania sprzętu”.''&lt;br /&gt;
:ARTYKUŁ 3.3.21 PBJa ''„SUZ powinny być projektowane o szybkim działaniu AZ, zabezpieczając reaktor przy powstawaniu sytuacji awaryjnej. Sygnały i okoliczności uruchomienia AZ powinny być uzasadnione w projekcie.”''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie było naruszeń obowiązkowych reguł bezpieczeństwa pod względem zapasu reaktywności. Po awarii mówiono nam – to najważniejszy parametr reaktora. Pozwólcie nie uwierzyć. W elektrowni każdy zbiornik na wycieki w pomieszczeniu ma sygnalizację o wypełnieniu i, dość często, automatyczne pompowanie. A najważniejszego parametru, wysadzającego reaktor – nie ma, nawet nie ma mierzącego go przyrządu. Takie wymagania przestrzegania prawa można postawić na książce z liryką. Personel kierujący nie był przygotowany, nie posiadał sprzętu pozwalającego przestrzegać Prawo. Ograniczało się to do notatki w Regulaminie. Jeden z radzieckich fachowców, który informował międzynarodową wspólnotę MAGATE w sierpniu 1986 roku, mówił i w szóstym szpitalu w Moskwie, że cudzoziemscy specjaliści powiedzieli w związku z tym o nieodpowiednim oskarżeniu operatorów. Ale nasi fachowcy zaczęli wykład o tym jak ciężko rozdzielić funkcje człowieka od funkcji maszyny. Sporo cynizmu należy posiadać, aby w tej sytuacji prowadzić dysputę o rozdziale człowieka i maszyny. Odchylenie parametru prowadzi do globalnej katastrofy, a personel o niczym nie wie, nic nie widzi, nie słyszy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jakie urządzenie pomiarowe było – o tym za chwilę. Jeżeli odchylenie parametru prowadzi do zatrzymania się bloku bez uszkodzeń, to jestem za to gotów odpowiadać premią, naganą. Ale dlaczego za cudze grzechy trzeba płacić zdrowiem, życiem, wolnością, dlaczego odpowiada za to personel a nie winowajcy?! Nie chcę krwi, cztery lata siedziałem w pacę i nie mam o tym dobrego mniemania. Ale dla mnie to przerażające, że ludzie, którzy skonstruowali absolutnie niezdolny do eksploatacji aparat, dotychczas się to tego nie przyznają i po lekkim wstrząsie, nadal postanawiają się tym zajmować. Czymże oni jeszcze obdarują ludzkość?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Chociaż nie znaliśmy zależności między zapasem reaktywności a zamianą AZ w urządzenie rozpędzające i już to mówiłem, to także warto zaznaczyć, że nie mogliśmy go uważać za ważny, albowiem nie posiadaliśmy odpowiednich źródeł kontroli. Ten argument bezpośrednio godzi w pozycje oskarżycieli.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Naruszać OZR nie mieliśmy zamiaru i nie uczyniliśmy tego. Zakłócenie jest wtedy, gdy świadomie ignoruje się zasady i przepisy, a 26 kwietnia nikt nie widział zapasu mniejszego niż 15 trzonów. Zapisu Regulaminu należy przestrzegać, po pierwsze; regulacja energowydajności w reaktorze – rzecz bardzo ważna, po drugie. Ale, zapewne, zauważyliśmy (niepotrzebnie, zauważać akurat nie było po co) obniżkę zapasu. Chociaż to i tak bez znaczenia po naciśnięciu AZ. Blokowa liczeniowo-obliczeniowa maszyna jest przestarzała, liczyła zapas reaktywności programem „PRYZMAT” w ciągu pięciu minut od polecenia. Czy można przy czymś takim upilnować parametru, skoro zmienia się on o dwa, trzy pręty w kilka sekund, przy zmianie wydatku ciekłej wody? W warunkach statycznych godzi się, ale nie stanie nadmiar dynamicznych. Dla regulacji energowydajności w połączeniu z systemem fizycznej kontroli reaktorami prądotwórczymi z jej trzydziestu dwoma radialnymi i dwunastoma półstrefowymi czujnikami – taki sposób pomiaru zapasu załatwiał sprawę. Ale dla wciąż zmieniających się funkcji – gwaranta zdolności do pracy AZ – nie pasowało w żaden sposób. To jeszcze przy niezapoznanym personelu. Operator powinien tylko to nadzorować. A on przy kierowaniu reaktorem wykonywał tysiąc czynności obserwując tysiąc wykresów parametru.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sądzę, że ludzie zauważyli, iż dla tego projektu było wykonane wszystko i jeszcze więcej. Jak już pisałem, Jądrowy Dział Bezpieczeństwa niewłaściwie poinformował pracowników, przez co nie można było poprawnie prognozować. Wychodzi na to – mierzyć parametru nie da rady, prognozować też. Dlatego nie mieści się w głowie, by Kierownik Naukowy i Główny Konstruktor klarownie wyłożyli o niebezpieczeństwie swojego reaktora. Obraz nędzy i rozpaczy…&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z resztą, to i tak niemożliwe. Pytanie, czy wiedzieli o tym wcześniej, czy nie, jest bez sensu. To żałosne. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Оni zobowiązani byli o tym wiedzieć!'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Konstruktorzy i projektanci mają tyle czasu na przemyślenia i rozwiązania techniczne, ile dusza zapragnie, byle nie stawiać operatora w sytuacji ekstremalnej, bo tym nie ma być czuwanie nad reaktorem. Nie powinno operatorowi ukazywać się sytuacji, których architekt nie przewidział. Nie powinno być sytuacji, które doprowadzają do totalnej destrukcji. Powinny być konstrukcyjne rozwiązywania, chroniące przed takimi następstwami. Przy tych ogromnych ilościach energii, którym towarzyszy sztywne rozwiązania technologiczne, przedawnione maszyny, rurociągi, nie da rady obejść się bez technologicznego remontu owej techniki o jakieś sto lat.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Reaktor RBMK ma nominalną moc na poziomie 3,2 miliona kW, przy awarii, szacuje się, energia wynosiła od dwudziestu do stu nominalnych i rosłaby dalej, aż do zniszczenia reaktora. Od skoku mocy na neutronach prędkich, obrona jest już pozbawiona sensu. Nie może powstawać opinia, że takie coś jest spowodowane błędem operatora. To nie moje pomyślne życzenie, to wprost mówią normatywne dokumenty o bezpieczeństwie reaktorów: &lt;br /&gt;
:ARTYKUŁ 2.7.1 OPB ''„Systemy ochronne muszą wykonywać funkcje zabezpieczające stan niezależnie od kreującego się biegu wydarzeń, zgodnie z p. 1.2.4.”''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Błąd personelu też jest kreującym się biegiem wydarzeń.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Miejsca dla samowoli nie pozostawiono. Jak chcę, robię albo nie robię. Obowiązek.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
To gryzie się na pierwszy rzut oka z powyższymi nakazami PBJa. Niech reaktor będzie wyposażony w sygnalizację i automatyczną obronę, a nie o obniżkę zapasu reaktywności niebezpieczną dla reaktora, to sprawy nie ma. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Inna sprawa, że zapas reaktywności w ilości 15 prętów, wskazany w Regulaminie, całkiem nie zapewniał bezpieczeństwa. Tutaj nie mógł nas zabezpieczyć, albowiem był on przeliczany w zupełnie innych warunkach. Owszem, jest rachunek, nie pamiętam już jakiej organizacji, gdzie wzięto jedną z sytuacji i przy zapasie 15 trzonów pokazano, że „dodatniego momentu bezwładności”, przy pracującej obronie, nie ma. Ale to całkiem liczono na kolanie. Po pierwsze, zapas może zostać otrzymany przez różne kombinacje położenia trzonów, a do testów trzeba by wybrać najbardziej niesprzyjające; po drugie, niepowstawanie dodatniej bezwładności to nie dowód na poprawne funkcjonowanie AZ. Trzeba zapewnić odpowiednią szybkość, do wnoszenia w strefę aktywną ujemnej reaktywności od pierwszego moment uruchomienia.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W każdym wypadku, po awarii, we wszystkich reaktorach RBMK podniesiono zapas reaktywności do 30 prętów i to przy zmienionej konstrukcji oraz ustalonych osiemdziesięciu DP, które znacznie zmniejszały parowy współczynnik reaktywności.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
A w ogóle to nienaturalne zjawisko, kiedy dochodzi do niebezpieczeństwa jądrowego przy małej reaktywności.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po zamknięciu zamknięciu zaworów o 1:23 i 4 sekundy ustąpił napływ pary na turbinę i zawroty zaczęły zniżkować. Doświadczenie musiało być skończone przy blisko 2000 obrotach na minutę. Nie wiem z jakiego powodu z głowie pozostała mi liczba 2370 – czy to podczas eksplozji, czy to kiedy znów odwróciłem się do przyrządów po rozmowie z A. Akimowem i operatorem reaktora L. Toptunowem. Wszystko działo się spokojnie, szło bez odchyleń od oczekiwanych wyników. I po pierwszych sekundach od naciśnięcia AZ nikt nie okazywał niepokoju. Systemy centralizacji kontroli, zwłaszcza program DREG, nie zarejestrowały do 1:23 i 40 sekund – momentu naciśnięcia przycisku – żadnych zmian parametru, które mogłyby posłużyć do oskarżenia prowodyrów AZ. Komisja Głównego Nadzoru Energii Atomowej pod przewodnictwem N. Steinberga zebrała i przeanalizowała dużą ilość materiałów i, jak napisano w oświadczeniu, nie mogła ustalić wierzytelnej przyczyny uruchomienia AZ. Nie trzeba było szukać przyczyny. Reaktor został wygaszony po zakończeniu prac.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jak to przebiegało z mojego punktu widzenia, już pisałem. Na świadka mogę przywołać G.P Mietlienke. On siedział za biurkiem kierownika zmiany bloku, blisko Akimow i Toptunowa. Jego zeznania są zapisane na taśmie magnetofonowej. Ale mam też jego list w odpowiedzi na moja korespondencję z prośbą wysłania kopi Programu i odpowiedzi na parę pytań. Pisze: „Moje odczucia o decyzji Aikomowa są takie: proces przebiegał spokojnie i on też wydał polecenie spokojnym głosem, odwróciwszy się w półobrocie i machnąwszy ręką, a dalej było wrażenie dudniącego hydrouderzenia.”&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Są jeszcze zeznania A. Kuchara, który zaszedł na BSzczU bezpośrednio przed rozporządzeniem Akimow o wygaszaniu reaktora.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak, zdaje się, teraz nie ma wątpliwości, że AZ uruchomiona przy nieobecności technicznych przyczyn, sama w sobie inicjowała rozpęd reaktora. A także, czyja myślą od samego początku oskarżała personel.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jak tak, na przykład, można ograć absolutnie technicznie przejrzyste i przyrodnicze zjawisko. Wskutek poprzednich procesów, AR z ujemnym (w rzeczywistości moc była mniejsza niż dana) balansem na granicy percepcji kierującego, o czym świadczy sygnał „1PK w górę”, zarejestrowany przez DREG. Przy bezwładności generatora wydatek termoprzekaźnika był deficytowy, co prowadziło do zwiększenia reaktywności i moc reaktora zaczęła rosnąć, przeszła w stan dodatniego rozliczenia i sterujący rozpoczął ruch w dół. Sygnał „1PK w dół” zarejestrowano o 1:23 i 30 sekund.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Biegli sądowi zarejestrowali wykresy mocy z 17 i 30-krotnym powiększeniem, gdzie zaznaczone były stany zwiększenia mocy sprzed 20 sekund od eksplozji. Dalej weszło to do akty oskarżenia. Poważnego oskarżenia. Zaledwie do 17 razu powiększyli i już wyraźny wzrost mocy. Nie było u nas ani mikroskopów, ani teleskopów, ale zauważenie wzrostu mocy gołym okiem nie jest czymś szczególnym. Automatyczna regulacja zaczyna reagować tylko, kiedy balans jest powyżej pewnej wielkości – takie są zasady pracy.&lt;br /&gt;
Malowniczy opis G. Miedwiediewa w jego zapiskach: &lt;br /&gt;
:„Starszy inżynier kierowania reaktorem Leonid Toptunow pierwszy wpadł w popłoch: „Należy włączyć awaryjne procedury obronne, Aleksandrze Fiodorowiczu, rozpędzamy się!” – powiedział on Akimowowi. Akimow szybko spojrzał na wydrukowane wykresy. Wykres drukował się powoli, bardzo powoli… Akimow wahał się.”&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie ma maszyny drukującej wykresy, po których można by poznać jak rozwija się proces. By jakikolwiek wydruk znalazł się na stole zarządu, to musi przebyć drogę z pomieszczenia EWM, czyli trzy, dwie minuty bez zwłoki. Całkowitych wydruków z 1:22 i 30 sekund nie było, gotowe były dopiero po awarii. I „proces” zaczął rozwijać się po naciśnięciu przycisku. A przycisk uruchomił nie Akimow, a Toptunow (patrz wcześniej). G. Miediediew zapomniał też jeszcze dodać, że Akimow słyszał jak neutrony rozbijają jądra uranu, pożegnał się z wnukami i dopiero nacisnął przycisk. Jak się pisze powieść dokumentalna, to trzeba wyraźnie zaznaczyć, gdzie jest fikcja literacka, a nie podszywać to pod cały prawdziwy fundament.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie słyszałem, co mówił Toptunow Akimowowi, słyszeć to mógł tylko G. Mietlienko, ale jego to nie interesowało. B. Stolarczuk, zajęty swoimi sprawami też nie słyszał. Reszta była zbyt daleko, by spokojna rozmowa o rokowaniach dotarła do ich uszu. Sądząc po zachowaniach Akimow i Toprunowa, po zapisie sygnałów, można było się pomylić – kiedy pręty AR wchodziły do aktywnej strefy Toptunow spytał co robić z reaktorem. I Akimow, zgodnie z instruktażem, nakazał wygaszać reaktor.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W tym momencie wszystko się zaczęło. Po znikomym spadku mocy przy samym początku wejścia trzonów do aktywnej strefy, co jest w całości wytłumaczalne, ponieważ pole neutronowe było jest dwuszczytowe, z apogeum ku góry i perigeum w części centralnej. Takie pole zawsze formułuje się po obniżce mocy, ponieważ podczas pracy maksimum pola było pośrodku, oznacza to, wyeksponowanie części centralnej najbardziej. Dalej z powodu nieprawidłowości konstrukcyjnej trzonów u dołu utworzył się miejscowy reaktor nadkrytyczny, strumień neutronowy, a z nim energowydajność wzrasta, za to w górnej części – obniża się. Reaktywność sumaryczna, wyrażana w prętach, była dodatnia, a moc zaczęła narastać głównie na dole.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
O godzinie 1:23 i 40 sekund przy naciśnięciu przycisku moc nie mogła istotnie przekraczać 200 MW, inaczej przy większym rozliczeniu wybiło by regulator z automatu. Ale o 1:23 i 43 sekundy zarejestrowano AZS i AZM.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Tych sygnałów nie powinno być po uruchomieniu procedury obronnej.''' Przy poprawnie skonstruowanych prętach… Jak tak sięgnąć pamięcią wstecz, to były przedtem wypadki, kiedy przy pracujących AZ po różnych sygnałach (odchylenie parametru poziomu w separatorze i inne) uruchamiały się i te sygnały. Przyczyn pojawianie się ich nie mogli wyjaśnić ani eksploatacja, ani projektanci SUZ. Ile było takich wypadków – trudno powiedzieć i, zapewne, wszystkie ujawnić. Nikomu nie chce się grzebać w starych archiwach, władzom to do niczego nie potrzebne. Sprawa dotyczy też czegoś innego: z reguły, praprzyczyna uruchomienia AZ jest znana i na inne alarmy nie zwraca się już uwagi, chociaż personel według zeznań musiał dokładnie jest sprawdzać. Wtenczas, pojawiające się po drodze sygnały uważaliśmy za wynik błędu i niedoskonałości elektroniki SUZ. Jak się okazało, były one prawdziwymi alarmami nieprawidłowego działania AZ.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Były faktyczne zarejestrowane skoki mocy, ale spowodowane niedoskonałościami urządzeń pomiarowych, a rejestrujący je źle zinterpretowali. Nawet 26 kwietnia przy mocy dziesięciokrotnie większej niż nominalna miernik mocy wskazywał poniżej jednej mocy nominalnej z powodu inercji. Te przyrosty mocy były mniejsze i szybsze, ale… cienka ściana odgraniczała nas od katastrofy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ekspertom i śledczym bardzo zależało, aby udowodnić, że reaktor był w stanie samozniszczenia już przed procedurą AZ. Tylko z jakimi argumentami, jakimi obiektywnymi dowodami chcieli taką teorie wysunąć? Do momentu spisania aktu oskarżenia były już znane wykresy parametrów bloku i są one w sprawie, jasno z nich wynika, że dla takich wywodów nie ma żadnych podstaw.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I. Krischenbaum, S. Gazny G. Łysiuk, obecni na mostku zeznawali, że rozkaz o wygaszaniu reaktora słyszeli bezpośrednio przed lub po eksplozji. Wszystko się zgadza, znajdowali się oni daleko i pierwszego, spokojnego, cichego rozporządzenia nie słyszeli, tylko drugie. A. Kuchara zmusili, by zmienił swe zeznania o 26 kwietnia, gdzie mówił, że Akimow nakazał wygaszać reaktor i po kilku sekundach rozległ się alarm oraz eksplozja. Druga wersja jego zeznania jest taka: „…usłyszałem głos, ale czyj – nie pamiętam, że ciśnienie w KMPC wynosi 79 atmosfer, chociaż normalny wynik to 70 atmosfer. W tym czasie usłyszałem rozkaz Akimow – głuszymy aparat. Dosłownie od razy zabrzmiał silny gruchot ze strony hali.” Pierwsze oświadczenie nie pasuje do ustalonej wersji, dlatego zostało odrzucone. Durgie świadczenie, też prawdziwe, gdyby nie wskazać, że różni się od pierwszego o kilka sekund i rozkazu Akimow – ponownie. Kuchar obudził w sądzie we mnie pytanie „Dlaczego on zmienił zeznania?”.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
A oto już śledczy wywnioskował: „Te zeznania obiektywnie potwierdzają się w zgodności z zapiskami Toptunowa, w którym napisano: „W momencie uderzenia(albo tuż po nim) trzony SUZ zatrzymały się…”.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Subiektywnie albo obiektywnie – nie ma to znaczenia, sens jest właśnie zupełnie przeciwny: w momencie wybuchu trzony zatrzymały się, ale przed tym były w aktywnej strefie penetrując 2,5-3 metry, czyli były w strefie siedem sekund przed wybuchem. Jeśli myślicie, że takie sztuki łatwo sfałszować, to mylicie się. Dlatego potrzebni są ludzie chcący myśleć i słuchać. Czy znajdziecie ich w sądzie? Daj Bóg!…&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdaje się, autor teorii o destrukcji reaktora przed wejściem AZ – ekspert W. Dogłow z miasta Obninska, miał wielu zwolenników. Oto teza oskarżycieli: „O tym, że rozwój awarii zaczął się przed naciśnięciem AZ-5, świadczy ekspertyza NIKIET, Głównej Komisji Nadzoru Atomowego ZSRR i Czarnobylskiej AES o położeniu trzonów SUZ po awarii. W dodatku, 20 prętów pozostało w skrajnie górnym położeniu, a 14-15 prętów zanurzyło się na maksimum 2 metry z powodu deformacji kanałów.”&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
To jakże wielkie zmiany musiały zajść w reaktorze, żeby SUZ nie mogły wejść? I nie było żadnych sygnałów ostrzegawczych?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie potrafią nawet zauważyć, że większość ze wskazanych kanałów to USP, które algorytmicznie są statyczne przy pracującej AZ.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kto może twierdzić, że na mapach położenia trzonów pozostały wierne odwzorowania,m skoro cała łączność elektryczna padła, przez porwane kable i odcięty prąd? &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sprytnie wykorzystuje się do oskarżania personelu manipulując wykresem położenia prętów SUZ. Pamiętacie zapiski Miedwiediewa – Akimow szybko spojrzał na zapiski rozwoju procesu – pic na wodę. Inni robią podróbki bardziej wykwintne. Blokowa maszyna obliczeniowa okresowo nagrywa parametry, w tym i położenie prętów, i przez program oblicza OZR. Po 1:23 i 30 sekund rozliczenia maszyna zrobić nie zdążyła, ale zrobiła to Smoleńska AES i zapas wynosił 6-8 trzonów. Naruszenie Regulaminu. O tej porze zapas był najmniejszy, ponieważ zużycie termoprzekaźnika było maksymalne, a dla podtrzymania poziomu w separatorze pary zwiększył zużycie ciekłej wody, co na tej mocy doprowadziło skraplania pary w tej strefie. Już za minutę zapas wynosił 12, albo i więcej prętów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ze względu na nieznane ludziom okoliczności, oskarżyciele mówią – personel wiedział o naruszeniach, świadomie ignorował niebezpieczeństwo, by skończyć pracę. Rozpatrzmy to.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Prześledźmy wydruk położenia trzonów na 1:23 i 30 sekund był wykonany. Trzeba było go wydrukować z teletabeli, zamieścić wszystko w logu i operator EWM musiał przynieść to znajdującemu się 50 metrów dalej operatorowi BSzczU. Nikt przeważnie nie biegał sprintem po elektrowni. Operatorowi EWM wydruk ten zupełnie nic nie mówi. Na początku eksperymentu „Programu bezwładności TG” o 1:23 i 4 sekundy na tablicy wydruku być nie mogło. Pojawiło się ono dopiero o 1:23 i 30 sekund. Jest źle. Według Regulaminu trzeba albo doprowadzić parametr do normy (niewykonalne) albo zrzucić AZ. Obronę zrzucono o 1:23 i 40 sekund – eksplozja. Ostatni akapit jest napisany tylko by pokazać, jawnej niesumienności ludzi o dużej wiedzy technicznej, znających blok i okoliczności. Takich wydruków personel nigdy nie wołał – operator nie jest kalkulatorem. Wołaliśmy wydruki z od razu obliczonym zapasem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Procedura obrony awaryjnej, jak sama nazwa wskazuje, służy do gaszenia reaktora zarówno podczas zakłócenia jego działania, jak i sytuacji normalnej, tak jak żądają normatywne dokumenty i Regulamin eksploatacyjny RBMK.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
26 kwietnia 1986 roku uruchamialiśmy AZ przy normalnych warunkach, stabilnym systemie, bez sygnałów alarmowych awaryjnych i zapobiegawczych – otrzymaliśmy eksplozję.&lt;br /&gt;
:ARTYKUŁ 3.3.26. PBJa: ''Awaryjna procedura obronna reaktora musi szybko i pewnie wygaszać reakcje łańcuchową w następujących wypadkach:''&lt;br /&gt;
:– ''osiągnąwszy awaryjny poziom mocy;''&lt;br /&gt;
:– ''osiągnąwszy awaryjny poziom wzrostu mocy;''&lt;br /&gt;
:– ''przy naciśnięciu przycisku AZ.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Co się stało – wiemy. Którym wymaganiom odpowiadała AZ?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Reaktor od 1:23 i nie wiadomo jak długo znajdował się w stanie niczym bomba zegarowa i nie było żadnego sygnału alarmowego! Personel nie widzi po przyrządach, czy stan jest niebezpieczny i to nie dlatego, że personel jest ślepy. '''Jakim wymaganiom odpowiada system kontroli?'''&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Oxena</name></author>	</entry>

	<entry>
		<id>https://wiki.czarnobyl.pl/index.php?title=U%C5%BCytkownik:Amoniak/Czarnobyl._Jak_to_by%C5%82o/Rozdzia%C5%82_3&amp;diff=5626</id>
		<title>Użytkownik:Amoniak/Czarnobyl. Jak to było/Rozdział 3</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="https://wiki.czarnobyl.pl/index.php?title=U%C5%BCytkownik:Amoniak/Czarnobyl._Jak_to_by%C5%82o/Rozdzia%C5%82_3&amp;diff=5626"/>
				<updated>2019-11-24T23:41:35Z</updated>
		
		<summary type="html">&lt;p&gt;Oxena: /* Rozdział 3. Program */&lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;== Rozdział 3. Program ==&lt;br /&gt;
Pełna nazwa „Roboczy program prób turbogeneratora № 8 Czarnobylskiej AES w warunkach swobodnej bezwładności z własnym obciążeniem energetycznym.” &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nic nadzwyczajnego w programie nie ma, zwykły eksperyment, napisany najnormalniej na świecie. Popularność zdobył tylko ze względu na awarię, która powstała podczas jego przeprowadzania. Żadnego technicznego związku między awarią, a testem nie ma, wiąże ich tylko czysty przypadek i niesumienne śledztwo. Gdyby do ostatnich minut przed próbami działało automatyczne sterowanie po jakimkolwiek sygnale (nie wierzcie komisjom i pisarzom, że wyłączyliśmy systemy ochronne – całość była w działaniu przy mocy 200 MW), to awaria i tak miałaby miejsce. To wypadek spoza działań Programu, ale po prostu – najlepiej zabronić przeprowadzić działań tego typu w reaktorach i nie ma problemu. Ale to nie tak. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
''Krytykom Programu.'' &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''„Testowych działań Programu nie można uznać za natury czysto elektrycznej, ponieważ są kompleksowe, dotyczą całego bloku.”''' A kto ich uważał za czysto elektryczne? Sami to obmyślili czy zapytali kogoś? Wystarczyło spojrzeć na załączniki pod Programem, a odpowiedź nasunie się sama. Po co do testu czysto elektrycznego parametry reaktora, turbin i automatyki?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Uzgodnienia Programu'''. Jak pisze Główna Komisja Nadzoru Energetyki w 1991 roku:&lt;br /&gt;
:''„Takie testy muszą kwalifikować się jak kompleksowe badania całego bloku i program ich przeprowadzenia należało docelowo skonsultować z projektantem generalnym, głównym konstruktorem i organami nadzoru państwowego. Jednakże rozporządzenia ds. awarii PBJa-04-74 i OPB-82 nie nakazywały od kierownictwa elektrowni atomowych przeprowadzać uzgodnień takiego rodzaju programów ze wskazanymi wyżej organizacjami.”''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Uważałem, że dla porządku należy to skonsultować z głównym inżynierem, co i uczyniłem. Uzgodnienie z zewnętrznymi organizacjami leży w kompetencjach technicznego oddziału elektrowni. Mnie potrzebne były podpisy, które były.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Doszło do awarii jądrowej, a Program jest niezgodny z przepisami bezpieczeństwa jądrowego elektrowni.'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale doprowadzenie do nadmiernej reaktywności stało się całkiem poza ramami Programu. Wspominana już wyżej komisja pisze:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
:''„Specyficzna ciepłohydrauliczna właściwość, zaplanowanego stanu były podwyższone, pomimo względnie normalnego początkowego wydatku termoprzekaźnika przez reaktor. Zawartość pary była minimalna przy znikomym podgrzaniu termoprzekaźnika do temperatury wrzenia na wejściu do strefy aktywnej. Oba wskazane czynniki, jak się okazało, miały wpływ na skalę efektów, który pojawiały się przy próbie.”''&lt;br /&gt;
 &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Czyli, tokiem myślenia komisji, jeżeli Program nie był przyczyną awarii, to jednak wpłynął na to. To nie tak. Kiedy utrata termoprzekaźnika była większa od standardowej, z reaktorem żadnych kazusów nie było. Ta i w ogóle cała wizja projektowana na podstawie ich dokumentów eksploatacyjnych, włączając Regulamin, nakazuje upływ „nie mniejszy” i nigdzie nie ma wspominanym o upływie „nie większym”. Rozpatrzywszy wszystkie dokumenty, komisja nie znalazła odchylenia parametrów od normy i nie było ich, aż do naciśnięcia AZ. Ale deficyt termoprzekaźnika wtenczas już dorównywał nominalnemu. Nikt nie podgrzał termoprzekaźnika – jaki był, taki był – personel tego nie reguluje. Więc nie ma podstaw przyjąć opinię komisji. Różnica między tymi stanami innej reaktywności jest porównywalna do sytuacji, kiedy człowiek tonie na głębokości stu metrów i dziewięćdziesięciu metrów… &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ten przykład pokazuje, że pomimo tego, iż ludzie przestaną rzucać niecne oskarżenia w stronę personelu konstancją referatów pełnych niezgodności z PBJa i OPB, iż przekroczył on bezpieczna barierę, to jednak nie odejdą od stereotypów głoszących winę personelu. I w nie jednym spotyka się to referacie&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Sprawy bezpieczeństwa'''. Konik wszystkich krytyków. A o czym cały drugi rozdział Programu? Zgodnie z nim, na rezerwowe zasilanie podłączają się mechanizmy, których energia wystarczy nie tylko na zapewnienie chłodzenia bloku, ale nawet dla pracy reaktora wytwarzającego moc. Tylko ślepy nie może tego zauważyć. To, że efekt reaktywności wychodzi poza normę, zdarza się nawet i przy rutynowej eksploatacji, nie oczekiwało się ich w związku z Programem. Naturalnie, operatorzy przy tym wykorzystują całą dostępną eksploatacyjną dokumentację.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Poziom mocy'''. Po Programie poziom mocy wynosił 700… 1000 MW. U nas, przed przeprowadzeniem moc wynosiło 200 MW. Dlaczego tak się stało – odpowiem dalej. Ale jaką to kość rzuciliśmy na zęby naszych oskarżycieli. Dotychczas nie mogą jej przegryźć. Aż grzech radzieckich informatorów wprowadzać tak w błąd MAGATE. Oni, biedni, skuszeni możliwością zmieszania z błotem personelu, na czele z akademikiem W.A. Legasowem przed obliczem całego świata kłamali, że Regulamin zakazywał pracy na mocy poniżej 700 MW. Dlaczego tak postąpili? Po prostu – po awarii okazało się, że mała moc dla reaktora RBMK- 1000 jest nadzwyczaj niebezpieczna. No, co byśmy zrobili bez doktorów i akademików? Należy wykręcić się jakoś – wystawić właśnie ich. Kto by posądzał tak z wyglądu odpowiedzialnych i wykształconych ludzi o kłamstwo?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Są programy, dla których poziom mocy ma znaczenie. Tak, sprawdzenie głównych zaworów bezpieczeństwa nie można przeprowadzić na małej mocy, ponieważ przy odkręceniu zaworów ciśnienie w pierwszym przekroju zacznie szybko spadać i zerwie GCN. Dla programu bezwładności TG poziom mocy nie ma żadnego znaczenia i my w początkowym założeniu chcieliśmy wyciszyć reaktor (str. 2.12 Programu). Według instrukcji elektrowni po zakończeniu programów powinno się zanotować moc. Przy ustalaniu testu nie było jasno określone, że będzie mierzony stan przed rozpoczęciem doświadczenia i że będzie wynosił 700-1000 MW, jako maksymalna, a nie minimalna moc. Kiedy moc spadła po zmianie kierujących, nie było potrzeby jej podnosić. Dla każdego normalnego reaktora, skonstruowanego zgodnie z PBJa i OPB żadnego znaczenia to nie miało. I nic nie zmieniliśmy, mimo oficjalnych komunikatów komisji i informatorów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Wyłączenie awaryjnego systemu ochładzania reaktora'''. Temat ten wyczerpany został już dawno. Jeszcze w 1986 roku komisja G.A. Szaszarina ustaliła, że nie miało to żadnego związku z powstaniem i rozwojem awarii. Na dziś dzień tylko akademik A.P. Aleksandrow nadal ciągnie ten temat. Życzę powodzenia. Informatorzy w MAGATE twierdzili, że z wyłączeniem SAOR stracono możliwość ograniczenia skali awarii. Bez komentarza przytoczę fragment z referatu N.A. Steinberga: &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
:''„W takim razie „możliwość zmniejszenia skali awarii” przez odłączenie SAOR była nie tyle co stracona, ile w zasadzie nieobecna w konkretnych warunkach 26.04.1986 roku.”''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Włączenie ośmiu GCN'''. Nic tym czynem żeśmy nie zmienili, jest to wszystko w instrukcjach. Nie ma działań przeszkadzających obocznej pracy pomp ze stałymi i zmiennymi zwrotami. Jak tylko ciśnienie niebezpiecznie wzrośnie, taka pompa się wyłączy. Niczym nie różni się to od zwyczajnego wyłączenia pompy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Inne argumenty przeciwników Programu będę przedstawiał przy dalszej lekturze tekstu. Pewny jestem, mądrzejszy o przeszłość, że przy dzisiejszym pisaniu Programu nic bym nie zmienił. No, może jakieś fragmenty bym dodał z regulaminu, bądź instrukcji.&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Oxena</name></author>	</entry>

	<entry>
		<id>https://wiki.czarnobyl.pl/index.php?title=U%C5%BCytkownik:Amoniak/Czarnobyl._Jak_to_by%C5%82o/Rozdzia%C5%82_2&amp;diff=5622</id>
		<title>Użytkownik:Amoniak/Czarnobyl. Jak to było/Rozdział 2</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="https://wiki.czarnobyl.pl/index.php?title=U%C5%BCytkownik:Amoniak/Czarnobyl._Jak_to_by%C5%82o/Rozdzia%C5%82_2&amp;diff=5622"/>
				<updated>2019-11-24T17:37:25Z</updated>
		
		<summary type="html">&lt;p&gt;Oxena: /* Rozdział 2. Czarnobylska AES */  Drobne poprawki, które udało mi się zauważyć&lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;== Rozdział 2. Czarnobylska AES ==&lt;br /&gt;
Czarnobylska AES jest umieszczona niedaleko rzeki Dniepr, na rzece Prypeć. W 1986 roku był to ogromny węzeł energetyczny – 4 mln kW. Pierwszy energoblok został uruchomiony 26 września 1977 roku, a późniejsze, odpowiednio w 1978, 1981 i 1983 roku. Razem z rozbudową stacji rosło zapotrzebowanie na pracowników. Szczególnych problemów nie było, chętnych przyciągały dobre perspektywy na otrzymanie porządnego mieszkania i stałej pracy w elektrowni. Do pracy przy pierwszym bloku przyszli ludzie, w zasadzie, z podobnych w obsłudze reaktorów przemysłowych. Oni to utworzyli społeczny szkielet. W dalszym ciągu to źródło wyczerpało się, ale pojawiła się już możliwość przeniesienia się na inny blok. Zwyczajny problem nowego przedsiębiorstwa, stonowany stopniowym uruchamianiem coraz to nowszych miejsc pracy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Elektrownia pracowała bezproblemowo. Do 1986 roku była tylko jedna poważniejsza awaria – zniszczenie kanału na pierwszym bloku w 1982 roku. Doprowadziła ona do długotrwałego remontu i znacznego napromieniowania personelu. Jednak w granicach normy dla pracowników. Był jeden wypadek gdzie skażeniu uległo kilkadziesiąt metrów kwadratowych elektrowni, które dezaktywowano rozczynem, po wycieku z rurociągu. Wierzchnią, skażoną warstwę gruntu zdjęto i zakopano. Na ogół w czarnobylskiej elektrowni nie było większych incydentów w porównaniu do średniej krajowej. Produkcja energii elektrycznej przed awarią wynosiła rocznie blisko 28 mld kilowatogodzin. Ustępowaliśmy tylko Leningradzkiej AES. Ale tam był wysoko specjalizowany zespół. U nas był ciągle przepływ nowych ludzi. A w latach 1985-1986 część wykwalifikowanego personelu została odmeldowana do pracy przy budowie piątego bloku. Dobrych pracowników odsyłali ponieważ: &lt;br /&gt;
aby elektrownie nie zachowywały dobrych pokładów ludzkich na stronie. Rozumiało się ciężkość okresu rozruchowego;&lt;br /&gt;
z reguły przechodzono na wyższe stanowisko. W tym wypadku ciężko jest zatrzymać człowieka;&lt;br /&gt;
ta i starszyzna trzeciej fali (z bloków 5 i 6) znali się już dobrze.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Należy dodać, że na Czarnobylskiej AES kierownictwo techniczne średniego szczeblu nie przybywało z innych stron. Awansowali na te pozycje pracownicy z rodzimej elektrowni. Nie było ludzi napływowych, wyłączając czasy początkowe. Są tego plusy i minusy, jednak myślę, że dobre strony przeważają.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wszyscy kierownicy zmian bloków i pracowników halowych, mieli przynajmniej pięcioletni staż na Czarnobylskiej AES. To nie byli jacyś siedzący bossowie, a ludzie bezpośrednio pracujący i kontrolujący cały technologiczny proces pracy. Po awarii cały personel przeszedł szczegółowe kontrole z predykcjami i przyznaniem zdolności do pracy. Powołam się tu na werdykt Głównej Komisji Nadzoru Energetycznego z 4 stycznia 1991 roku: „W badaniach zrobionych przez psychologiczne laboratorium naukowo-badawcze „Прогноз” ministerstwa energetyki ZSRR (były badania i innych – A.D.) zdobyto wyniki analizy osobowych i socjalno-psychologicznych opinii personelu CzAES do i po awarii wykazały, nie różnią się od analiz personelu innych elektrowni, które mogłyby także spowodować awarię. Ogólnie zespół CzAES charakteryzował się normalną, dojrzałą postawą godną prawdziwych fachowców – na poziomie wystarczającym w kraju. Zespół nie był ani lepszy, ani gorszy niż inne zespoły AES.” &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
To dlaczego zwyczajni, normalni operatorzy raptem dopuszczając się „nadzwyczaj niewiarygodnych ciągu naruszeń w trybie pracy i zasad eksploatacji” jak poinformowali radzieccy informatorzy MAGATE? Może zestawienie 26 kwietnia było jakieś nadzwyczajne? Nie, zwyczajna zmiana. I czy niezbyt dużo jest „niepewnego”? Tak, jest tego za dużo i powiem o tym później. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jedna zmiana włączała dwa energobloki. Ale w zasadzie każdy blok obsługiwany był przez inne zespoły, samodzielnie. Główny sprzęt bloku: reaktor, dwa TG, transformator. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== REAKTOR RBMK-1000 ===&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dla lepszego zrozumienia dalszego tekstu trzeba krótko opowiedzieć w ogóle o reaktorach atomowych, a w szczególności o reaktorach typu RBMK.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Reaktor atomowy – aparat służący do przekształcania energii atomowej w energię cieplną. Paliwem przeważnie jest zubożały uran. W przyrodzie złoża uranu składają się z dwóch izotopów: 0,7% to izotop o masie 235 unitów, a pozostały procent to uran o masie atomowej 238. Paliwem jest tylko uran-235. Przy wychwyceniu (wchłonięciu) neutronu przez jądro uranu-235, zaczyna ono być niestabilne i po krótkim czasie rozpada się na dwie, przeważnie inne, części, czemu towarzyszy duża ilość wydzielanej energii. W każdym etapie przemian jądrowych wydziela się miliony razy więcej energii niż przy spalaniu takiej samej ilości ropy naftowej czy gazu. W takim dużym reaktorze jak „czarnobylski”, przy szczytowej mocy, spala się blisko cztery kilogramy uranu na dobę. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Proces uzyskania energii w reaktorze przedstawię w ten sposób: główny etap – energia kinetyczna „odłamków” rozpadu zostaje przekazana wszystkim hamującym je elementom w strefie aktywnej reaktora. Wydostanie się czegokolwiek poza tę strefę jest niedopuszczalne. Jeśli spojrzymy na tablicę Mendelejewa, to zobaczymy, że jądra atomowe produktów rozpadu mają widoczny nadmiar neutronów, po to aby być stabilnymi. Dlatego atomy w „łańcuszku” w skutek przemian β, zaznając reakcji jądrowych, przesuwają się po tablicy w prawo ku bardziej stabilnemu stanu. Ten proces produkuje cząstki β i promieniowanie γ oraz charakterystyczny produkt posiadający swoją określoną żywotność i połówkowy czas rozpadu. Właśnie te pierwiastki, produkty reakcji, są źródłem zanieczyszczeń terytorium po awarii niszcząc całą strefę aktywną reaktora.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przy normalnym rozpadzie także cząsteczki β nie opuszczają bezpiecznej przestrzeni w reaktorze gdzie gubią swoją energię; promieniowanie γ także przeważnie zatrzymuje się w reaktorze. Po zatrzymaniu reakcji należy jeszcze długo wygaszać reaktor, ciągle to hamując cieplne reakcje zachodzące w strefie aktywnej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przy każdym rozpadzie jądra uranu wydziela się dwa, trzy, około dwa i pół neutronu. Ich energię kontroluje się moderatorami, hamuje się częściami reaktora, gdzie później przekazują swoją energię cieplną.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Akurat neutrony te posiadają możliwość inicjowania i podtrzymywanie reakcji łańcuchowej na uranie-235. Jeżeli jedno jądro wydzieli jeden neutron, to intensywność reakcji będzie stała.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spora część neutronów zostaje emitowana zaraz po wzbudzeniu. To neutrony prędkie. Jednak gdy mała część, około 0,7%, zostaje wyemitowana po krótkim, mniej niż sekundowym odstępie czasu, wtedy mamy do czynienia z neutronami opóźnionymi. One pozwalają kontrolować intensywność rozpadu uranu i regulować moc reaktora. Bez kontroli reaktor atomowy stałby się po prostu bombą atomową. Inną częścią energii wydzielanej jest promieniowanie γ, które wydziela się bezpośrednio przy rozpadzie oraz energia neutrina, której ani nie widzimy, ani nie da rady jej zbadać. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zwykle w reaktorach energetycznych nie stosuje się naturalnego, a sztucznie wzbogacony izotop uranu-235. Jednak większa część to uran-238, który chłonie większość neutronów. Jądro uranu-238 po wchłonięciu neutronu jest niestabilne i poprzez podwójny rozpad β przekształca się w pluton-239 również zdolny wchłaniać neutrony termiczne tak jak uran-235. Właściwości plutonu jako paliwa różnią się od uranu i przy znacznym jego nagromadzeniu po długiej pracy reaktora w niewielkim stopniu zmienia fizykę reaktora. Wyrzucony przy awarii pluton również przyczynił się znacznie do zanieczyszczeń terenu. Przy czym nadziei na rekultywację nie ma – rozpad połówkowy tego plutonu to 24 tysiące lat. Jedyne pocieszenie to możliwość migracji plutonu w głębsze warstwy ziemi. Występują także inne izotopu plutonu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Właściwości uranu-235:&lt;br /&gt;
* rozpada się po wchłonięciu neutronu termicznego (o małej energii);&lt;br /&gt;
* wydziela przy rozpadzie dużo energii;&lt;br /&gt;
* przy rozpadzie wydziela kolejne neutrony potrzebne do podtrzymania reakcji łańcuchowej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Uran-235 jest konieczny do powstania elektrowni atomowej. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Prawie wszystkie reaktory AES wykorzystują pracę neutronów termicznych o małej energii kinetycznej. Neutrony po rozpadzie uranu albo plutonu przechodzą w fazę zwolnienia, dyfuzji i wchłonięcia przez jądra paliwa oraz części konstrukcyjne. Część neutronów opuszcza strefę aktywną. Równoległe odbywa się ogromna liczba rozpadów jądrowych, więc w pracującym reaktorze zawsze jest równowaga strumieni neutronowych. Zużywanie się jąder paliwa przebiega powoli, dlatego stan paliwa można uważać za raczej stały. Wtedy liczba zaabsorbowanych neutronów, a przy tym i liczba jąder, które się rozpadły, będzie wprost proporcjonalna do strumienia neutronów w strefie aktywnej. Faktyczne zadanie operatorów sprowadza się do określenia i manewrowania strumieniem neutronów odpowiednio do akuratnej mocy reaktora. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jeśliby teoretycznie podzielić neutrony na „pokolenia” (umowność – rozpad jest zjawiskiem przypadkowym, niepodlegającym dokładnemu określeniu, cząstki rozpadają się chaotycznie, a nie porcjami niczym szeregi armii) z numerami 1, 2, 3 i tak dalej, to przy równości liczby neutronów w pokoleniu moc reaktora będzie stała, a reaktor taki nazwany będzie krytycznym, a współczynnik przyrostu neutronów, równy stosunkowi liczby neutronów obecnych do poprzedniego pokolenia, będzie równy jeden. Przy współczynniku przyrostu większego niż jeden liczba neutronów i moc reaktora nieprzewidywalnie rosną – wtedy mamy do czynienia z reaktorem nadkrytycznym. Im wyższy współczynnik przyrostu, tym szybciej wzrasta moc, przy czym moc nie wzrasta liniowo, a wykładniczo. W praktyce przeważnie nie używa się czynnika przyrostu K, a tak zwaną reaktywność ρ, podobną do K, tyle że reaktywność, która wynosi K-1. W praktyce operator ma do czynienia z reaktorem nadkrytycznym, którego reaktywność jest dodatnia i nie wynosi więcej niż jedna dziesiąta. Przy większej reaktywności szybkość wzrostu mocy staje się niebezpieczna dla stabilności reaktora i urządzeń go obsługujących. Wszystkie reaktory energetyczne mają automatyczną AZ, która hamuje reaktor przy nadmiernej mocy. W reaktorze RBMK, AZ włączało się, gdy szybkość wzrostu mocy skoczyła dwukrotnie w czasie dwudziestu sekund. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ważna uwaga. Przy rozpadzie jądra uranu około 0,7% neutronów nie wydziela się zaraz po reakcji, a powstają jako neutrony opóźnione. Liczy się je do pokoleń, przez co zwiększają statystykę żywotności danej „populacji” neutronów. Neutrony opóźnione oznacza się przez β. Jeśli nadmierna (dodatnia) reaktywność osiąga (albo i przekracza) wartość β to reaktor staje się krytyczny tylko względem neutronów prędkich, szybkość zmian liczebności w pokoleniach jest duża – określa się czasem zwolnienia i dyfuzji neutronów, dlatego szybkość zwiększenia mocy jest spora. Metod obronnych w takim wypadku nie ma – tylko zniszczenie reaktora może zahamować taką reakcje łańcuchową. Tak było i 26 kwietnia 1986 roku na czwartym bloku czarnobylskiej AES. Faktycznie w wyniku tworzenia się w strefie aktywnej plutonu oraz stosunku pomiędzy neutronami prędkimi i opóźnionymi w reaktorze RBMK wyznaczanym poprzez wielkość β wynosiło nie 0,7%, ale 0,5%.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Reaktor RBMK-1000 to reaktor typu kanałowego, z moderatorem grafitowym i wodą jako termoprzekaźnikiem. Płyta paliwowa składała się z 36 prętów o długości 3,5 metra. Instalacje termiczne ustawione były za pomocą krat przymocowanych na centralnym trzonie, rozmieszczonych na dwóch osiach – na wewnętrznej 6 sztuk, a na zewnętrznej 12 sztuk.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Każda taka płyta (kaseta) składała się z dwóch kondygnacji. Aktywna strefa miała 7 metrów. Każdy pręt składał się z granulek UO2 umieszczonych w hermetycznie zamkniętej rurze ze stopu cyrkonu z niobem. W odróżnieniu od reaktorów korpusowych, gdzie wszystkie kasety są umieszczone w jednym kadłubie, przeznaczonym na pełną pracę, w reaktorze RBMK każda kaseta jest umieszczona w oddzielnym kanale, podobnym do rury o średnicy 80 milimetrów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Strefa aktywna reaktora RBMK o wysokości 7 metrów i średnicy 11,8 metra nabita była 1 888 grafitowymi prętami z otworami każdy, co tworzyło ustalone kanały. Spośród tego 1 661 – kanały paliwowe, pozostałe zaś były prętami SUZ, gdzie 211 prętów miało za zadanie chłonięcia nadmiaru neutronów oraz 16 czujników kontrolnych. Kanały SUZ były umieszczone równomiernie po całej aktywnej strefie w sposób radialny i azymutalny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Od spodu do kanałów prętowych doprowadzana była zwykła woda pod ciśnieniem, spełniająca funkcje przenośnika ciepła i chłodzącą jednocześnie. Woda częściowo paruje i pod postacią pary wodnej zostaje przetransportowana do separatora pary, gdzie zostaje dalej przesłana na turbiny. Woda z separatora pary za pomocą GCN znowu zostaje wprowadzona do obiegu w kanałach prętowych. Para po wykonaniu pracy na turbinach kondensuje się i powraca do obiegu termicznego. I tak obieg zamknięty trwa. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warto rozpatrzyć konstrukcję danego elementu aktywnej strefy, gdzie podziewają się neutrony będące produktem rozpadu. Część neutronów bezpowrotnie opuszcza granicę reaktora, część zostaje wchłonięta przez moderatory, termoprzekaźniki, elementy konstrukcyjne i inne produkty reakcji jądrowych. To bezproduktywna utrata neutronów. Pozostałe neutrony zostają pochłonięte przez paliwo. Dla podtrzymania stałej mocy, ilość neutronów wchłaniana przez pręty paliwowe powinna być stała. Biorąc pod uwagę, że jeden rozpad uwalnia średnio 2,5 neutronu, to aby reaktor był krytyczny, półtora neutronu musi być pochłaniane przez elementy otoczenia.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Taki reaktor jest niezdolny do pracy z chociażby jednego powodu: przy rozpadzie jąder uranu powstają inne pierwiastki, a wśród nich w znacznej ilości ksenon-135, który posiada właściwość pochłaniania dużej ilości neutronów. Przy podniesieniu mocy reaktor wytwarza ksenon, a po czasie zaczyna się wygaszać. Tak było z pewnym amerykańskim reaktorem. E. Fermi obliczył ilość wchłanianych neutronów przez ksenon i zażartował, że jądro wyszło wielkości pomarańczy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dla kompensacji tego do reaktora ładuje się więcej paliwa, niż być powinno, aby przy stałym upływie neutronów wytwarzało się ich więcej z rozpadu. Aby nie doszło do stałego zwiększania mocy reaktora, do strefy aktywnej wprowadza się materiały intensywnie chłonące neutrony. Metody wyrównywania stanu równowagi neutronowej mogą być różne, rozpatrzymy tu tylko te, które dotyczą reaktorów RBMK.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W kanałach SUZ rozmieszczają się pręty zawierające silny pochłaniacz neutronów – bor, za pomocą którego kontroluje się bilans neutronowy, a przez to i moc reaktora. Przy konieczności zwiększenia mocy część prętów zostaje całkowicie lub częściowo z aktywnej strefy wyciągnięta, co skutkuje powiększeniem liczy neutronów. Gdy moc zbytnio wzrośnie, znów opuszcza się pręty, hamując moc reaktora. Gdy powraca się do stanu poprzedniego, z reguły położenie prętów nie jest identyczne z ustawieniem sprzed wyciągnięcia – to wszystko zależy od zmiany reaktywności strefy, mocy reaktora i wzmocnienia współczynnika reaktywności. Przy konieczności zmniejszenia mocy do strefy wprowadzane są pręty chłonące neutrony, co czyni reaktor podkrytycznym i moc maleje. Na nowym poziomie moc stabilizuje się zmianą położenia prętów. Wszystko to kontroluje AR. Operator naciśnięciem przycisku zmienia tylko moc reaktora. I ostatnia sprawa – kwestia operatora. Prawda, w kontakcie z RBMK często bywa inaczej. Operator musi często sam regulować prace koordynując ruch prętów w centralnej lub innej części reaktora.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W nowo wybudowanym reaktorze kanały prętów ładowane są świeżymi, niewykorzystywanymi granulatami uranowymi. Jeśli wszystkie 1 661 prętów załaduje się paliwem, to współczynnik przyrostu będzie tak ogromny, że zapanowanie nad nim prętami kontrolnymi będzie niemożliwe. Dlatego blisko 240 ładuje się specjalnymi pochłaniaczami neutronów. I jeszcze kilkaset pochłaniaczy w otworach prętów paliwowych. Przy wyciągnięciu wszystkich pochłaniaczy podtrzymanie reaktywności strefy spełnia się zamieniając najbardziej wypalone pręty świeżymi. Nastaje stan stacjonarnych przeładunków.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W reaktorze RBMK kasety paliwowe zmienia się specjalną rozładunkowo-załadunkową maszyną. W takim wypadku strefa zawiera w całości wypalone pręty, które wymienia się świeżą zawartością. Na taki stan obliczana jest dokładana ilości potrzebnych prętów kontrolnych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Każdy SUZ ma wpływ na reaktywność, zależnie od miejsca położenia i stanu pola neutronowego. W reaktorze RBMK reaktywność przyjęto mierzyć w prętach – hamowanie jednego pręta wynosi około 0,05%. Jak już było wcześniej pisane, im wyższa reaktywność, tym szybciej wzrasta moc reaktora. Szybkość zmniejszania mocy również jest większa przy zwiększaniu się wartości ujemnej reaktywności.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przy jakiejkolwiek awarii czy uszkodzeniu systemu, aby zapobiec większym komplikacjom, należy tłumić reaktor. Dlatego pręty SUZ zawsze powinny znajdować się w nadmiarze dla sprowadzenia reaktora do stanu podkrytycznego. Kiedy reaktor jest krytyczny (krytyczny nie oznacza tyle co „katastrofalny”, a to, że współczynnik przyrostu wynosi 1, a reaktywność równa się zeru) obowiązkowo musi mieć jakieś ilości prętów przygotowanych w zanadrzu do nagłego wprowadzenia do strefy aktywnej, aby zapobiec reakcji łańcuchowej. I czym więcej prętów posiada się w zapasie, tym większa pewność, że reaktor przy stanie niebezpiecznym zostanie szybciej stłumiony do stanu podkrytycznego. To normalne dla wszystkich reaktorów, zaprojektowanych zgodnie z normami i regułami bezpieczeństwa.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
We wszystkich reaktorach tym albo innym sposobem wprowadza się część instrumentów odpowiedzialnych za reaktywność reaktora – konieczne do manewrowania mocą. Na przykład, przy koniecznej obniżce mocy tymczasowo powiększa się ilość ksenonu (mówi się o „zatruciu ksenonowym”), co zwiększa ilość pochłanianych neutronów i aby to zrekompensować ze strefy aktywnej wyciąga się część prętów kontrolnych. Inaczej reaktor należy wyłączyć i czekać na rozpad ksenonu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W reaktorze RBMK przy pracy część prętów systemu SUZ znajduje się w całości lub częściowo w strefie aktywnej co hamuje (kompensuje) jakąś nadmierną reaktywność. Tę wielkość określa się mianem OZR. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Operatywny zapas reaktywności – to dodatnia reaktywność, którą reaktor by posiadał w sytuacji całkowitego wyciągnięcia SUZ.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jak w każdym normalnym reaktorze, tak i w reaktorze RBMK zapas reaktywności jest konieczny do operowania mocą. Jeszcze po awarii w pierwszym bloku leningradzkiej AES, która zdarzyła się w 1975 roku, dla RBMK był określony minimalny zapas reaktywności w postaci 15 trzonów z konieczności regulacji eksploatacyjnej w strefie aktywnej. A po czarnobylskiej katastrofie znaleziono doskonałą dzikość, absurd – przy małym zapasie AZ nie głuszyło, a rozpędzało moc reaktora. Im mniejsza reaktywność tym, większe niebezpieczeństwo nuklearne RBMK? U nas jak zwykle!... My nie jesteśmy jak reszta. Jeszcze reaktorów z takimi właściwościami nie znaleziono. Można zrozumieć, że AZ nie uciszyło reaktora, ale by samo rozpędziło reaktor – coś takiego się w najczarniejszych snach nie śniło. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak jak i OZR, tak w książce często będzie wspominany parowy efekt reaktywności i współczynnik reaktywności mocy. Wyjaśnijmy pojęcia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Załóżmy, że reaktor pracuje na danej mocy przy stałym przepływie termoprzekaźnika. W kanałach woda nagrzewa się i pojawia się para. W miarę przepływu coraz większej ilości wody, ciepło zostaje zabrane przy produkcji pary. Więc w układzie statycznym mamy w granicach obiegu stałą ilość wody. Teraz będziemy powiększać moc. Ilość ciepła rośnie, więc w aktywnej strefie będzie coraz więcej pary. W jaki sposób zadziała to na reaktywność aktywnej strefy – zmniejszy czy zwiększy – zależy od współzależności w strefie jąder spowalniacza i paliwa. Woda, tak jak grafit, także jest spowalniaczem neutronów i w związku ze zwiększeniem ilość pary, maleje ilość wody w stanie ciekłym. Projektanci, zapewne wychodząc z ekonomicznych założeń, opracowali współzależność jąder spowalniacza i paliwa w RBMK w taki sposób, aby pełna zamiana wody w parę zwiększyła reaktywność o 5/6 β.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Czym to groziło? Na przykład, przy zerwaniu rury termoprzekaźnika o średnicy 800 mm, następuje „odwodnienie” obiegu i wolnodziałająca AZ nie uporała by się z takim wzrostem reaktywności, powodując eksplozję taką jak 26 kwietnia. To nie wszystko. Przy zwiększeniu mocy temperatura paliwa zawsze rośnie co prowadzi do zmniejszenia reaktywności. W reaktorze RBMK przy zmianie mocy, w zasadzie, dwa czynniki wpływają głównie na reaktywność: negatywny efekt temperaturowy paliwa i dodatni efekt parowy. One to składają się na współczynnik reaktywności mocy – zmianę reaktywności przy zmianie mocy o jeden megawat (opcjonalnie kilowat). Inne efekty zmiany reaktywności zależące od mocy to temperatura topnienia grafitu i zatrucie ksenonowe, aczkolwiek mają one niewielki wpływ, okazuje się teraz, i nie wpływają na dynamikę reaktora. W poprawnie skonstruowanym reaktorze współczynnik mocy powinien być ujemny. To oznacza, że przy jakimkolwiek zaburzeniu rośnie reaktywność, co towarzyszy wzrostowi mocy, a to prowadzi do zmniejszenia reaktywności i moc stabilizuje się, ale na dużo wyższym poziomie. W reaktorze RBMK współczynnik mocy był dodatni w dużym diapazonie mocy – to naruszenie wymagań dokumentów normatywnych. To właśnie bezpośrednio wpłynęło na powstanie katastrofy 26 kwietnia.&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Oxena</name></author>	</entry>

	<entry>
		<id>https://wiki.czarnobyl.pl/index.php?title=U%C5%BCytkownik:Oxena&amp;diff=5621</id>
		<title>Użytkownik:Oxena</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="https://wiki.czarnobyl.pl/index.php?title=U%C5%BCytkownik:Oxena&amp;diff=5621"/>
				<updated>2019-11-24T01:14:04Z</updated>
		
		<summary type="html">&lt;p&gt;Oxena: create user page&lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Oxena</name></author>	</entry>

	<entry>
		<id>https://wiki.czarnobyl.pl/index.php?title=U%C5%BCytkownik:Amoniak/Czarnobyl._Jak_to_by%C5%82o/Rozdzia%C5%82_1&amp;diff=5620</id>
		<title>Użytkownik:Amoniak/Czarnobyl. Jak to było/Rozdział 1</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="https://wiki.czarnobyl.pl/index.php?title=U%C5%BCytkownik:Amoniak/Czarnobyl._Jak_to_by%C5%82o/Rozdzia%C5%82_1&amp;diff=5620"/>
				<updated>2019-11-24T01:10:49Z</updated>
		
		<summary type="html">&lt;p&gt;Oxena: /* Rozdział 1. Pięć lat później. */  Głównie drobne literówki&lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;== Rozdział 1. Pięć lat później. ==&lt;br /&gt;
26 kwietnia 1986 roku o 1:23 i czterdzieści sekund naczelnik zmiany bloku Nr 4 CzAES [[Aleksandr Akimow]] wydał polecenie „wyciszenia” reaktora po zakończeniu pracy, w związku z zaplanowanym gruntownym remontem bloku. Polecenie zostało wydane spokojnie, praca przebiega bez zakłóceń, system centralizowanej kontroli nie pokazuje żadnych niepokojących parametrów reaktora lub obsługujących go systemów. Operator reaktora [[Leonid Toptunow]] zdjął ochronkę z przycisku procedury AZ, która chroniła przed przypadkowym naciśnięciem, i uruchomił procedurę. Po sygnale 187 prętów reaktora zostało opuszczonych do strefy aktywnej. Na monitorze zapaliły się czerwone diody i strzałki na skorowidzu, wskazujące położenie prętów. Aleksander Akimow obserwował to stojąc wpół obrócony do naczelnika obsługi reaktora. W pewnym momencie zauważył, że „zajączki” wskaźników balansu AR „rzuciły się w lewo” (jego wyrażenie), co oznaczało znaczne obniżenie mocy reaktora. Akimow odwrócił się ku panelu bezpieczeństwa, skąd później obserwował przeprowadzanie eksperymentu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale później stało się to, czego najśmielsza fantazja nie mogła przewidzieć. Po niewielkim spadku mocy, reaktor raptownie zaczął ją zwiększać uruchamiając wszelakie sygnały alarmowe. Leonid Toptunow zaalarmował o niebezpiecznym skoku mocy, ale nic nie mógł zrobić – to przerosło jego siły. Jedyne co mógł uczynić, uczynił – powstrzymał wejście części prętów kontrolnych do aktywnej strefy reaktora, uruchomionych w procedurze AZ. Nie miał żadnej innej możliwości. On i nikt inny, nigdzie indziej. Aleksander Akimow rozkazał stanowczo: „Wyłącz reaktor!”. Podskoczył do pilota, odciął prąd od elektromagnetycznych muf trzonów SUZ-u. Działanie ofiarne, aczkolwiek daremne. Przecież procedura SUZ, czyli wszystkie jej elementy pracowały zgodnie z logiką przeznaczenia. Teraz było jasne – po naciśnięciu przycisku AZ nic nie można było zrobić, nie było ratunku. Wszystko zawiodło! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nastąpiły dwie potężne eksplozje w krótkim odstępie czasu. Trzony AZ zatrzymały się, choć nie przebyły nawet połowy swej drogi. Reszty drogi już nie było.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
O 1:23 i czterdzieści siedem sekund reaktor został zniszczony w wyniku eksplozji termicznej, wywołanej nagłym skokiem emisji neutronów opóźnionych. To krach, katastrofa najwyższego rzędu, jaka może dotyczyć elektrowni atomowej. Nikt jej nie przewidywał, nikt się do niej nie przygotowywał, nie było żadnych ustalonych z góry procedur technicznych, co czynić w takiej sytuacji, więc nikt takich działań nie podjął. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zamieszanie, niezrozumienie i pełne zaskoczenie, co i jak to się stało, długo panoszyło się w naszych umysłach. Nawał spraw wagi życia i śmierci napełnił nas, wyparł wszystkie inne myśli z głowy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Patrząc w przeszłość, nie wiem i nie umiem powiedzieć, czy to dawno (przeszło pięć lat temu) czy niedawno: wszystko do tej pory stoi przed moimi oczami – z pełną odpowiedzialnością konstatuję, że zrobiliśmy wszystko co możliwe w tej ekstremalnej sytuacji. Nic więcej uczynić się nie dało. Nie było paniki, ani chorej psychozy. Żaden człowiek nie porzucił swego miejsca pracy dobrowolnie, wszyscy wyruszyli na ratunek. Wszyscy wyszliśmy z tego okaleczeni ciężkimi ranami na zdrowiu – dla wielu ciągnącymi się do końca życia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Należy podkreślić, że to byli specjaliści świadomi niebezpieczeństwa zaistniałej sytuacji, ale się nie lękali. Nigdy nie można zapomnieć, o ich fachowej, dzielnej, na granicy poświęcenia, pracy po awarii. Nie stawiam sobie za zadanie badanie takiego zachowania, nie chcę oceniać mentalności ludzkiego umysłu w skrajnych sytuacjach. To temat dla bardziej wykwalifikowanego pisarza. Moje zadanie jest prostsze – pokazać, jak ludzie zachowali się w tej sytuacji, pokazać ich ogromny hart ducha. Czy było to spowodowane związkiem z energią atomową, czy z jakiegokolwiek innego powodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Mówić praktycznie będę tylko o przeszłości, starannie trzymając się faktów. Wszystkie informacje tu zawarte mogę potwierdzić dokumentami lub podać miejsce znajdowania się źródeł. Wszystko precyzyjnie. Kwestia dotyczy wielu ludzi z różnych pokoleń. Dość wymysłów. Nie widzę u siebie daru pisania i nigdy nie sięgnąłbym za pióro, jednak minęło już pięć lat, a nadal nie ma wierzytelnego opisu wydarzeń i przyczyn. Należy w końcu oddać hołd poległym (a raczej – zabitym) kolegom.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
:Uchwałą prokuratury:&lt;br /&gt;
:„Śledztwo umorzono w stosunku do Akimowa A.F., Toptunowa L.F, Perewaczenki W.I. na mocy artykułu 6 paragrafu 8, kryminalno-procesowego kodeksu USSR 28 listopada 1986 r.”&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ich też by pewnie posądzili i skazali, na pewno, gdyby nie umarli. Oni już się nie obronią. To przecież nic, że ich krewnym ciągle prokuratura przypomina: wasz syn, ojciec, mąż – to przestępca, pamiętajcie! To grzebanie dobrego imienia zmarłych. Prawda nie leży w ich naturze.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie, nie milczałem te pięć lat. Nie uznając ani siebie, ani personelu winnymi za eksplozję reaktora, opisałem dokładne techniczne uzasadnienie całego owego zajścia. Gdzie? Łatwiej odpowiedzieć, gdzie nie pisałem. Wszystko na nic. Tylko R.P. Siergienko w swoim filmie i ukraińska gazeta „Komsomolski sztandar” dały możliwość wypowiedzenia się. Naturalnie, przez ograniczony czas filmu i miejsca w gazecie nie da rady wyjaśnić tak zawiłego problemu. Piszę to i myślę, czy da radę go wydrukować?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Interesująco kształtuje się to w naszym błogosławionym kraju! Jak jedni otrzymują dostęp do swobodnej wypowiedzi w gazetach, czasopismach, tak innym ta możliwość jest zabrana. Nie wiem, może to tak należy. Po co różne poglądy na jeden i ten sam problem? Prawda jest jedna. Byłem w Niemczech – tam znaleźli możliwość zorganizowania prawie półgodzinnej emisji w telewizji, napisali artykuł w gazecie. I to bez jakiejkolwiek inicjatywy z mojej strony. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W październiku 1900 roku przeczytałem referat grupy specjalistów z MAGATE, wydany w 1986 roku po informacji radzieckich naukowców w Wiedniu o przyczynach katastrofy czarnobylskiej. Ponieważ sowiecki komitet informacyjny na czele z akademikiem W.A. Legasowem nie miał za priorytet głoszenia prawdy, oczerniając personel i przemilczając ważne fakty, to i referat MAGATE zawierał poważne nieprawidłowości. Uwagi co do treści oficjalnego komunikatu skierowałem do dyrektora MAGATE pana H. Blixa. No, i co z tym upomnieniem. Jakimś cudem dostały się w ręce redaktora czasopisma „Nuclear Engineering” i to właśnie on w liście do mnie zaproponował napisanie artykuł, który został wydany w 1995 roku. Bo jak normalni ludzie, oni chcą się uczyć na cudzych błędach. A my, nie chcemy się uczyć nawet na swoich… &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przeczytałem w czasopiśmie „Огоньке” partyzancki (w sensie trwałości, niezmienności opinii w oskarżeniach personelu) wywiad akademika A.P Aleksandrowa, po którym sam napisałem artykuł i przyniosłem do redakcji. Nie trzeba wierzyć na słowo – mogę wskazać, gdzie to było napisane. Zgodny byłem na redakcję artykułu, naturalnie, z zachowaniem oryginalnego sensu i przesłania. Nie wydali go. Im można się wypowiadać, a nam – nie. Rozumiem, że nie ma w „Огоньке” tyle miejsca, ale następnie znalazła się przestrzeń dla oczerniających wymysłów Kiewrolewa i Asmolowa. To utwierdza w przekonaniu o „spisku”. I to w 1991 roku!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie można powiedzieć, że nic się nie zmienia. Pomimo potężnego półświatku doktorów i akademików, przebija się prawda dzięki sile samotnych entuzjastów, takich jak W.P. Wolkow, A.A. Jadrichinskow, W.B. Dubowskog, a obecnie nawet i spójnych zespołów. Prawda o prawdziwych przyczynach katastrofy. Nie, ja nie głoszę, nie wyjaśniam prawdy. Ona jest już dawno wyjaśniona, także sprawa twórców reaktora. Teraz tylko głosi się ją pisemnie, co dawniej było niemożliwe. Chociaż i tak, zarówno dawniej, jak i teraz, wiedza ta jest dostępna wąskiemu gronu. Dziwne stanowisko obrali w tej sprawie doktorzy i akademicy – nie widzą oczywistego, przez wiele lat. Jednak wierzę, że nadejdzie czas, kiedy prawda zatryumfuje, i nawet wierzę – bliżej niż za 50 lat! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Oficjalna wersja przyczyny katastrofy 26.04.86 r., niezmiennie obarcza winą za katastrofę personel. Rozwianie tego poglądu przypada dopiero na nasze czasy. Dlaczego tak się stało – ciężko jednoznacznie powiedzieć. Odpowiem tak, jak mi się wydaje. Rozmyślałem o tym wiele – są pytania jasne, jak i niełatwe.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Decyzje oficjalnych organów państwowych w sprawie przyczyn katastrofy. Tutaj sprawa jest klarowna. Wydaje mi się, że żadnych innych osądów być nie mogło, ponieważ dochodzenie od samego początku było w rękach twórców reaktora, czyli potencjalnych sprawców. W niejednej komisji były osoby gotowe za przyczynę wybuchu uznać właściwości reaktora same w sobie. I na odwrót, jednak korporatywne oskarżenie personelu, stało się ogólnie przyjętą decyzją. Znów wszystko idzie po dobrze wszystkim znanej ścieżce metod charakterystycznych dla Związku Radzieckiego. W ich oczach nie było innej przyczyny powstania awarii niż niedbalstwo i samowolka obsługujących reaktor ludzi. Nawet jeśli komisje odkryłyby prawdziwe przyczyny (czego możliwości wykluczyć nie można) to i tak „polityka” zwyciężyłaby i ogłoszono by to, co zostało ogłoszone. Inaczej być nie mogło. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Prasa'''. Dlaczego nasi przenikliwi i skrupulatni dziennikarze tak naiwnie i bezwarunkowo wszystkiemu uwierzyli? Dlaczego ich czujność nie obudziła jednostronna tendencyjność komisji? No, zwyczajnie, komisje są autorytatywne, nie wywołuje to jakiś specjalnych przypuszczeń. Ale przecież początkowo były idee zupełnie różne z oficjalnym komunikatem i nie wzbudziło to niczyich podejrzeń. Dziennikarze zostawili śledczy aspekt sprawy bez większego zainteresowania. Prasa zajmowała się tylko jednym – potępianiem personelu. Ze wszystkich stron, z różnym stopniem zawziętości. Oprócz dwóch protestujących artykułów w „Литературной газете” poświęconym reaktorowi RBMK i przymiotów obsługujących blok, to aktów sprzeciwu, zdaje się, nie było. U korespondenta M. Odyńca, potępieniu ulega nawet to, że A. Diatłow, bronił się w sądzie. W naszym radzieckim, jaśnie świątobliwym sądzie nawet bronić się nie wypada. Ale z drugiej strony, lepsza taka jawna złośliwość niż oskarżanie podobne do kondolencji. Tak w rozmowie z korespondentem „Аргументов и фактов” postępuje rzecznik prasowy ds. Czarnobyla – Kowalenko. Człowiek twierdził, że jeśli był kompetentny do związków z mediami, to już jest i znawcą ds. reaktorów. Z przekonaniem mówi: „We wszystkich podręcznikach i instrukcjach pisze się, że reaktor nie może eksplodować w żadnych warunkach.” I dodaje: „Dziś już wiemy. Oni żyli prawami i definicjami swoich czasów, a wówczas panowało przekonanie: co nie zrobisz z reaktorem, to i tak nie wybuchnie.” Nie spotkałem się ani z podręcznikiem, ani z instruktażem, że eksplozja reaktora jest niemożliwa w jakiś warunkach. Co więcej, w 1986 roku wiedziano o przynajmniej pięciu wypadkach podobnego typu, które zdarzyły się na terenie naszego kraju. Operator reaktora, a szczególnie typu RBMK wie, że z takim urządzeniem nie można zrobić co chcesz. Eksplozja, nie eksplozja, ale awaria będzie w takim wypadku na pewno i to nie byle jaka. Uczynili nas głupcami i myśleli, że za takich nas wezmą. Prawda, dr O. Kazaczkowski mówił odwrotnie – „fachowcami”, rozlewając wprost balsam na duszę. Tak, wielu znów uzyskiwało szacunek w naszych oczach. Byliśmy już zahartowani na nieprzewidywalne i fałszywe oskarżenia personelu oraz spryt uczonych. A prasa to wszystko wpajała społeczeństwu. Rzeczywiście, do szerokiego grona kręgów technicznych i społeczeństwa dostało się owe przesłanie dotyczący awarii, przyjęte przez MWTS pod przewodnictwem szefa Akademii Nauk ZSRR, A.P. Aleksandrowa. Tylko jakoś dziwnym trafem mediom umknęło, że ów szef jest wynalazcą i naukowym kierownikiem tematu reaktorów typu RBMK. Gdzie się podziała etyka? Nie mówiąc już o prawie… &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pierwsi, którzy nie zgodzili się z oficjalną wersją przyczyn awarii, to pracownicy elektrowni atomowych z tym samym typem reaktora. To zrozumiałe: wystarczyło tylko spojrzeć i zrozumieć to techniczne przedsięwzięcie, że może ono być dla nich równie niebezpieczne, że może się wydarzyć to samo co w roku 1986. Oni wreszcie zrozumieli, na czym pracowali przez te wszystkie lata. Ale to wąska i przeważnie (mimo woli) dobrze poinformowana grupa ludzi.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Władzy wydawało się, że przestępców ujawnili, ogłosili, skazali – wszystko w porządku! Jednak społeczeństwo zareagowało w odrębny i zgodny ze zdrowym rozsądkiem sposób, odbijając we wprost przeciwnym kierunku. Katastrofa doprowadziła do wyłączenia wielkich połaci terenu na długi czas. Spowodowana została błędem personelu. Czy można wykluczyć w przyszłości podobne błędy? Zwyczajnie, nie. Żaden normalny człowiek nie zaryzykuje odpowiedzieć twierdząco. Chociażby się wyselekcjonowało najlepszych ludzi – gwarancji bezbłędnej pracy nie będzie. Nie ma takiej opcji, nie ma „operatorów tysiąclecia”. A nawet jakby, to niemożliwe jest to do zastosowania w energetyce jądrowej. W co by się to odwróciło, to wiemy. Jak to rozwiązać – dopiero należy się dowiedzieć. Czy można przewidzieć taki tok wydarzeń? Zwyczajnie, taka sama była reakcja ludzi. Tak, przepowiednia socjalnych skutków decyzji znów ugodziła w siłę radzieckich władz i partii. Jednak ta pozycja się nie rozwinęła, bo była niepotrzebna. Wtenczas uruchomiła się wielka maszyna propagandy, białe stało się czarne, a aparat przemocy stał w pogotowiu. Nie ma co rozmyślać. To po prostu radziecki korpus inżynieryjny, poza wątpliwościami dotyczącymi tej sprawy, miał możliwość wyrobienia sobie własnej opinii i narzucenia ją społeczeństwu wykorzystując głód wiedzy. Chociaż, myślało się, co ukryć skoro wszyscy zameldowali już do MAGATE?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Stanowisku, jakie zajęli naukowcy z MAGATE, należy się osobna dyskusja. Według nowej radzieckiej polityki, grupa fachowców miała przygotować dokument dla międzynarodowej społeczności o katastrofie czarnobylskiej, składający się z dwóch części: niewielkiej książeczki o przyczynach awarii i dużej – z wyjaśnieniem zaistniałych problemów radiacyjnych i medycznych. Treści drugiej części poruszać nie będziemy. Jaką opinię ustosunkowało środowisko międzynarodowe po przestudiowaniu pierwszej części – dokładnie o tym opowiem dalej. Tu rozpatrzymy to, nie wdając się w szczegóły. Reaktor eksplodował przy okolicznościach:&lt;br /&gt;
* nie było żadnych kataklizmów przyrodniczych: powodzi, trzęsienia ziemi, tunguskiego czy innego meteorytu;&lt;br /&gt;
* nie było akty dywersji;&lt;br /&gt;
* nie było aktu terroryzmu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pomimo wszystkich tych niedociągnięć informacyjnych eksperci z MAGATE zaraportowali w zasadzie faktyczne okoliczności awarii i wykresy parametrów. Także w tych umowach specjaliści z MAGATE godzili się z radzieckimi naukowcami co do obarczenia odpowiedzialnością za wybuch personel. W związku z tym powstaje pytanie: czy dopuszczali oni możliwość eksplozji (jądrowej eksplozji) reaktora, dokonanego według normatywnych dokumentów, wskutek błędu operatora? Jeśli dopuszczają, to ich propaganda rozwoju energetyki jądrowej jest amoralna. I na Zachodzie operatorzy się mylą.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po awarii przeanalizowałem wielokrotnie nowoprzyjęte w Związku Radzieckim normatywne dokumenty dotyczące projektowania reaktorów atomowych i nie znalazłem sytuacji, przy której wybuchałby reaktor zaprojektowany zgodnie z PBJa i OPB. Anomalie naturalne nie były brane pod uwagę. Niewątpliwie, pretendować na wszechobejmującą pełną analizę nie śmiem, to nie na siły jednego człowieka. Ale nie widzą takich sytuacji i zespoły naukowców tworzących raporty, inaczej byłyby zabezpieczenia przeciw takim sytuacjom. Ze względu na kwalifikację ekspertów MAGATE, im nie sprawiło trudności na podstawie ich materiałów wnioskować o wieloliczebnej niezgodności projektu reaktora z normatywnymi dokumentami, które nasuwają konkluzja, że reaktor był niezdolny do eksploatacji. Nie sprawiało im też trudności dojść do wniosku, że przypisywane nam zmiany parametrów zawartych w instrukcjach (naprawdę tych zmian nie było) w żadnym wypadku nie mogły być przyczyną wybuchu, albowiem były zgodne z normami zawartymi w projekcie. Zapewne, oszołomiona komisja, której na głowę nagle spadła wiadomość ze Związku Radzieckiego pośpiesznie wypuściła referencję, idącą ślad w ślad za opinia sowieckich ekspertów. Niczym innym nie można wytłumaczyć, na przykład, takich fragmenty owego dokumentu: &lt;br /&gt;
W czym on mija się z faktami i dlaczego nie dopuszczono go do wielu kompetentnych ludzi:&lt;br /&gt;
# Nie było wydruków, została ona wydana dopiero po awarii. To obciąża sumienie informatorów. &lt;br /&gt;
# Wydruk położenia prętów na godzinę 1:22 i 30 sekund. Procedura AZ została uruchomiona o 1:23 i 40 sekund. W ten czas należy przeprowadzić analizę 211 trzonów. Zdąży? Radzieckim informatorom było jasne, że nie – to gierka mająca na celu zhańbienie personelu. Dlaczego eksperci nie chcą nawet przez chwilę logicznie pomyśleć? &lt;br /&gt;
# Czyżby eksperci nie widzieli sprzeczności: „…nie dysponował odpowiednim zapasem reaktywności reaktora dla wykonania owej czynności zatrzymania go. W takiej sytuacji należało wygasić reaktor…” Wychodzi na to, że wykonanie czegokolwiek nie może zostać usprawiedliwione – w ogóle, bez żadnych wątpliwości. Na przykład, zobaczyliśmy na wydruku mały zapas. Według przepisów przy odchyleniu parametru i naciśnięciu procedury – otrzymuje się eksplozję. Tak też i było 26.04.86 roku. Tylko procedura była uruchomiona po zakończeniu pracy.&lt;br /&gt;
# I najważniejsze. Jak rozumieć, że reaktor „…nie dysponował dostatecznym zapasem reaktywności potrzebnym do zatrzymania się…”? W książkach o reaktorach napisano, że reaktor musi mieć reaktywność nie ograniczoną procesami działającymi na reaktywność. To zrozumiałe i całkiem logiczne z naturą reaktorów. I w książkach nie ma nawet aluzji o jakimś minimum (?!) potrzebnym do zatrzymania reaktora. Tego, że AZ staje się procedurą przyspieszającą wzrost jakiegoś parametru – nie ma i w dokumentach dotyczących RBMK: w projektach, instrukcjach, regulaminie. Że to tak działa dowiedziano się dopiero po awarii. Konstruktorzy trzonów SUZ-u stworzyli konstrukcyjne paszkwile, a radzieccy naukowcy twierdzą, mydląc oczy MAGATE, że to na nic nie wpłynęło.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Skandal! Podsumowując, radzieccy informatorzy Zachodu wiedzieli, że takowy model trzonów jest niezdolny do pracy – od razu po awarii ograniczyły używanie takiej konstrukcji, a w późniejszym czasie całkowicie je wymieniono. Oni mieli jeden cel – przekonać, że zły personel zniszczył dobry reaktor. Udało im się to. Dlaczego W.A. Legasow nie przywłaszczył sobie za to tytułu Bohatera, jak to oponuje W. Gubarew, nie pojmuję?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W takiej sytuacji nie ma innego wyjścia niż kłamstwo. Zaledwie trzydzieści słów, a ile niosą błędnych informacji! Oświadczenie fachowców z MAGATE opierało się na tych samych źródłach. I tak oto obiegły one cały świat, rozlewając święty olej na głowy radzieckich naukowców. Wracając do rozpatrywania decyzji z 1991 roku, czy uczeni z MAGATE będą odważni napisać ponowną referencję, odpowiednią z rzeczywistością i godną dostojeństwa tej organizacji? Pokaże to najbliższa przyszłość. Nadal katastrofa Czarnobylska interesuje uczonych z różnych krajów, którzy nie będą skorzy uwierzyć tak łatwo jak ich poprzednicy. Ale w zasadzie, prowadzone są badania dotyczące poszczególnych aspektów awarii, a nie oficjalny, kompleksowy referat ekspertów, dlatego trzeba nam nadal wypełniać tę negatywną rolę.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciężko jednostce przeciwstawiać się informacjom, które zwalają się na niego. Dobrze, żeby informacji… Stanowisko Rządowej Komisji, wnioski różnych innych komisji, gazety, czasopisma, pisarze… Wszystkie wiatry wieją w jedną stronę. Jak tu nie uwierzyć? Po co, pytam się, zwracać  się z tym do zastępcy premiera ZSRR B. E. Szczerbiny? Po co jemu, jaśnie wielmożnemu (który miał wpływ na wszystko) interweniować w sprawie oskarżonych? Właśnie tak było. Po co innemu wicepremierowi G. Wiedernikowi donosić (powiem wprost – kłamać), że w Czarnobylu zawiodły „wszystkie cztery poziomy obrony przed ludzką głupotą”? Przecież to nie leży w jego kompetencjach. Ale, dali to mu pod osąd. Niemieckie czasopismo „Der Spiegel” №29 z 1987 (Załącznik nr 1) pod zdjęciem posądzonych: dyrektora Briuchanowa, zastępcy głównego inżyniera Diatłowa, głównego inżyniera Fomina pisze: „Chaos, lekceważący stosunek, niedbalstwo.” Prawda, niepojęte, jak to mogło wpłynąć na działanie reaktora. Obraził się on czy co? Nacisk oficjalnego oskarżenia zagłuszał świadomość ludzi. Nie, tak prosto nie można uczynić awarii. Przecież wciąż wszędzie pracują reaktory, jednak nie biorą tego argumentu pod uwagę. Nie widzą leżącego przed nimi. &lt;br /&gt;
# Dlaczego utajniono więcej aktów dotyczących sprawy awarii? Są one niedostępne do dziś. A reaktor nie jest dyskretny.&lt;br /&gt;
# Nie trzeba być fachowcem, żeby dojść do wniosku: było, albo nie było błędów personelu – reaktor eksplodował w okolicznościach nie nieprzewidzianych. A więc, reaktor tak czy siak stwarza zagrożenie.&lt;br /&gt;
# Dlaczego w Związku Radzieckim nigdy żadna wina za awarię nie była po stronie sprzętu? No, to oczywiste, radziecki sprzęt jest najlepszy na świecie, ale nie idealny. Może się mylę? Spróbuję odpowiedzieć na te i inne pytania.&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Oxena</name></author>	</entry>

	</feed>