Wasilij Ignatienko
Wasilij Iwanowicz Ignatenko (ros. Василий Иванович Игнатенко; ur. 13 marca 1961 w BSRR, zm. 13 maja 1986 w Moskwie) - dowódca samodzielnej zmilitaryzowanej jednostki pożarniczej nr 6 w Prypeci. Jego jednostka jako pierwsza przybyła na miejsce wypadku w nocy 26 kwietnia 1986 roku.
Życiorys
Urodził się 5 czerwca 1959 na Białorusi w obwodzie homelskim. Po odbyciu służby w Armii Radzieckiej w 1982 roku objął funkcję, dowódcy samodzielnej zmilitaryzowanej jednostki pożarniczej nr 6 w Prypeci.
26 kwietnia 1986 roku
26 kwietnia 1986 roku o około godziny 1:35 w nocy jego jednostka przybyła na miejsce zdarzenia. Po wstępnej ocenie sytuacji i po przydzieleniu zadań oddziałom gaśniczym podjął decyzję o skierowaniu części strażaków na dach bloku IV oraz III.
Zmarł 14 maja 1986 roku w wieku 27 lat w wyniku ostrej choroby popromiennej w szpitalu nr 6 w Moskwie. Został pochowany na cmentarzu Mitinskoe w Moskwie.
Pośmiertnie uhonorowany tytułem Bohatera Ukrainy, odznaczony medalem "Złota Gwiazda". (dekret Prezydencki nr 328/2006 z dnia 21 kwietnia 2006 r.) oraz Orderem "Za Odwagę" (dekret prezydencki nr 346/1996 z dnia 8 maja 1996) oraz Orderem Czerwonego Sztandaru
Krzyk Czarnobyla
W książce "Krzyk Czarnobyla" autorka, Swietłana Aleksijewicz udokumentowała historię żony Wasilija Ignatenki - Ludmiły.
"... - Nie wolno ci zapominać, że masz przed sobą nie męża, nie ukochanego człowieka, lecz radioaktywny obiekt z wysokim wskaźnikiem skażenia. Jesteś samobójczynią? Weź się w garść.
A ja, jak w malignie: - Kocham go! Kocham go! Śpi, a ja szepczę: - Kocham cię! Wychodzę na szpitalny dziedziniec: - Kocham cię! Niosę kaczkę: - Kocham cię! Wspominałam, jak wcześniej żyliśmy. W naszym osiedlu. Zasypiał nocą tylko wtedy, kiedy wziął mnie za rękę. Taki miał nawyk: we śnie trzymał mnie za rękę. Całą noc. W szpitalu biorę go za rękę i nie puszczam. Noc. Cisza. Tylko my. Popatrzył na mnie bardzo uważnie i nagle mówi: - Tak chcę zobaczyć nasze dziecko. Jak ono? - Jak je nazwiemy? - pytam. - No, to już sama wymyśl. - Dlaczego sama, skoro nas dwoje? - Jeśli urodzi się chłopiec, niech będzie Wasia, a jeśli dziewczynka, Nataszka. - Wasia? Już mam jednego Wasię. Ciebie! Drugiego mi nie trzeba..."
"...Po dwóch miesiącach przyjechałam do Moskwy. Z dworca na cmentarz. Do niego! I tam, na cmentarzu, zaczęły się skurcze. Kiedy tylko zaczęłam z nim rozmawiać. Wezwali pogotowie. Rodziłam u tej samej Angeliny Wasiliewny Guskowej. Jeszcze wtedy uprzedzała mnie:
- Rodzić przyjeżdżaj do nas. Dwa tygodnie przed terminem rodziłam. Nie pokazali. Dziewczynka. - Nataszeńka - nazwałam. - Tato nazwał cię Nataszką. Na oko zdrowe dziecko. Rączki, nóżki. Miała marskość wątroby. W wątrobie dwadzieścia osiem rentgenów. Wrodzoną wadę serca. Po czterech godzinach powiedzieli, że dziewczynka zmarła. I znowu: nie oddamy ci jej! - Jakże, nie oddacie?! To ja jej wam nie oddam! Chcecie ją zabrać dla nauki, nienawidzę waszej nauki! Nienawidzę! Na początek zabrała mi jego, a teraz chce jeszcze... Nie oddam! Pochowam ją sama. Razem z nim. (Milczy). Wciąż nie te słowa mówię. Nie takie. Nie powinnam krzyczeć po insulinie. I płakać nie powinnam. Dlatego i słowa nie te. Ale powiem. Tego jeszcze nie wie nikt. Kiedy nie oddałam im mojej dziewczynki, naszej dziewczynki, przynieśli mi drewniane pudełko: - Ona - tam. Spojrzałam. Zamknęli. Zapłakałam: - Połóżcie ją u jego stóp. Powiedzcie, że to nasza Nataszeńka. Na grobie nie napisano: Natasza Ignatienko. Tam tylko jego imię. Ona wszak była bez imienia, bez niczego. Przychodzę zawsze do nich z dwoma bukietami: jeden - dla niego, drugi kładę jej w kąciku. Pełznę przy mogile na kolanach. Zawsze na kolanach..."