7
edycji
Zmiany
Poprawki jak zwykle cz. 1
Byłem praktycznie zdrowym człowiekiem i w ostatnich latach tylko trzy, cztery dni spędziłem w szpitalu – zostałem inwalidą. Byłem prawym i porządnym człowiekiem – zostałem przestępcą. I w końcu, byłem wolnym człowiekiem – zostałem skazanym.
Tak teraz mówią na zeków. W jakiej gustownej głowie powstało takie nienaturalne połączenie słów? Ju. Feofanow w gazecie „Известия” po analizie ostatnio uchwalonych ustaw w sprawie ochrony praw człowieka zmuszony konstatować: „Tymczasem ''Tymczasem u nas, niestety, słowu obywatela bliżej do słowa przejścia.” '' Ile wtedy obywatela w skazańcu?
I w końcu, wiadomo, dla wyraźniejszego oddzielenia tych dwóch etapów życia, praktycznie starte są ze świadomości wydarzenia 25 kwietnia, pozostały tylko mętne wspomnienia, chociaż wydarzenia związane z awarią pamięć zachowała jasno i bez wątpliwości, a z potwierdzeniem innych świadków i zapisów przyrządów.
No tak, nic sobie nie przypominam, z drogi do pracy 25 kwietnia. Pewnie tak jak zawsze, szedłem pieszo 4 kilometry z domu do elektrowni. To dawało w te i z powrotem miesięcznie 200 km. Dodać 100 kilometrów regularnego biegania truchtem – całkiem dobry wynik dla podtrzymania kondycji organizmu. A głównie, dla utrzymania sprawności układu nerwowego. Gdy tak chodzisz, odrywasz się od wszystkich trosk. Przychodzi coś do głowy – biegnij szybciej. Och, jakiż to był relaks. I chód, i bieg niezbędny był przy tym tempie życia. U nas jakoś nie ma normalnej, skonkretyzowanej pracy. Tym bardziej w formującym się zakładzie pracy. Dane mi było uczestniczyć w budowie, otwarciu i eksploatacji wszystkich czterech bloków Czarnobylskiej AES. W stanowiskach zastępcy kierownika cechu, kierownika reaktora i zastępcy głównego inżyniera. Najmniej – dziesięciogodzinny dzień pracy przy wszystkich roboczych sobotach, wakacjach i niedzielach. Ale , ale nie to było nużące. Przez pół roku po uruchomieniu czwartego reaktora wszystko uleżało się ułożyło i autoregulowałouregulowało, jednak mimo to przed szóstą wieczorem z pracy się nie wychodziło, i to było normalne, albowiem pojawiała się możliwość douczenia się i uzupełnienia technicznych wiadomości, bez których nie można się obejść, a takiej okazji żaden inżynier nie przepuści.
Nie to męczyło, ale męczyło fizycznie i wycieńczało duszę, bezsensowna organizacja pracy, absurdalne wymagania od pracowników i niedorzeczne projekty.
Nie raz spotykałem w prasie i na Czarnobylskiej AES, ze względu na przedterminowe uruchomienia, zarzuty o niską jakość formy budownictwa i montażu. Nic mi o tym nie wiadomo. Przyjechałem na elektrownię we wrześniu 1973 roku. Na zapleczu pojawiały się hasła o puszczeniu do użytku pierwszego bloku już w 1975 roku. Zmiana terminu polegała na przepisaniu piątki na szóstkę. Naprawdę, pierwszy energoblok CzAES uruchomione zostały uruchomiony został 26 września 1977 roku. Drugi – w grudniu 1978 roku, ale jego termin został przyspieszony zapewne za zwłokę z uruchomieniem pierwszego. Tak samo i dwa następne bloki. O ich przedterminowych uruchomieniach mówić nie trzeba. Ciekawe, że przed 31 grudnia tego roku nie można było głośno mówić o niemożliwości uruchomienia tego roku bloku mówić nie można było. Później przyjechali emisariusze i zaczął się montaż nowych niedorzecznych planów i projektów. Sporządzili, podpisali, wyjechali. I tu zaczynają się kłopoty spowodowane surowymi kontrolami awykonalnego projektu od samego początku. Szorstkie narady inżynierów, nocne wezwania. Powiększać zaczęły się nieuniknione opóźnienia w pracy, spada ucisk kontrolerów i praca wraca do normalnego stanu. Do czasu następnego przyjazdu kierownika.
Nigdy nie rozumiałem tych dodających otuchy iniekcji. One tylko szkodziły. Jeśli mamy coś wykonać w nierealnym terminie, to rzetelny pracownik na początku stara się to zrobić. Potem wszyscy zderzają się z rzeczywistością. A to pozwala niesumiennym pracownikom nie wykonywać poleconych im zadań. Spostrzegłem to wielokrotnie. Korzyść od takich nacisków jest taka sama, jak hasła, praktycznie, zawsze „aktualnego”: „Rzucim ''Rzucim wszystkie siły działań bloku №___ do ___ ilości.” '' Normalny człowiek się uśmiechnie i powie – jeżeli oddam tu wszystkie siły to co potem?
Myślę, że W.T. Kizima oraz budowlańcy N.K. Antuszczuka, A.I. Zajaca oraz W.P. Tokarenka serio tych terminów nie postrzegali, chociaż tego nie okazywali. Oni mogli komukolwiek opowiedzieć, jak i kiedy, rzeczywiście, będzie ukończona budowa. W ogóle, montażowcy nie podlegali SPID-owi. Posiadają immunitet zapobiegający jakimkolwiek zewnętrzny naciskom – fizycznego albo psychologicznego pochodzenia. W innych warunkach praca nie trwałaby długo.
Reasumując. Budowa , budowa CzAES jak na radzieckie warunki poszła dobrze. Nie patrząc na ilość spawów na rurociągach pierwszego rzędu, przytaczam tylko jedno pęknięcie na ważniejszym rurociągu. I to zapewne wina toporności konstrukcji dlatego niedostatecznie było kompensowanie przy temperaturze powodującej dylatację. Nie ma związku z budową i budowlańcami a katastrofą z 26 kwietnia.
Do pracy w elektrowni przyszedłem z zakładu okrętowego, uczestniczyłem w budowie łodzi podwodnych. Tam też nie wszystko szło gładko. Nocna, nieprzerwana praca – z dnia na dzień. Wspominam wypadek, teraz z uśmiechem na ustach. Na zdawczej bazie siedzieliśmy w hotelu i graliśmy w preferens. Późnym wieczorem przyszedł mechanik W. Bujanski i zwraca się do przedstawiciela wojska.
:– No, dobra, idziemy.
Po chwili nasz wojskowy powraca i wyznaje nam, że ta jego choroba to przewlekłe hemoroidy. Bujanski zaproponował mu komfortową podróż na tylnym siedzeniu motocykla. Jednak na tym nie się skończyło, bo pojechali autobusem. Pomimo tego, dobrze wspominam tamtejszą organizację.
W elektrowni w żaden sposób nie mogłem pojąć po co mi, eksploatatorowi, wiedzieć ile metrów rurociągów i zasuw zamontowano i jaki jest ich obecny stan. Mi jest potrzebny tylko cały rurociąg z zaworami, zawieszeniami i innymi urządzeniami, którymi będę operował. To nie tylko uczenie się zbędnych rzeczy, ale także zaprzątanie mi głowy i odciąganie od naprawdę ważnych czynności, których za mnie nikt nie zrobi. A to, gdzie leży dany odcinek rury, niech wie montażowiec, jemu to potrzebne do pracy.
Kult drobiazgowości, kult „władania sytuacją” zebrał niezasłużony laur, zastąpiwszy prawdziwą kompetencję pracownika. Poza wykładami dla naczelników najwyższego szczebla, taka wiedza jest niepotrzebna. Bierze kierownik kawałek papieru i rysuje, jaką forma jest mu potrzebna do zaświadczenia. Inny żąda to samo, ale z inna formą. Przy naszej komputeryzacji za pomocą liczydeł cały ten proceder zajmie furę czasu.
A grafiki. Ich, okazuje Okazuje się, że można składać było je układać pod każdym pretekstem i wszystko to bez uzasadnienia, zabezpieczenia pracowników, materiałów i sprzętu. Tylko na podstawie terminu zgodnego przyjeżdżającym naczelnikiem. Nie trzeba chyba mówić, że tego nie przestrzegano. Oprócz drugiego bloku, pozostałe miały po 10 grafików reszty pomieszczeń. Pojawia się kierownik „Głównoenergoatomistyczny” Newski i pojawiają się grafiki reszty systemów rurociągów. Grafik składało się w czerwcu, a w sierpniu puszcza się do kontroli pierwszego rzędu przez KMPC. Rury rodzaju średnicy 800 mm spawa się bardzo ostrożnie, przez spawaczy ze specjalnymi atestami. Na każde połączenie potrzeba siedem dni pracy. I co ciekawe: Newski, nie tak dawno jeszcze montażowiec, nie mógł nie wiedzieć o nierealności terminów. Przyjeżdża pracownik KC Marin, zdaje się, w przeszłości elektromonter, i projekt już składa się z innych elementów – zelektryfikowana nakładka zaworu, i tak dalej.
Ale, jak już mówiłem, sami inicjatorzy pomysłu zapewne nie widzieli problemu. Budownictwo żyło własnym życiem. Budowlańcy i montażowcy adaptowali się do podobnych opóźnień. Dla mnie na początku było to nienormalne. W byłej pracy takie coś było nie do pomyślenia. Czytaliśmy referat admirała Rickovera, ojca amerykańskich łodzi podwodnych. Amerykanom zdarzyło się zetknąć z szeregiem problemów przy stworzeniu łodziach podwodnych. Owszem, u nas też były problemy. Ale wyłączają , ale wyłączając dwie, trzy pierwsze łodzie, później trzymaliśmy się wytyczonych terminów. Jeżeli jest wyznaczony termin kompleksowego sprawdzenia ustawień energetycznych – zapewne będzie z tygodniowym błędem. Większość trzyma się ostatecznego terminu. Takiego absurdalnego zachowania nieraz dopatrzyłem się w trakcie budowy elektrowni. Oto dwa przykłady w porównaniu mojej dawnej pracy i elektrowni.
W praktycznie już gotowej do wypróbowania łodzi do aktywnej strefy reaktorów dostał się wyciek jonowymiennej żywicy z filtra. Trzeba było wymienić pręty paliwowe. Przyjechał kierownik, ocenił sytuację i przełożył termin oddania do użytku na kolejny kwartał. Nie było rozmów: że jak sami zepsuliście, to sami naprawcie, że przed wami jeszcze pięć miesięcy…
Powiadają, że po eksplozji w Czarnobylskiej AES do elektrowni przyjechała głowa rządowej komisji B. J. SzczerbinSzczerbina, który nakazał sporządzić plan odbudowy elektrowni przed jesienią 1986 roku. Fantasmagoria, nie ma na to innego określenia.
Racja, z terminami uruchomień energobloków CzAES dla ludzi mojego poziomu jasności nie ma. Długość budowy nie odbiegała od norm światowych. W pierwszych ogłoszonych terminach nie zawierał się żaden blok, ale premię za aktualne postępy rozdano. W czym tkwi sęk – nie mam pojęcia. Może w trybie wypłaty, może w istnieniu nieznanego zwykłym, niekierowniczym ludziom grafika? U nas możliwe są oba warianty.
Najbardziej ze wszystkiego , nieprzyjemne były wnioski o zmiany zmianie technicznych umów ponczach podczas trwania już pracy prac budowlanych. Akceptowano jest je z różnych przyczyn. Na początku budowy Leningradzkiej AES z reaktorami RBMK była przyjęta uchwała rządu o budowie takich samych reaktorów w Kursku i Czarnobylu. Nie czekając na przetestowanie reaktorów, zostały rozpoczęte budowy. Reaktor RBMK nie można nazwać sprzętem, raczej budowlą. Nie można przetransportować potrzebnych do jego budowy elementów metalowej konstrukcji, dlatego półfabrykaty są łączone od razu na placu budowy. Dla wyrobów w ilości produkowanych więcej niż dziesięć i kompletów większych – to już cała seria, a drobne wyroby dla samego reaktora i maszyn obocznych znalazły się w kategorii sprzętu niestandardowego. A toż to filary i zawory dla połączeń rurowych samego reaktora i sprzętu, przeznaczone pod transport paliwa, promieniotwórczych produktów, zbioru kaset paliwowych, załadunków i wyładunków reaktora, itd. Cały sprzęt powinien zostać wykonany na najwyższym poziomie zaawansowania technologicznego. Nie trzeba wyjaśniać, że ma się do czynienia z nadzwyczaj promieniotwórczym paliwem. Świeże paliwo jest słabo promieniotwórcze i nie tak szczególnie niebezpieczne, jednak także trzeba obchodzić się z nim nadzwyczaj ostrożnie, ażeby uniknąć jakichkolwiek obrażeń, które początkowo mogą nie mieć widocznych objawów, ale odezwą się po czasie i to w sposób bardzo głośny.
Leningradzka AES, podlegająca Ministerstwu ds. maszyn średnich, organizowała się pod jego formę, pod jego zakłady, wyposażone najnowszym sprzętem. Kurska i Czarnobylska elektrownia należały do Ministerstwa elektryki i elektryfikacji. W rządowej uchwale rozporządzono, że sprzęt niestandardowy dla czterech pierwszych bloków tych elektrownii elektrowni wykonają te same zakłady, co produkowały sprzęt dla elektrowni leningradzkiej. Ale dla Minsredmasza rządowa uchwała to nie dekret, nawet w tych czasach, kiedy się jeszcze trochę rządu słuchali. Mówią – macie swoje zakłady, my wam damy plany, róbcie sobie! Byłem na niektórych zakładach Minenerga – przyrządzenie na poziomie kiepawego kiepskawego warsztatu. Zalecać im wykonanie jakiejkolwiek części pod reaktor, to przecież jak kazać cieśli udawać stolarza. I tak wymęczał się w budowie cały blok. Raz coś udawało się zrobić, a raz czegoś nie było. Charakterystyczny, prawdziwy impas Minenergo, za parę lat już nie miało żadnego swojego zakładu zdolnego wytwarzać tak skomplikowany sprzęt.
Przy budowie pierwszego bloku pojawił się problem z zaworami i filarami dla połączeń rur reaktora. Zakład Minsredmasza zrezygnował z produkcji dla nas. Nie wiem, kto zdecydował o produkcji zamienników w zakładam Minenergo, patrząc tylko na proste połączenie resortowe z nami. Nie powiem, żebym sabotował tę sprawę, ale nie wierzyłem, że da rady wybudować reaktor hozsposobem (rodzaj prowadzenia inwestycji w Związku Radzkieckim; więcej informacji w Internecie – przyp. tłum.) i nie przejawiałem właściwej mi uporczywości. Z radością wysłuchałem słów głównego inżyniera W.P. Akinfiewa, że odsuwa mnie od tej sprawy i żebym się więcej do niej nie mieszał. Po pewnym czasie Akinfiew powiedział mi z wyrzutami: „Przestałeś ''Przestałeś się tym zajmować i sprawa się rypła.” '' Wytworzyli tylko niektóre detale metaliczne. Odpowiedziałem: „No''No, daj Bóg i naszemu cielęciu wilka zjeść.” '' I trzeba było czekać z wszczynaniem budowy, dopóki nie obraliśmy twardej postawy. Dyrektor W.P. Briuchanow nie znał wtenczas się na reaktorach, nie wiedziałem jak z nim rozmawiać. Ta, i przez długi czas uważał reaktor za prostszego rodzaju turbinę. Były próby, a Briuchanow je podtrzymywał, aby operatora reaktora mianował Inżynierem Kierowania Reaktorem (co skutkowało obcięciem pensji), zostawiwszy dla operatora turbiny miano Starszego Inżyniera Kierowania Turbiną. Z tego powodu mówiłem z ironią, że turbina robi trzy tysiące obrotów na minutę, a reaktor jeden na dobę – razem z Ziemią. Operatorzy i reaktora, i turbin to żadni inżynierowie, w ich szeregach nie ma osób ze stopniem inżyniera. Wszak i u nas, byle jakąś mieć możliwość wypłacić za rzeczywiście skomplikowaną pracę, wymyślono wymuszone nazwy stanowisk. Jeżeli chodzi o stopnie, to tylko W.P. Briuchanow jest poprawnie nazwany – później zrozumiał, że reaktor to nie kawałek żelaza, nie odlew. Myślę, że wstrząsnęła nim zwłaszcza awaria na pierwszym bloku, gdzie uszkodzeniu uległ kanał technologiczny, co skutkowało wydostaniem się kaset paliwowych. Główny inżynier W.P. Akinfiew przed przyjściem na tę elektrownie elektrownię pracował z podobnymi reaktorami na innych elektrowniach i wówczas znał reaktor RBMK najlepiej z całej ekipy w elektrowni. Dlaczego podejmował takie decyzje – cieżko ciężko powiedzieć. Może dlatego, że wcześniej pracował w Minsredmaszu, gdzie taka budowa może rzeczywiście mieć sens. Nikt niczego sam nie zrobi – trzeba się porozumiewać, uzgadniać. Możliwości ich starczyłyby i dla nich, i dla jeszcze innych. Jednak zakład, który wytwarzał sprzęt dla leningradzkiej elektrowni, powołał się na niby usterkę rentgenowskiej błony kontrolera. Z ministerstwa przyszedł „Ikarus” z dostawą błon, która razem z autobusem została podarowana zakładowi. A co Minenergo? W 1981 roku elektrownia już produkowała miliardy kilowatów energii elektrycznej, a nawet porządnego mikrobusa nie posiadała. A spotykało się na kijowskim lotnisku, jugosłowiańskie autobuskiautobusiki, które chrobotały, brzęczały i przewiewały przez nie wszystkie wiatry… Wstyd!
Było wiele pytań w sprawie rurociągów dotyczących niedostępnych elementów. Dziesięć razy trzeba pomyśleć, nim podpisze się jakąkolwiek zmianę czy rozwiązanie w projekcie. Z reguły jest to bardzo stresujące, albowiem oznacza, iż praca nie idzie tak jak by się wydawało. I tak to trwało, od jednego bloku do drugiego, przez dziesięć lat. Z ulgą odetchnąłem dopiero po czwartym energobloku, na którym był tylko jeden frasunek – eksploatacja. Oczywiście, że trwało w międzyczasie jeszcze budowanie piątego i szóstego bloku, ale one jeszcze nie dawały się we znaki. Wyruszyli tam do pracy operatywni przedstawiciele personelu, ale to nie budziło żadnego wewnętrznego niepokoju. Nie było szczególnego problemu z czterech zespołów skompletować jeden dodatkowy. Był przypływ świeżej krwi, ale z odpowiednim czasem na szkolenie. Po dłuższej obserwacji wnioskuję: po roku pracy nowy pracownik jest w stanie stawić czoła pełnym dla jego kwalifikacji wymaganiom, a po dwóch latach – można na nim pewnie polegać. Ile dalej trzeba trzymać człowieka na danej posadzie – zależy od osobnika. Niemało takich, którzy nie dążą do zmian i sumiennie wykonują swoja pracę. Wśród takich trzeba wyłapywać osoby wypalone, którzy stracili smykałkę i pasję pracy. To bardzo negatywne zjawisko.
Spora część dąży do zmian. Zjawisko to jest zrozumiałe i godne podziwu. Zwykle to dobrzy pracownicy, stale poszerzający swoje horyzonty, porządni i pilni.
Niechaj nie wyda się dziwnym, jeśli powiem, że praca zastępcy głównego inżyniera ds. eksploatacji, a także wcześniejsza – kierownika oddziału – związana jest z niemałymi kosztami sił fizycznych.
Osprzętowanie w elektrowni jest rozrzucone po różnych z jej części częściach – podglądem, nie wyrobiszmożna się rozglądać, trzeba chodzić. Pamiętam, że po uruchomieniu pierwszego bloku postanowiłem sobie codziennie robić ogląd całego sprzętu. Okazało się to, że mniej niż pół dnia nie da rady, aby to wykonać. Nie można tak wiele czasu przeznaczać na tę czynność – praca z ludźmi, użeranie się z dokumentami i jeszcze to – sporo. Pięknoduszny zamiar upadł z przymusu, czasem zdarzało się robić grafik całego obchodu. Cokolwiek się nie pojawiało, to trzeba było chodzić – gdzieś pojawił się przeciek, pompa wpadła w drgania, coś do remontu zabierają, przejść po miejscach pracy – porozmawiać z personelem…
Podobała mi się ta praca, w całości mnie pochłonęła. Na uruchomieniach i zatrzymaniach reaktorów zawsze byłem obecny, od początku do końca – dzień, albo i więcej. Nawet pomimo tego praca przynosiła satysfakcję, jeżeli była dobrze wykonywana. Zdrowie pozwalało pracować nawet trzydzieści godzin pod rząd. Ja nie operator – im tak nie można.
G. Miedwiediew w książce „Czarnobylski zeszyt” pisze, że oni, wykwalifikowani eksploatatorzy (będę godził się z jego samonazewnictwem) zawsze odczuwali, jak cienka ściana oddziela ich od awarii. Nie mogę sobie wyobrazić, jak można codziennie chodzić z lękiem do pracy. To masochizm techniczny. Niemożliwe jest dla człowieka być w takim stresie kilka godzin codziennie. Normalna psychika czegoś takiego nie wytrzyma. To nie nerwy trzeba mieć – liny jakieś.
I drugi – niezawodność reaktora. Oto ten personel, uważając reaktor za niezawodny, zachowywał się z nim w nienależny sposób, jak z szafą, jak chciał, itd. Tak, uważaliśmy reaktor za niezawodny, AZ za niezawodną. Kto by inaczej miał odwagę stanąć do pracy? Ale to reaktor RBMK – skomplikowana aparatura, trudna w kierowaniu, żądająca maksymalnego skupienia i uwagi, jasne to wszystko było każdemu młodemu SIUR, nie wspominając o innych pracownikach inżynieryjno-technicznych. Na reaktorze RBMK jest wiele sytuacji, o których operator dowie się dopiero po awariach. Oczywiście, nie takich jak ta z 26 kwietnia, ale to nie awaria, to katastrofa. U żadnego z operatorów nie ma nawet myśli o swobodnym zachowaniu się z reaktorem. Dla ludzi, zwyczajnych mieszkańców Ziemi, awaria to to, co stało się 26 kwietnia. Dla operatora awaria – to zatrzymanie się reaktora, bez jakichkolwiek uszkodzeń rdzenia czy obrażeń systemów pobocznych. Jeśli wystąpi uszkodzenie z winy operatora (uściślam – takie uszkodzenie, które ludzi nie będzie obchodzić, nieciekawe) na długo przekreśla marzenia o karierze. Gazety drukują wiadomości: ileż to stało się wygaszeń reaktorów, wymuszonych obniżką mocy. Te wiadomości są ludziom absolutnie niepotrzebne. Jest zatrzymanie pracy reaktora przez automatyczną ochronę przy odchyleniu parametru albo zatrzymaniu się mechanizmu – to normalne zjawisko. Byle nie doszło do uszkodzeń. Dla elektrowni, oczywiście, negatywne – dostajemy stratę w produkcji mocy, z która nie wyrabiamy, a jeśli energia elektryczna jest produkowana w ilościach niedostatecznych dla konsumentów, to kara. Mieszkańcom Ziemi są potrzebne wiadomości tylko o awariach, które są zazwyczaj związane w tej czy innej mierze z destrukcją, opadem promieniotwórczym poza granice zakładu i z zanieczyszczeniami pomieszczeń, nieprzygotowanych na to. I jest jeszcze kategoria awarii, która nie prowadzi do ani do wygaszenia, ani do obniżki mocy, a awariami najczęściej nie są nazywane, chociaż prowadzą do zanieczyszczeń terytoriach stacjiterenu elektrowni, nie wspominając o jej zasięgu. Oto o czym ludność powinna być informowana. Cała inna wiedza nie leży w interesie ludności. Jeśli często jest zatrzymywanie się – zmiana zatrzymywana– zmianą kierownictwa, personelu, z przejściem do rąk prywatnych elektrownia zbankrutuje. Do porządku tak czy inaczej będzie doprowadzonodoprowadzona.
Wiele osób pyta się mnie: czy miałem jakieś poczucie zbliżającego się nieszczęścia? Nie, żadnego. I jeśli mówić szczerze, to nie wierzę w przeczucie, intuicję. Różne wypadki przytaczane w prasie, niczym bezsprzeczne, nie przekonują. Należy jeszcze znać tych ludzi. Jeśli człowiek zawsze tak czynił, jeżeli jest nieskory do wahań i wątpliwości, jeżeli raptem cofnął się od reguł, uratowawszy jego życie, wtedy zastanawiamy się nad tym ma sens. A jeśli siedzi w nim ogromny czerw wątpliwości i dziesiątki razy rozmyśla się – gdzieś poszedł albo pojechał, czy warto o tym mówić? Pojechali z Komsomołu na Amurze I. Lewa oraz A. Wolodia na urlop. W Chabarowsku – przesiadka do samolotu do Moskwy. Mając czas poszły poszli do restauracji. Wolodia napił się i strasznie się guzdrał, tak, że spóźnili się na samolot, który rozbił się obok Irkucka. Czy to przeczucie? Nie. Dla Wolodia to zwykły przypadek. Ale , ale gdyby Lewa też się napił, to można by się zastanawiać.
Nie, wszystko owej nocy czyniłem jak zawsze. Przyszedłem do gabinetu, zadzwoniłem do bloku zapoznać się z sytuacją. Najpierw przebrałem się i szedłemposzedłem, jak zawsze, na trzeci blok, dowiedzieć się jak sprawy, Następnie poszedłem a następnie udałem się już na blok czwarty.
Czwarty energoblok przy uzgodnieniu z całym energosystemem 25 kwietnia musi musiał zostać zatrzymany na profilaktyczny remont. Do połowy dnia moc reaktora obniżona została do 50% i zatrzymano jeden z dwóch TG. Dalej dyspozytor energosystemu zabronił dalszej obniżki mocy do czasu przejścia wieczorowego maksimum zużycia energii elektrycznej i zdecydował kontynuować o godzinie 23 dnia 25 kwietnia. Nic zasługującego większej uwagi o tej porze się nie odbywało. Prowadzone były zwyczajne próby i testy po typowych programach.
Zapewne, tylko jeden fakt może czynić ten dzień innym niż zwykle. Po zmniejszeniu mocy reaktora doszło do zatrucia ksenonowego i zmniejszenia OZR. Są też inne czynniki, wpływające na reaktywność, jednak zatrucie jest największym. Minimalny zapas reaktywności, odnotowany blokową EWM, wynosił 13,2 trzonu, czyli mniejszy niż dopuszczany przez Regulamin stan 15 trzonów. Wówczas nie brano pod uwagę, błędu w obliczeniach, gdzie nie uwzględniono reaktywności rekompensowanej 12 trzonami AR, rozmieszczonymi w pośrednich położeniach do wysokości strefy aktywnej. Więc nie kryje 1,8 metra trzonu. Potem reaktor zaczął rozregulowywać się i o godzinie 23 zapas reaktywności składał się z 26 trzonów. Przy czy moc reaktora była w 50% i pracy jednego TG № 8, wszystkie parametry w normie.
Dla stworzenia jednolitego punktu postrzegania obrazu wydarzeń na bloku opiszę wydarzenia i rozmowy bez wyjaśnienia fizycznych procesów i motywów zachowań personelu. Opiszę otwarcie, szczerze, bez naciągania danych, wszystkie fakty są potwierdzone przez zapisane wyciągi systemów kontroli operatywne i operatywne czasopisma grup pracowników naukowo-technicznego centrum Głównej komisji nadzoru energii atomowej ZSRR dla referatu komisji tej organizacji „O przyczynach i okolicznościach awarii na czwartym bloku Czarnobylskiej AES 26 kwietnia 1986 roku” z 01.01.91 roku. Te dane nie zaginęły, albowiem poruszały się w sferach technicznych sprawozdań, gdzie były najdokładniej badane i przechowywane. Pełna chronologia wydarzeń zamieszczona jest w Załączniku 2, tu – tylko główne wydarzenia.
Przed przekazaniem zmiany rozmawiałem z kierownikiem zmiany bloku Ju. Tregubem, który schodził razem z ekipą, a na jego miejsce wchodził personel pod przewodnictwem A. Akimowa. Pozostało tylko zmierzyć drgania turbiny na wolnych obrotach (bez obciążenia przez generator) i przeprowadzić eksperyment „Program bezwładności TG”. Nie było żadnych problemów. Parametr drgań realizuje się przy każdym zatrzymaniu na remont, to jasne. I po przygotowaniu do ostatniego eksperymentu A. Akimow nie ma pytań, on się jeszcze na 25 kwietnia zapatrywał.
Po tym poszedłem wyszedłem z BSzczU-4, aby obejrzeć przed zatrzymaniem interesujące mnie miejsca. Tak zawsze czyniłem. Po pierwsze, defekty „chętniej” ujawniają się przy zmianie systemu, po drugie, przy obniżce mocy można baczniej obejrzeć pomieszczenia z podniesionym czynnikiem niebezpiecznego promieniowania. Nie, zwyczajnie, nie bałem się pracować w strefie z promieniowaniem radiacyjnym, ale jakoś specjalnie nie chciałem otrzymać niepotrzebnej dawki. No, i nie można było dostać roczną dawkę do końca rocznej dawki przed końcem roku – inaczej usuwają z pracy w strefie.
Wróciłem na mostek 35 minut po północy. Czas ustaliłem później, po wykresie zapisu mocy reaktora. Od drzwi zobaczyłem, że nad panelem kontrolnym oprócz operatora L. ToprunowaToptunowa, jest także kierownik zmiany A. Akimow i dwoje aplikantów W. Proskuriakow oraz A. Kudriawciew. Nie pamiętam tak dokładnie, może ktoś jeszcze. Podszedłem, spojrzałem na przyrządy. Moc reaktora – 50-70 MW. Akimow powiedział, że przy przejściu z LAR na regulator z bocznymi celami jonizacyjnymi (AR) nastąpił upadek mocy do 30 MW. Teraz podnoszą moc. Mnie to zbytnio nie podekscytowało i nie wzbudziło mojej czujności. Całkiem nie wychylające się z szeregu zjawisku. Narządziłem dalsze podnoszenie mocy odszedłem od pilota.
Z G.P. Mietlienko omawialiśmy przygotowania do „Programu bezwładności TG” i oznaczyliśmy w jego egzemplarzu programu wykonanie pracy. Wtedy podszedł A. Akimow i zaproponował nie podnosić mocy do 700 MW, jak napisano w Programie, a ograniczyć się do 200 MW. Zgodziłem się z nim. Zastępca kierownika oddziału turbinowego R. Dawlietbaiew powiedział, że spada ciśnienie pierwszego rzędu i być może, zdarzy się zatrzymać turbinę. Powiedziałem mu, że moc już się podnosi i ciśnienie powinno się ustabilizować. Jeszcze Dawlietbaiew przekazał prośbę Charkowskiego turbinowego zakładu A.F. Kabanowa, by zmierzyć drgania turbiny na wolnych obrotach, czyli przy obniżce obrotów turbiny bez obciążenia jej generatorem. Ale to opóźniałoby pracę, więc odmówiłem mu, powiedziawszy: „Przy ''Przy eksperymencie reaktor wyciszamy, spróbuj złapać obroty '' (w przybliżeniu od 2000 obrotów/min.), ''pary jeszcze powinno starczyć.”''
O godzinie 00:43 zablokowano sygnał AZ reaktora po zamknięciu dwóch TG. Chwilę przed tym jest przetłumaczona AZ na zatrzymane turbiny po obniżce ciśnienia w separatorze pary (w pierwszym rzędzie) z 55 do 50 atmosfer.
A. Akimow zameldował gotowość do przeprowadzenia ostatniego eksperymentu.
Zebrałem wszystkich uczestników, z wyjątkiem operatora, który cały czas musi być przy panelu, dla pouczenia co czynić w razie usterki i wyznaczyłem poszczególne stanowiska. Wszyscy rozeszli się na swoje miejsca. Oprócz wacht operatorów o tej porze w centrali sterowania byli wciągnięci w eksperyment pracownicy elektrycznego oddziału (Suriadnyj, Lysiuk, Orlienko), nadzorca przedsięwzięcia (Palamarczuk), zastępca kierownika oddziału turbinowego Dawlietbaiew, oraz pozostali z wcześniejszej zmiany, Ju. Tragub Tregub i S. Gazin, którzy pozostali by popatrzyć, kierownik zmiany oddziału reaktora W. Perewaczenko i aplikanci Proskuriakow oraz Kudriawciew.
Stan bloku: moc reaktora – 200 MW, z TG № 8 idzie zasilanie na na pompy i cztery z ośmiu GCN. Wszystkie inne mechanizmy elektryczne zasilane są z rezerw. Wszystkie parametry w normie. System kontroli obiektywnie zarejestrował nieobecność zapobiegawczych sygnałów reaktora i systemów.
Dla rejestracji niektórych parametrów elektrycznych w pomieszczeniu na zewnątrz BSzczU był ustalony oscylograf, włączany przez telefoniczny rozkaz – „Oscylograf włącz”. W instruktażu było ustalone, że po tym rozkazem rozkazie również odcinana jest para na turbiny;
naciska się przycisk MPA – niestandardowy przycisk dla włączenia bloku w stan samoobiegowego wzbudzenia generatora; naciska się przycisk AZ-5 dla zagłuszenia reaktora.
Główny Konstruktor akademik N.A. Dollieżał w już przywoływanym dokumencie pisze:
:„Stałe pragnienie twórców reaktorów jądrowych jest troska o ich jak najwyższą ekonomiczność, a w szczególności, z koniecznością wyrzucanie dużej ilości z aktywnej strefy szkodliwych i pasożytniczych neutronów. Jednym z takich elementów, które mogą to sprawić, jest woda, która znajdująca się w dolnych częściach kanału, może sprawować zadanie zamiast trzonów regulacji mocy, gdy reaktor przybiera mocy. By uniknąć tego zjawiska, niektóre dolne części prętów regulacyjnych są opracowywane przez '''ściśle określone wyliczenia''' (pogrubienie moje – A.D.), czynione są z niechłonnych materiałów, wypierając tym samym odpowiednią ilość funkcjonalnej wody w kanale, w pracy pochłaniacza.”''
Czyli co zrobili konstruktorzy? Do trzonów z węgliku boru, mocno chłonącego neutrony, dodali grafitowy zamiennik długości 4,5 metra. Przy działającym pochłaniaczu propelant symetrycznie umieszcza się na wysokości strefy aktywnej, zostając z wierzchu i od spodu w kanale słupy wody po 1,25 metra. Zdawało by się, że należy zrobić propelanty na całą wysokość (7 metrów), lepszy efekt. Ale przy symetrycznym ułożeniu propelantów trzeba albo przedłużyć kanał – pomieszczenie nie pozwala, albo skomplikować strukturę prętów. A ponieważ przy pracy reaktora przez przeważającą część czasu pole neutronowe na dole i z wierzchu jest stosunkowo niewielkie, to i wyłap jest mały. Zatrzymano się na 4,5 metrach propelanta.
26 kwietnia 1986 roku uruchamialiśmy AZ przy normalnych warunkach, stabilnym systemie, bez sygnałów alarmowych awaryjnych i zapobiegawczych – otrzymaliśmy eksplozję.
:ARTYKUŁ 3.3.26. PBJa : ''„Awaryjna Awaryjna procedura obronna reaktora musi szybko i pewnie wygaszać reakcje łańcuchową w następujących wypadkach:''
:– ''osiągnąwszy awaryjny poziom mocy;''
:– ''osiągnąwszy awaryjny poziom wzrostu mocy;''
:– ''przy naciśnięciu przycisku AZ.”''
Co się stało – wiemy. Którym wymaganiom odpowiadała AZ?
Reaktor od 1:23 i nie wiadomo jak długo znajdował się w stanie niczym bomba zegarowa i nie było żadnego sygnału alarmowego! Personel nie widzi po przyrządach, czy stan jest niebezpieczny i to nie dlatego, że personel jest ślepy. '''Jakim wymaganiom odpowiada system kontroli?'''